Piszę po raz trzeci..
Napisałam tutaj historię, że byłam w związku 3 lata, ale odważyłam się to zakończyć. Wyjechałam za granicę, tam kogoś poznałam ale nic z tego nie wyszło. W międzyczasie miałam nie przyjemne spotkanie z mężczyzną, o którym nikomu nie powiedziałam a minęły już 4 lata.
Niestety wciąż jestem sama. Staram się otwierać albo boję się kolejnego odrzucenia i skrzywdzenia. Boję się, że znowu jakiś facet bez słowa zerwie kontakt, a ja będę się zastanawiać co źle zrobiłam. Nie wiem czy ktoś ma podobne odczucia albo przeżycia.
Ostatnio byłem w szpitalu. Nic groźnego, ale spędziłem tam cały tydzień. Wieczorami miałem mnóstwo czasu na przemyślenia. Zrozumiałem, że jestem prawdziwym szczęściarzem.
Pięć lat temu się ożeniłem. Trzy lata temu urodził nam się syn. Piękny, zdrowy chłopak. Przypomniałem sobie starszą siostrę, jak zachowywała się w pierwszych miesiącach po porodzie (pod żadnym pozorem nie myślcie, że obrażam tutaj jakąkolwiek kobietę, bo wiem, jak trudne jest zajmowanie się maluchem). Ciągle była zmęczona, rozdrażniona i smutna.
Moja żona jest jednak inna. Nigdy, ale to przenigdy nie narzekała, że jest zmęczona. Do dziś nie mam pojęcia, jak ona to robiła. Zawsze znajdowała czas, żeby posprzątać w domu, choć nikt tego od niej nie wymagał. Nie stanowiło dla niej problemu wzięcie dziecka do wózka i zawiezienie do mojej lub swojej mamy z prośbą, żeby na dwie godzinki przypilnowały wnuka, bo ona chce się przespać lub wykąpać i nałożyć jakieś maseczkowe potworności na twarz. (jesteśmy w dobrej sytuacji, bo obydwie mamy mieszkają niedaleko i obydwie chętnie nam pomagają).
Kiedy wstaję do pracy, zawsze jest już ubrana, uczesana w śmiesznego koka i pije swoją zbożową kawę. Przed tym sprząta kuchnię i szykuje mi śniadanie do pracy. Ilekroć mówiłem jej, że mogę zrobić to sam, tylekroć słyszałem, że przecież ona i tak wstaje wcześniej.
Wiecie co jest najlepsze? Ona nigdy nie przestaje się uśmiechać. Roztacza wokół siebie taką aurę, że wszystkie problemy momentalnie przestają mieć znaczenie.
Ma niesamowitą zdolność gospodarowania pieniędzmi. Zbiera wszystkie paragony i prowadzi jakiś dziwny zeszyt, zapisuje tam wszystkie wydatki. Ostatnio zrobiła mi prezent, bo powiedziała, że udało jej się zaoszczędzić 2000 zł i możemy wydać je na coś fajnego. Jak to zrobiła? Nie wiem. Zarabiamy bardzo przeciętnie.
Jest wspaniałą, mądrą i dojrzałą kobietą. A ja głupi kilka lat temu ją zdradziłem. Nie czułem wtedy nic do tamtej kobiety. Byłem idiotą, który zachował się jak instynktowne zwierzę chcące zaspokoić fizyczną potrzebę. Męczyło mnie to strasznie i niedawno po tylu latach postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i się przyznać. Wiecie co powiedziała? Cytuję: "Wiem, ale widząc jak cierpisz stwierdziłam, że to najlepsza kara dla ciebie i największa zemsta ode mnie". Na tym temat się zakończył.
Nie lubię morałów, ale Panowie - jeśli macie kryzys w związku, przyjrzyjcie się swoim kobietom i swojemu prostemu, codziennemu życiu. Jeśli pozwolicie sobie na chwilę refleksji, to pewnie się okaże, że każdy z Was ma w domu taki skarb jak ja.
