Gdy byłam w drugiej klasie liceum, pojechaliśmy na wycieczkę do Hiszpanii. Razem z moimi kochanymi głupkami złożyliśmy się na boski napój - wódkę. Zostałam wybrana do jej transportu. Przelałam więc cały alkohol do butelki po wodzie. Wsadziłam ją elegancko do plecaka na podróż, a później miałam zostawić w autokarze.
Niestety, pomyliłam butelki. Na zwiedzanie Barcelony zabrałam ponad litr czystej.
Po pewnym czasie oczywiście zachciało mi się pić. Cierpiałam wtedy na intensywny katar alergiczny, w związku z czym straciłam smak i węch. Nie wyczułam więc, że wzięłam kilka duuużych łyków wódki.
Problem zaczął się dwadzieścia minut później, kiedy poczułam, że jestem wstawiona.
Panika! Wywalą mnie ze szkoły!
Do końca życia nie zapomnę mojego zwiedzania Sagrada Familia.
Połowa klasy mnie ogarniała i pilnowali, żeby żaden z opiekunów nie zauważył.
Misie, jeśli to czytacie, wiedzcie, że was kocham i dziękuję za pomoc, a wam, Anonimowi, radzę oznaczać butelki lepiej niż ja.
Muszę wyrzucić swoją frustrację.
Zlikwidowałem sklep z odzieżą, zostało mi dużo towaru. Chcę się tego jak najszybciej pozbyć, nawet za darmo. Zadzwoniłem do kościoła - nie przyjmują, do domu dziecka - nie przyjmują, zadzwoniłem do jakiejś akcji charytatywnej dla dzieci z Afryki - od rana cisza.
Niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że ludzie patrzą tylko na siebie, nic od siebie nie dając, olewają charytatywność. Zjadę go z góry na dół. Jest w cholerę akcji typu "pomóż", ale jak się okazuje, jedynie finansowo. To jest bezczelne. Tak jak zdarzają się bezdomni "daj pan złotówkę na bułkę", a jak mu tę bułkę przynosisz, to ją wyrzuca do kosza.
OK, lepiej mi, że się tym podzieliłem.
Moi przyjaciele traktują mnie jak Boga. Na co dzień jestem dla nich niewidzialny, a gadają ze mną tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebują.
U mnie w domu nie ma i nie było nagości. Nikt z domowników nie przechodzi z łazienki do swojego pokoju nago czy nawet w samej bieliźnie.
Tak zostałem wychowany i tak wychowuję swoje dzieci. Nie obnosimy się ze swoją nagością i tyle. Pamiętam jednak sytuację, która trochę mnie zaskoczyła i nie ukrywam, że zrobiłem wielkie oczy (dosłownie).
Jakiś czas temu przyjechała do nas na wakacje córka mojej szwagierki. Dziewczyna w wieku naszego starszego syna, czyli 13 lat. I podczas wypadu nad jezioro, siedziałem sobie na leżaku przed namiotem.
Co jakiś czas patrzyłem na wodę, gdzie była żona z dzieciakami. Aż w pewnym momencie, zobaczyłem „naszą wczasowiczkę”, która przyszła na kocyk i zaczęła się przebierać. Ale nie tak, jak by to zrobiła moja żona czy dzieci, zwłaszcza przy obcej osobie, jaką dla niej byłem.
Ona, bez jakiegokolwiek zawstydzenia, zdjęła strój kąpielowy i zupełnie goła, kilka metrów ode mnie, zaczęła się wycierać. Mnie aż zatkało.
Ja rozumiem, gdyby to było małe dziecko. Ale ona już dojrzewała. Dojrzewająca pannica, a bez świadomości, że tak nie wypada. Gdybym ją przez przypadek zobaczył nago, to OK, ale ona schylała się po ręcznik, stojąc do mnie tyłem, przecież wszystko jej było widać.
Jakbym jej nie znał i nie wiedział, że to mentalnie jeszcze dziecko, to bym pomyślał, że mnie kokietuje.
Była to bardzo dziwna i niezręczna sytuacja. Tym bardziej, że nie jestem przyzwyczajony do takiej swobodnej nagości.
Ogólnie to jestem dosyć spokojnym człowiekiem. Mało jest rzeczy, które potrafią mnie wyprowadzić z równowagi. Jestem z dziewczyną od dłuższego czasu i denerwuje (chociaż nie wiem czy tak to nazwać) mnie jedna bardzo potrzebna dla kobiet rzecz - ginekolog.
