Historia o tym, jak łatwo można popaść ze skrajności w skrajność.
Moja siostra od małego była, jak to babcia mawiała, „pyzata”. Niby winne były geny, mama i tata też do najszczuplejszych nie należą. No i wiadomo jak to na wsi: „jedz dziecko, jedz”, „rośnie, to potrzebuje”, „kochanego ciałka...” itp. Więc siostra tak sobie rosła, aż w momencie skończenia studiów ważyła około 120 kg. Była wesołą grubaską, co tu kryć, ale akceptowała siebie taką. Punkt zwrotny nastąpił, gdy dostała pierwszą poważną pracę i wyprowadziła się do miasta wojewódzkiego. Pod wpływem nowego otoczenia zapisała się do trenera personalnego, mamine gołąbki zamieniła na sałatki. W ciągu roku z rozmiaru 46 przeszła na 36, pełna metamorfoza, jak u Chodakowskiej. Uważa teraz, że wszystkie rozumy pozjadała i ma prawo, a wręcz obowiązek „zabrać się” za nas. Potrafi wparować do domu i nakrzyczeć na nas, że a to rosół za tłusty, a to sera za dużo na zapiekance, a to mamine wypieki wpędzą nas do grobu. Przeszukuje szafki i wyrzuca wszystko, co wg niej jest absolutnie zakazane do jedzenia, typu cukierki, zupki chińskie, jakieś ciacha. Na nic tłumaczenia, że nikt od rana do wieczora nie opycha się chipsami i zapija colą, mamy tego absolutnie nie jeść i koniec.
Doszło do tego, że mam w swoim pokoju sekretny schowek na swoje smakołyki, a mama boi się zrobić ojcu np. golonkę na obiad od wielkiego święta, bo siostra może wpaść i wyzywać. Rodzice nie są chorobliwie otyli, ale siostra widocznie za punkt honoru wzięła sobie przerobienie ich na swoje podobieństwo i absolutnie nie chce odpuścić. W domu oczywiście też obiadu nie ruszy, bo to wszystko wg niej tłuste i źle przyrządzone. Powiedziałem jej kiedyś, że gdyby zjadła raz te mamy pierogi, to świat by się nie zawalił, a mamie byłoby bardzo miło i że jednak wolałem siostrę grubaskę. Obraziła się wielce, bo to dla naszego dobra przecież.
Ja rozumiem, że otyłość jest niebezpieczna dla zdrowia, ale jak można wchodzić do czyjejś kuchni i wyrzucać mu jedzenie z szafek? Jeszcze raz podkreślę, że ani mama, ani tato nie mają żadnej otyłości, pewnie że mogliby oboje parę kg zrzucić, ale ja nie będę ich do tego namawiać ani tym bardziej narzucać im jakichś głupich diet typu 1200 kcal. Jeśli oboje czują się dobrze w swoich ciałach, to wszystko jest moim zdaniem okej.
To było jakieś 20 kilka lat temu. Mój kumpel tak bardzo interesował się pewnym tematem, że nie widział dla siebie życia w roli innej niż człowieka pracującego w tej właśnie branży. Dlatego po podstawówce zdecydował się na złożenie papierów do technikum z tym związanego. Nie wiem jak to teraz wygląda, ale w tamtych czasach do techników trzeba było zdawać egzaminy. Mój kolega mimo całej swej miłości do kolei, nie miał nigdy zdolności do nauk ścisłych. A jednym z egzaminów była matematyka. Wiedział on jednak, że ja z matematyką problemów nie miałem. Więc poprosił mnie o pomoc w przygotowaniu. Zgodziłem się bez problemów. Jednak po jakimś czasie obaj zauważyliśmy, że te nasze „korepetycje” są jak jedzenie wykwintnych potraw – niby wszystko ślicznie i pięknie, ale potem i tak gówno z tego wychodzi.
I tu zrodził się iście piekielny plan – pójdę za kolegę na egzamin. Ponieważ legitymacje szkolne robiliśmy jeszcze w 4 klasie (8 klasowa podstawówka), więc zdjęcia były mocno nieaktualne i właściwie na zdjęciu mógł być ktokolwiek, a ja i tak byłbym w stanie wszystkich przekonać, że to ja jestem. Więc uzbrojony w legitymację ubrałem się jak należy i poszedłem na egzamin. Przy pokazywaniu legitymacji przy drzwiach poślady z nerwów ściskałem bardziej niż nowy ministrant na zakrystii. Ale… udało się. Egzamin napisałem, kolega do szkoły się dostał (pozostałe egzaminy zdał sam). Szkołę skończył, ale kontakt nam się urwał i nie wiem, czy znalazł zatrudnienie w wymarzonej branży.
Teraz zastanawiam się, jakie cholerne szczęście mieliśmy, że nam się to udało – byłem już wtedy o głowę od niego wyższy i gdyby ktoś zapamiętał mnie z egzaminu z matmy, a potem porównał z człowiekiem, który przyszedł na pozostałe egzaminy, to nie ma bata – musieliby się połapać…
Jestem osobą w spektrum autyzmu. Wcześniej napisałabym, że mam zespół Aspergera, ale obecnie zmieniła się nomenklatura.
