Jako dziecko byłam dosyć twardo wychowywana, dzieci i ryby głosu nie mają etc. Nikt nie przeklinał, nie wolno było pyskować, tak że byłam cicha i grzeczna, ale marzyłam o innym życiu.
Dzieci w podstawówce już umiały przeklinać i trochę się nasłuchałam „brzydkich słów”, ale nie miałam odwagi ich używać. Za to ćwiczyłam w nocy... Czekałam, aż wszyscy pójdą spać (dla pewności sprawdzałam), po czym wracałam do łóżka, zamykałam drzwi, naciągałam kołdrę na głowę i szeptem mówiłam „k***a , ch*j , c**a”. Potem z przejęcia nie mogłam zasnąć : )
Moja mama bardzo się wzburzyła, kiedy dowiedziała się, że znajomi założyli psu obrożę antyszczekową (taką, która wysyła impuls elektryczny).
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nie ma żadnego problemu z biciem własnych dzieci.
Wracając w środku nocy z imprezy, zgubiłam się w lesie. Kierowałam się ścieżkami. Kiedy wyszłam z lasu, zobaczyłam z daleka tabliczkę McDonalda.
Udałam się tam i zamówiłam frytki tylko po to, żeby zobaczyć na paragonie, która godzina.
Poznaliśmy się na pieszych wycieczkach po górach, połączyła nas pasja podróżowania po górskich zboczach. Jest dla mnie idealny, ale ma jedną ogromną wadę – pieniądze. Nigdy nie byłam pazerna ani nie wykorzystywałam jego pieniędzy, by spełniać swoje zachcianki. Nie lubuję się w drogiej biżuterii, nie patrzę na markę samochodu, za wspólne posiłki raz płacę ja, raz płaci on. Mimo to sporo osób próbuje mi i mojemu partnerowi wmówić, że kocham tylko jego pieniądze.
Dopóki moje znajome z pracy nie zobaczyły, jakim samochodem jeździ mój wybranek, wszystko było w porządku. A potem? Słyszałam, jak mnie obgadują, jak mówią, że jestem blacharą lecącą tylko na papierki w portfelu. Gdy kupiłam sobie coś nowego, od razu słyszałam, że pewnie zarobiłam na tym moją d**ą.
Od kumpla ze szkoły usłyszałam, że nie spodziewał się po mnie, że zostanę pasożytem żerującym na innych. Matka mego lubego również traktuje mnie w podobny sposób, nie wstydzi się nawet przy mnie wypominać mi, że jestem tylko nędzną pijawką chcącą wyssać jej syna do ostatniego grosza, dlatego nie odwiedzamy jej zbyt często.
Gdy na świętach pochwaliłam się rodzinie, że planujemy razem pojechać na tydzień w Alpy, jedna ciotka stwierdziła, że powinnam się mocno go trzymać, bo taki bogacz to prawdziwy skarb! Za to bratowa obgadywała mnie wieczorem z bratem, nazywając mnie panią lekką obyczajów, która oddaje się za wycieczkę w góry.
Z innym traktowaniem spotyka się mój narzeczony – nie tylko słyszy, że lecę na jego pieniądze, ale także to, że skoro jest taki bogaty, to na co mu jedna kobieta, skoro może mieć tysiące innych panienek? Codziennie inną! Przecież go na to stać! Mi także próbowano wmawiać, że bogaty na pewno musi mnie zdradzać.
Nie interesuje nas ich zdanie. Jesteśmy ze sobą szczęśliwi i ważne, że my sobie ufamy i wiemy, jaka jest prawda. Zerwaliśmy toksyczne znajomości lub ograniczyliśmy je do minimum. Ale po prostu boli mnie to, gdy ludzie uważają, że jak kobieta jest z bogatym mężczyzną, to musi kochać tylko jego pieniądze. Nienawidzę też myślenia, że bogaty musi zdradzać i nie ma powodu, dla którego miałby być tylko z jedną kobietą. Czy to, że ma pieniądze, musi od razu oznaczać, iż nigdy nie znajdzie prawdziwej miłości? Czy to, że ja jestem z kimś bogatym, musi czynić ze mnie panią lekkich obyczajów? Choć się tym nie przejmuję, to nie jest prosto prawie codziennie zmagać się z tymi „łatkami”, które przypinają nam nawet najbliżsi.
A wszystko przez pieniądze.
Niedawno przypomniałam sobie pewien moment.
Gdy byłam w 2 czy 3 klasie szkoły podstawowej, zapomniałam pożyczyć zeszyt od koleżanki, a nie było mnie w szkole. Wróciłam do domu i przypomniałam sobie o tym fakcie. Matki jeszcze nie było, a ja wpadłam w histerię i błagałam Boga przez dwie godziny, żeby na mnie nie krzyczała i żeby nie biła.