No niby normalna rzecz i wgl, ale jak myślę że jakiś obcy gościu czy tam kobieta, zagląda jej w miejsce, do którego ja przez bardzo długi okres czasu (nie przeszkadza mi to żeby nie było) nie miałem dostępu. Nie wiem czemu, ale po prostu w jakimś sensie jestem zazdrosny o tak bardzo ważną w życiu kobiet rzecz.
Takie tam wyznanie, leżało mi to za bardzo na sercu...
Jestem jedynaczką od dziecka przyzwyczajają do dobrego życia (wiadomo, bez wielkich szaleństw ale na poziomie). Wszystko zmieniło się w wieku 14 lat kiedy tata uległ wypadkowi w pracy i musiał przejść na rentę. Jako klasyczny prywaciarz, odprowadzał najniższe składki. Firma padła, a pensja zmalała kilkukrotnie. Trzeba było zaciskać pasa i skończyły się rozrywki, ciuchy i wakacje.
Od tamtej pory miałam jeden cel: aby osiągnąć sukces w życiu zawodowym. Poszłam w zawód średnio opłacalny z pasji. Bardzo dobrze zarabia tutaj może 2% całej branży ale uparłam się. Zamieszkałam z narzeczonym i pracowałam ciężko aby osiągnąć coś w branży, a ostatecznie otworzyć własną działalność. Kiedy co rok zmieniłam pracę aby rozszerzać kompetencje, wszyscy się ze mnie śmiali, że roboty nie potrafię utrzymać. Kiedy przejmowałam dodatkowe obowiązki w postaci social mediów bez podniesienie pensji, tylko po to, żeby zdobyć doświadczenie, nawet znajomi nazywali mnie frajerka. Mój facet pukał się po głowie kiedy za własne pieniądze jeździłam na szkolenia bo po co. Albo pytania czemu zmieniam pracę skoro dobrze mi płacą i szefostwo jest spoko. Przecież można być w jednej firmie do emerytury. Za każdym razem się bałam zmieniać posadę, ale z czasem weszło mi to w nawyk i wieku 27 lat pięciokrotnie zmieniałam stanowisko ucząc się nowych rzeczy. Mój facet siedział za to na ciepłej posadce i się nie wychylał, gdy ja otwarcie mówiłam szefostwu, że jestem niezadowolona z pensji i chce podwyżki bo dostałam lepszą ofertę, nawet jej nie mając w zanadrzu. Każdy ale to każdy mnie dołował, zniechęcał, krytykował. Wszyscy mówili, że jestem głupia tak ryzykując i praca w dobie kryzysu to skarb.
Ostatecznie, dobrze na tym wyszłam. Nie osiągnęłam jeszcze wymarzonych zarobków, ale na wypłatę mam 4 razy więcej niż partner. Wróciłam do poziomu życia przed ukończeniem 14 roku życia.
Wiem, że to zabrzmi banalnie ale nie słuchacie nikogo. Nawet najbliższych. Róbcie to, co uważacie za słuszne, nawet jeśli przyjdzie Wam tego pożałować. To, że inni się boją, nie znaczy, że i Wy powinniście. Walczcie o siebie. O swoje dobro i marzenia. Zdaje sobie sprawę, że nikt nie podcinał mi skrzydeł z zazdrości, tylko raczej z troski, ale to nieważne. Najważniejsza osobą w swoim życiu jesteś TY.
Czy kiedykolwiek mieliście sytuację, że się budzicie, całujecie osobę śpiącą obok, a jednocześnie czujecie się szczęściarzami że przeżyliście? No ja tak miałem w samolocie. Zamiast dziewczyny pocałowałem kolesia, który kimał obok.
Iks lat temu (będzie z dziesięć?) mojego ówczesnego, ukochanego chłopaka (przyjaźnimy się do dziś) ciężko pobiły naćpane gnoje, kiedy wracał z nocnej zmiany w pracy. Przez nich do końca życia będzie miał problemy z oczami.
Pomimo złapania ich i zawleczenia przed sąd, zostali.... uniewinnieni! Plecy rodziców - o czym dowiedzieliśmy się później - wcześniejsza niekaralność i młody wiek, of kors...
Stwierdziłam, że tak tego nie zostawię. Popytałam gdzie trzeba, zbierałam pieniądze przez czas jakiś...