Tylko mój małżonek o tym wie. Nie mówiłam nikomu, nawet pozostałym członkom rodziny (diagnoza w dorosłości), gdyż świadomość autyzmu jest na żenująco niskim poziomie.
Nie mówię nikomu, bo boję się, że ludzie zaczną mnie postrzegać jako osobę upośledzoną, albo taką, która chce zwrócić na siebie uwagę, albo próbującą na coś zrzucić ujowy charakter. Ludzie mają mnie za dziwaczkę lub po prostu mnie lubią (każdy z innego powodu). Wolę, żeby tak zostało, bo brakuje mi sił na uświadomienie otoczenia. Czuję się z tym źle, bo jestem wysokofunkcjonująca i reprezentuję grupę autystyków, którzy mogą żyć (prawie) normalnie, ale jednak chcę zachować resztkę reputacji.
O tym, że szwagier może zdradzać moją siostrę dowiedziałem się w sumie przypadkiem. Po prostu podsłuchałem niechcący jego rozmowę z kolegą. To była tylko chwila, ale wystarczająca bym zorientował się, że obaj mają zamiar wybrać się na dziwki. Nie dałem po sobie poznać, że dosłyszałem ich słowa, ale postanowiłem uprzedzić o zdradzie siostrę, w końcu to moja rodzona siostra. Poszedłem prosto do niej i wyjawiłem w czym rzecz.
- Co dokładnie słyszałeś? - spytała zaniepokojona.
- Jak twój mąż pytał tego drugiego, czy idą razem na kur*ę.
- Na kur*ę? - powtórzyła siostra ściągając brwi. - Krzysiek nie używa takich wyrazów.
- Powiedział „kierwę” czy coś w tym stylu.
- Aha - skinęła głową a na jej ustach pojawił się uśmieszek. - I co, poszli na tę kierwę?
- Nie wiem - wzruszyłem ramionami. - Chyba tak.
Parę chwil później siostra natknęła się na męża we wnęce z tyłu za garażem. Palił z kolegą papierosa.
- Ty znowu na kierwie? - zapytała z wyrzutem. - Miałeś już nie palić.
- Nie da się rzucić tak z dnia na dzień - odpowiedział lekko zmieszany i chyba trochę zaskoczony moją obecnością za plecami siostry.
Okazało się, że u szwagra „kierwa” oznacza papieros. Że w tym regionie Polski wszyscy tak mówią na papierosy. No i wyszło na to, że po*pierdoliłem własnego szwagra do jego własnej żony, że ten cichcem jara fajki. Masakra.
Mój tata dostał jeden jedyny raz od ojca. Został przyłapany na paleniu. Nie dostał za palenie, a za to gdzie palił.
A palił w stodole pełnej siana....
Opowiem wam moją historię, która w sumie wciąż trwa.
Zaczęło się parę lat temu. Praca, wyprowadzka na swoje. Jako młody mężczyzna byłem wniebowzięty – imprezy, zioło... Żyć nie umierać. Ale z czasem zacząłem się zatracać. Powrót z pracy, zioło, zjeść byle tylko „zapchać kichę”, granie, spanie i znowu praca. I tak w kółko. Zacząłem się izolować od znajomych i rodziny. Widywałem się z nimi tylko z okazji jakichś imprez (urodziny, chrzciny itp.), a i tak wpadałem tylko na chwilę, zawsze miałem jakąś wymówkę, żeby zbyt długo nie siedzieć. Trwało to kilka lat. Kontakt ograniczał się tylko do krótkich rozmów przez telefon lub wiadomości. Aż pewnego dnia stanąłem przed lustrem i zobaczyłem, co się ze mną dzieje. Skóra i kości, zapadnięte policzki, wielkie cienie pod oczami... Sam się przeraziłem. Stwierdziłem, że nie mogę dalej tak żyć.
Zacząłem od pracy – dogadałem się z szefem i od tamtej pory pracuję tylko na nocną zmianę. Jest to dla mnie dobre, bo ograniczyłem palenie zioła. Zacząłem ćwiczyć – w piwnicy zrobiłem sobie siłownię. Gotowanie jest na porządku dziennym. Świeży, ciepły posiłek każdego dnia. Remont mieszkania, zaadoptowałem nawet psa ze schroniska, żeby nie siedzieć w domu samemu i mieć pretekst do wyjścia na zewnątrz.
Od tego czasu minęło półtora roku. Przytyłem 15 kg, zioło zniknęło z mojego życia na dobre, gotowanie stało się moją pasją, a siłownię w piwnicy zamieniłem na profesjonalną siłownię, na której poznałem kilku ciekawych ludzi. Odnowiłem kontakt z rodziną. Jestem częstym gościem, coraz lepiej się z nimi dogaduję. Ze znajomymi jest niestety gorzej – trochę czasu minęło, ale staram się odnowić kontakt. W międzyczasie poznałem dziewczynę. I chociaż nam nie wyszło i nie skończyło się to zbyt dobrze, to nie złamałem się, chociaż było ciężko i mało brakowało, a wróciłbym do starych nawyków.