Ostatnio trochę się zestresowałam w pracy i tak jak zwykle osiem godzin wytrzymuję bez wychodzenia "na dymka", tak nie mogłam się powstrzymać.
Stanęłam przed swoim korpobudynkiem, nakarmiłam swoje nowotworowe zwierzątko rozkoszując się każdym wdechem i po wywaleniu peta uświadomiłam sobie, że za niedługo mam dość ważne spotkanie, a mój kawowy oddech doprawiony teraz dymem z papierosa nie jest specjalnie przyjemny. Nic nie szkodzi. Z radością przypomniałam sobie, że jakiś czas temu zakupiłam w sklepie reklamowany środek na paskudny wyziew z paszczy. Jeszcze z niego nie korzystałam, ale okazja znakomita. Otworzyłam torebkę i zaczęłam przedzierać się przez paragony, kosmetyki, książki, śrubokręty i potwory z torebki, aż wreszcie wygrzebałam jakiś blister z tabletkami. Pomyślałam "Dobra, sytuacja jest poważna, zeżrę dwie naraz" i tak też zrobiłam.
I wracam do korpo. Ssę te tabletki, jakieś takie dziwne w smaku. Mało miętowe. No ale okej, w końcu to nie guma do żucia, tylko lek na oddech smoka. Ssę dalej. Coś jest mocno nie tak. Ostatecznie postanowiłam sprawdzić datę ważności. Po raz kolejny włożyłam rękę do torebki rozmaitości, i wyjęłam na światło dzienne blister z wyraźną nazwą leku na smrodek z ust. Był tylko jeden problem. Te tabletki były okrągłe. To, co ja miałam w paszczy, z pewnością okrągłe nie było. Bardziej owalne powiedziałabym.
Podsumowując - po chwili wygrzebałam drugi blister. Tabletek na grzybicę. Dopochwowych. Tych, które właśnie ssałam.
Gdyby ktoś z was był ciekawy, to w żaden sposób nie poprawiło to mojego oddechu.
Dziś o 23:00 poprosiłam męża, żeby poszedł do pokoju syna i dopilnował, by tamten wreszcie poszedł spać. Nagle rozległ się krzyk "Matka ma mnie uśpić, matka ma mnie uśpić!".
Czasami jak spotykam się z absurdalną sytuacją, to po prostu zaczynam śmiać się jak głupia - tak było tym razem. Młody ze złości wszedł za zasłonę - by zrobić nam na złość i stamtąd wygłaszał swoją tyradę. No i niby zwykła sytuacja, tylko że Młody ma już 11 lat.
Boże, gdzie popełniłam błąd?
Obiecałam mu, że jak za kilka lat przyprowadzi do domu dziewczynę, będą się przytulać, to wpadnę do pokoju, wepchnę tyłek między nich i powiem do dziewczyny "No to posuń się, matka przyszła go uśpić!". Naprawdę tak zrobię.
Dawno temu, kiedy chodziłam jeszcze do czwartej klasy podstawowej, dostałam zadanie domowe polegające na napisaniu innego zakończenia baśni o Królewnie Śnieżce. Niestety, w tamtym czasie okrutnie nienawidziłam czytać, a moi rodzice mocno trzymali się postanowienia, że od czwartej klasy nie będą mi czytać na głos lektur. O Królewnie Śnieżce wiedziałam tylko tyle, ile pamiętałam z bajki oglądanej w przedszkolu, czyli w sumie niewiele - mieszkała z siedmioma krasnoludkami, miała macochę, która dała jej zatrute jabłko, a książę zbudził ją pocałunkiem. Wiedziałam też z lekcji, że baśń kończy się inaczej niż w filmie, ale nie miałam pojęcia jak. Wymyśliłam więc scenariusz, który w moim mniemaniu nie miał szans znaleźć się w baśni.