Ja wiem, jest to okropne, nikogo nie będę do tego namawiać, ale poprosiłam o "pomoc" pewnych panów. Wytłumaczyli im bardzo dosadnie, nie przesadzając, że odpowiedzialność za popełnione czyny należy ponieść, a nie zasłaniać się znajomościami tatusia...
Nikt o tym nie wie, nawet mój były partner.
Jakiś czas temu postanowiłam pobawić się w Ivana Pawłowa. Nie mam psów, więc moją ofiarą padły rybki.
Najpierw gaszę im lampkę w akwarium, a dopiero po chwili wsypuję jedzonko.
Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie tej satysfakcji, gdy płyną ku górze za każdym razem, gdy odbiorę im światło. Póki co nikt, oprócz rybek, o tym nie wie.
Pierwszy raz ze śmiercią zetknęłam się, gdy miałam 12 lat. Zmarł mój ukochany dziadzio. Wszyscy myśleli, że będę płakać i rozpaczać, a ja nie czułam w ogóle smutku. Pamiętam, że czułam ciekawość. To były czasy, gdy od śmierci do pogrzebu ciało leżało w domu, w trumnie. Długo siedziałam przy dziadku i go obserwowałam. Dotykałam jego zimnej skóry, bo ciekawiło mnie, jak ją czuć po śmierci. Robiłam nawet zdjęcia, choć nigdy ich nie wywołałam. Na pogrzebie też nie płakałam. Śmierć po prostu już wtedy była dla mnie czymś normalnym, naturalną koleją rzeczy.
Kilka lat po dziadku zmarła babcia. I znowu nie czułam w ogóle smutku, przyjęłam to ze spokojem. Cała rodzina płakała, a ja myłam i przebierałam babci ciało, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Tak samo mam ze zwierzętami. Miałam psa, był moim najlepszym przyjacielem przez 16 lat. Zawsze ze mną spał, razem przeżyliśmy milion pięknych przygód. Gdy zachorował, trafił do lecznicy. Codziennie przy nim siedziałam, gdy leżał pod kroplówką. Trzeba było go uśpić, miał nieoperacyjnego raka wątroby z przerzutami. I znowu nic. Trzymałam go za łapkę, gdy odchodził. Mówiłam do niego i głaskałam. I w ogóle nie było mi smutno. Cieszyłam się, że nie będzie już więcej cierpiał, cieszyłam się, że mogłam mu dać tyle szczęśliwych lat życia.
Miałam też koty, szczury, jaszczurki i króliki. Kochałam je wszystkie, dbałam o nie, miały najlepsze życie jakie tylko zwierzak może mieć, bo zawsze byłam odpowiedzialna, dużo czytałam o ich potrzebach i zapewniałam im najlepsze warunki. Ale gdy umierały, przyjmowałam to ze spokojem i bez smutku.
Nie wiem dlaczego tak mam. Dlaczego śmierć nie wzbudza we mnie smutku. Myślę czasem o śmierci moich rodziców i to też nie wzbudza we mnie emocji, choć bardzo ich kocham i są dla mnie najważniejszymi ludźmi na świecie. Mam tylko nadzieję, że mama umrze pierwsza. Bo wiem, że tata sobie bez niej poradzi, ale mama bez taty już nie.
Choroby i cierpienie wzbudzają we mnie ogromny smutek, ale śmierć nie. Gdy czytam, że jakiś człowiek, dziecko czy zwierzę cierpi, to czuję, jakby serce pękało mi na milion kawałków. Uważam, że jestem bardzo wrażliwa, czasem nawet za bardzo. Potrafię przepłakać całą noc, gdy przeczytam artykuł, że ktoś znęcał się nad psem. Gdy poznałam historię Kamila z Częstochowy, nad którym znęcał się ojczym, płakałam przez cały tydzień. Nie potrafię pogodzić się ze złem, nienawiścią, gwałtem, cierpieniem. Ale śmierć mnie nie boli, wręcz nie rusza. Gdy czytam historię, że ktoś zabił człowieka, dziecko lub zwierzę, ale stało się to szybko i bezboleśnie, to w ogóle nie wzbudza to we mnie emocji.
Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego tak mam, bo zdaję sobie sprawę, że nie jest to normalne, a przynajmniej nie powszechne.
Dodaj anonimowe wyznanie