Czasem czuję się samotny i za ten stan mogę winić tylko siebie, utraconego czasu nikt mi nie zwróci. Wierzę, że wszystko się ułoży.
Tak jak pisałem na początku – moja historia wciąż trwa, wciąż się pisze. I choć mam wzloty i upadki, nie poddaję się. Wy też się nie poddawajcie.
Jak byłem mały, to z kolegami z bloku mieliśmy wiele głupich i niebezpiecznych zabaw, ale jedna była dość nieszkodliwa (dla nas) i całkiem pomysłowa.
Do tej zabawy potrzebowaliśmy klatki schodowej w bloku i dwóch mieszkań naprzeciwko siebie. Był jeszcze jeden warunek: aby drzwi tych mieszkań otwierały się do środka. Przywiązywaliśmy linkę do klamek drzwi i dzwoniliśmy jednocześnie do obu mieszkań. Fajnie było patrzeć, jak sąsiad sąsiadowi zamykał drzwi przed nosem :)
Pamiętacie te czasy, gdy zawsze jeździliście gdzieś ze swoim rodzeństwem i rodzicami? Lekarz rodzinny, zdjęcia rtg i wszelakiego rodzaju inne dolegliwości były diagnozowane wspólnie (jeden wchodzi, reszta familii czeka, żeby wylazł i jechał razem z Wami do domu).
Miałam około 7 lat, u siostry problem z zębami, generalnie nic poważnego, krzywe kły i diagnoza noszenia niestałego aparatu. Czekam grzecznie z mamą w korytarzu (pech chciał, że tego dnia w szkole były klasowe zdjęcia – wiadomo, najlepsze ciuchy, stylizowana przez mamę fryzura, wysmarowana lekkim pudrem japa, coby się nie świecić). Wychodzi siostra, my szczęśliwe, że po NFZ-owskiej wizycie w końcu do domu, a za nią pani doktor, z krzykiem na ustach „Szukamy krzywego uzębienia!”. Biega doktorka, każdemu w poczekalni zaglądając w uzębienie „Nie ta! Nie ten! Kolejny!”. Podbiega do mnie, krzyczy „dziecko się uśmiechnie”, ja jako jeszcze wtedy grzeczna dziewczynka uśmiecham ryja, wystawiam swoje piękne uzębienie, a doktorowa drze ryja: „Panie reżyserze, mamy! Idealna! Zgryz nieprawidłowy i ładnie ubrana!”. Mama patrzy na mnie, ja na nią – konsternacja. Doktorka podbiega do mamy i z uśmiechem na twarzy pyta: „Pozwoli pani porwać córkę do materiału naukowego?”.
Mama przeszczęśliwa, dziecko w projekcie, hohoho sława, pieniądze xd, wyraziła zgodę. Doktorowa ciągnie mnie do gabinetu mówiąc: „Będziesz w telewizji w artykule o krzywym uzębieniu w dzisiejszych czasach wśród dzieci”. Nie ukrywam, zrozumiałam tylko słowa o TV. Sława... Poznam Just5 i Timberlake'a! Idę w to!
Tak oto stałam się gwiazdą Teleexpressu z 2000 r. z materiału o krzywym uzębieniu, którego nikt nigdy nie stwierdził...
Zastanawialiście się kiedyś nad najgłupszym sposobem zepsucia telefonu?
Wydaje mi się, że odkryłam jeden z nich.
Ja, lat 28, więc nie taka stara, 4 lata po ślubie. Mój mąż to cudowny człowiek, ale od jakiegoś czasu nie układa nam się w łóżku. Praca, stres, pięcie się po szczeblach kariery, wieczne zmęczenie, problemy rodzinne, no i mamy skutek – seks stał się wyczekiwaną rzadkością. Nie mam do nikogo pretensji, taki etap w życiu, ale radzić sobie jakoś trzeba. Własna ręka przestała wystarczać, ile można, frustracja osiąga poziom krytyczny. Męża zdradzać nie chcę i nie zdradzę. Wibrator – mogę zapomnieć, bardzo przeszkadzałoby to mojemu facetowi.
No i wpadłam na genialny pomysł. Przecież komórka ma wibrację! Nie wiem jak mogłam wpaść na tak głupi pomysł. Po udanej zabawie komórka zaczęła świrować, wyłączała się, wieszała, aż całkiem padła...
Cóż – zalałam telefon.
Bardzo dziwi mnie pewna rzecz – namawiają cię na rodzenie dzieci za wszelką cenę. Nieważne, że z partnerem nie macie stałej pracy, mieszkania ani dobrego zaplecza finansowego. Zawsze się jakoś wszystko ułoży, a dziecko potrzebuje tylko waszej miłości. Dziecko to najlepsze, co może was spotkać.
Jeśli powiecie, że chcecie adoptować psa, ludzie łapią się za głowy i odradzają wam to, bo przecież nie macie ogrodu, z psem trzeba wychodzić na spacer przynajmniej dwa razy dziennie, w mieszkaniu będzie się męczył itd.
Uważacie, że z psem sobie nie poradzę, a namawiacie na urodzenie dziecka...
Dodaj anonimowe wyznanie