Udało mi się! Mało tego, była to moja pierwsza szóstka!
Co się stało w mojej wersji baśni? Śnieżka nie została zbudzona pocałunkiem. Za to książę otruł się przez pocałunek ze Śnieżką. Król poza księciem nie miał żadnego innego potomka. Żony również nie miał, bo zmarła na jakąś poważną chorobę - wobec tego ożenił się z macochą Śnieżki, która władała sąsiednim królestwem i miała mu urodzić dziedzica. Niestety, świeżo po ślubie zła królowa zabiła króla, a winę zwaliła na krasnoludki (jak również rzekome porwanie Śnieżki i otrucie księcia). Ostatecznie krasnoludki wybiła i władała dwoma królestwami.
Z dwojga złego, przynajmniej nikt nie tańczył w rozżarzonych, żelaznych butach...
Mieszkam 10 lat w Seulu, na stałe, obecnie studiuję.
Jadę autobusem na uczelnię, jak zawsze, nagle słyszę 3 Polaków, 2 dziewczyny i jednego chłopaka, jedna z dziewczyn była w ciąży. Usiedli za mną akurat, rozmawiali, po czym jedna z dziewczyn zaczęła mówić panicznym głosem, że zaczyna rodzić, jednak po kilku minutach uspokaja się stwierdzając, że to były jednie zwykłe bóle.
Pewna starsza pani spytała się, czy wszystko dobrze, jednak widać było, że nikt z nich nie zna koreańskiego, odwracam się i tłumaczę im na polski, oni zaskoczeni, zaczęli zadawać mi różne pytania: dlaczego tu mieszkam, co tu robię, jak długo tu mieszkam.
Nie będę wnikać w szczegóły, ale okazało się, że ta trójka Polaków chodziła ze mną do przedszkola, kiedy to jeszcze w Gdańsku mieszkałam :D Oni przyjechali tu dopiero niedawno, kompletnie ich nie poznałam, jak widać świat jest mały :D
Nie sądziłam, że spotkam w autobusie w Korei Południowej moich starych znajomych z przedszkola :D
Obecnie mamy dobry kontakt ze sobą :)
Mój starszy brat jako berbeć uwielbiał jajka sadzone. W wieku sześciu lat - oczywiście pod kontrolą starszych - sam je sobie przyrządzał.
Lato, wieki temu. Malutka ja i nieco starszy brat spędzamy wakacje u babci. Babcia mieszkała w starej kamienicy, której zewnętrzne parapety były baaardzo długie i szerokie. Przychodzi czas drugiego śniadania, no to siup! Jaja sadzone! Brat zrobił ich chyba z siedem. Babcia powątpiewała, czy zje - on zaś uniósł się honorem: oczywista oczywistość, że zje!
Jasna sprawa - nie wmusił. Każąc mi być cicho, dyskretnie otworzył okno i sruuu! te jaja z pierwszego piętra. Zadowolony odniósł talerz. Ja grzebałam dalej w swojej jajecznicy.
Jakiś czas później łomot do drzwi. Babcia otwiera - sąsiad z parteru. O cóż tyle hałasu? Ano, suczka sąsiada, kompaktowy kundelek, uwielbiała w lecie wygrzewać się na tych szerokich, zewnętrznych parapetach. Kilka minut temu wleciała jak z procy do sąsiadowego mieszkania, cała w jajcach sadzonych, z podkulonym ogonem. Sąsiad żądał wyjaśnienia sytuacji.
Babcia, wyniuchawszy pismo nosem, szła w zaparte - ona nic nie wie o sprawie. Na co sąsiad z przekąsem: Twierdzi pani, że w taki upał to nawet ptakom z dup jajka sadzone lecą?
Ja tego nie pamiętam, znam z opowieści mamy. Brat mówi, że od tego momentu nie mógł sobie zrobić więcej niż dwóch sadzonych naraz. A najlepiej wcale.
Od wielu lat nie jem zwierząt... Szkoda mi tych wszystkich świnek, z których powstają schabowe. Tych krówek, którymi ochoczo zajadacie się w Maku. O koniach i królikach już nie wspominając. Nawet ryb mi szkoda. One wszystkie mają uczucia i potrafią być słodkie...
Poza kurczakami. Nienawidzę ich. Głupie ptaszyska... Wychowałam się na wsi i kury zawsze mnie obrzydzały. Te ich okropne kupy na trawniku, niczym miny, atakujące w najmniej oczekiwanym momencie. Ich pianie wczesnym rankiem, które zawsze przerywało mi sen. Jednak, same kury mają po prostu ptasi móżdżek. Jedyne, co robią, to dziobią ziarenka... Albo siebie nawzajem. Na własne oczy widziałam, jak pewna kwoka znalazła udko w misce psa, po czym zaprowadziła do niego koleżanki. Niewzruszone, spałaszowały je.
Uważam je za gorszy gatunek, dlatego z przyjemnością je jem. Ludziom tłumaczę, że niestety muszę jeść kurczaka ze względów dietetycznych. Ale nikt nie wie o moim sekrecie... Poza Wami :)
Rozmawialiśmy ostatnio w pracy o różnych wpadkach i przypomniała mi się sytuacja sprzed lat.
Kiedyś byłam na praktykach w hotelu w Świnoujściu (hotelarstwo), gdzie ponad 90% gości to byli nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy. Jako że kucharz zmieniał pracę i był na wypowiedzeniu, to miał już robotę w głębokim poważaniu.
Jednego dnia akurat podaliśmy obiad, wszystko w formie bufetu. Goście już jedzą, wszystko gra. Kucharz donosi na salę kotlety mielone. W tym momencie widzi, jak jakaś babcia grzebie w bemarze i w najlepsze kroi sobie pół kotleta. Pewien, że to jakaś Niemka, wkurzony mówi pod nosem: „Kurważ, ty pindo cholerna, weź całego kotleta, weź pindo całego”. W tym momencie babcia odwraca się do niego i mówi: „Ale ja nie chcę całego...”.
Do końca pracy unikał tej kobiety jak ognia :D
Jestem złym człowiekiem. Siostra wieloletniego partnera zawsze za krzywkę wbijała się do mnie do gabinetu z jakimiś pierdołami "bo ona jest dwa dni przed okresem i dlaczego nie wyszły jej jeszcze przyszcze" albo maltretowała mnie podczas spotkań rodzinnych, że mam sprawdzić jej pieprzyki. Maści, recepty, darmowe konsultacje, a czasem i nawet zabiegi (współpracuje z kosmetologami) aby na doczepne się jej pozbyć. Kiedyś jednak trafiła mi na humor.
Miałam akurat wyjść z pracy i oto jest królewna z jakąś sprawa najwyżej wagi czyli widoczna już lwią zmarszczką. Byłam głodna i zmeczona, a jej nie dało się grzecznie spławić więc posunęłam się do zrobienia jej lasera ablacyjnego. Nie było żadnych przeciwwskazań oprócz jednego: sesji fotograficznej na drugi dzień. Zapewniłam ja że wyjdzie tylko delikatny rumien i zrobiłam jej zabieg na wysokich parametrach (ale nie na tyle by zrobić jej krzywde). Bardzo mocno uszkodziłam jej naskórek, a zabieg robiłam bez znieczulenia bo "będą lepsze efekty". Krzywiła się z bolu, a jej skóra kolorem przypominała dorodnego buraczka. Kratka na skórze wyglądała też bajecznie. Całą była usłana brązowymi kropeczkami. Oczywiście, wszystko zeszło w ciągu tygodnia ale jej miny po zabiegu nigdy nie zapomnę.
Już nigdy więcej do mnie nie przyszła.
Dodaj anonimowe wyznanie