Teraz widzę, jak bardzo bałam się mojej matki i jakim tyranem była.
Właśnie się dowiedziałem, że jestem rogaczem.
Wydało się przez przypadek. Żona rozmawiała przez telefon o kolejnym szkoleniu. Z kolegą. Po francusku. Niestety żona nie wiedziała, że chcąc zrobić jej niespodziankę, od ponad dwóch lat uczę się języka francuskiego. Kurs jest bardzo intensywny, prawie 16 godzin tygodniowo. Zdaje się, że to najlepiej zainwestowane pieniądze.
Ten kolega to jej były chłopak ze studiów. Dzięki koneksjom rodziców jest teraz szychą. Niestety ja swoją karierę podporządkowałem wychowaniu autystycznego syna.
Syn skończył w tym roku studia. Żona na „szkolenie” wyjeżdża za dwa tygodnie. Z prawdopodobieństwem 95% nie zastanie mnie w domu po powrocie.
Uczcie się języków.
Dzisiaj kończy się pewien okres mojego życia. Mam 19 lat. Wyjeżdżam na studia. Właśnie wróciłem ze spotkania z moją dziewczyną. Jesteśmy razem od 1,5 roku. W sumie jest praktycznie jedyną osobą, jaką mam. Wyjeżdżam do miasta, którego kompletnie nie znam. Podejrzewam, że prędko nie wrócę do rodzinnego miasta. Zostawiam za sobą właściwie wszystko – wszystkie problemy i mnóstwo wspomnień. W tym czasie dwa razy próbowałem sobie odebrać życie. Wszyscy – rówieśnicy, nauczyciele i rodzina – mówili mi, że nie dam sobie rady. Gdy byłem w podstawówce, słyszałem, że nic nie osiągnę i że nie mam na nic szans. Gdy chciałem zmienić profil na biologiczny, mówili, że to nie dla mnie i polegnę. Nikt we mnie nie wierzył. Jednak postawiłem na swoim i zdałem dobrze maturę i dostałem się na studia. Teraz słyszę znowu na okrągło od rodziny, że po miesiącu wylecę z tych studiów i że zdziwią się, jak skończę pierwszy rok.
Teraz kontakt nasz się ograniczy do jednego, dwóch dni na 2-3 tyg. Odcinam się od wszystkich wspomnień. Co teraz będzie dalej? Nie wiem. Liczę, że teraz jakoś to będzie.
Pomimo tego, że jestem kobietą, nie rozumiem trwonienia hajsu na wesele. Narzeczony oświadczył mi się rok temu. Fajnie, w sumie trochę czekałam, bo jesteśmy razem już od ośmiu lat, dobrze by było się sformalizować choćby ze względu na papierologię, ewentualne dziedziczenie i dzieci.
Moja wizja ślubu zawsze polegała na ślubie cywilnym lub ewentualnie kościelnym i obiedzie dla najbliższej rodziny i przyjaciół – jakieś 30 osób. Nie chcę wychodzić na sknerę, ale szkoda mi wywalać 50k na imprezę dla ciotek-klotek, tym bardziej że z partnerem zarabiamy OK, ale nie jakoś szałowo, żeby móc pokryć z marszu koszty przyjęcia. Wiązałoby się to z minimum rocznym zaciskaniem pasa do granic możliwości, czyli zaspokajaniem podstawowych potrzeb do życia. Mi się to nie uśmiecha, aby odmawiać sobie przez rok wszystkiego po to, by zrobić jedną imprezę.
Narzeczony, jak się okazało, ma inną wizję. Chce wesela na co najmniej 100 osób, z orkiestrą, poprawinami, oczepinami i tym całym rozgardiaszem. Chce, żebym się wpakowała w białą suknię i ze wzruszeniem pomaszerowała do ołtarza, ku uciesze tłumów. I tu się zaczyna problem. Nie potrafimy znaleźć kompromisu. Żadnego. Albo po mojemu, albo wcale. Zaproponowałam zwiększenie gości do 50 sztuk (to i tak mega dużo) i obiad z kolacją i tańcami w rytm playlisty z laptopa. Nie zgodził się. Próbowałam wyciągnąć najcięższe działo, czyli jego i swoją mamę, jakoś je przekonać, że to bez sensu. Żadna nie stanęła po mojej stronie. Ogólnie każdy twierdzi, że to ja jestem nienormalna, bo nie chcę dużej imprezy. Nawet znajomi pukają się w głowę, że jak to tak bez wesela. A ja bywałam na dużych weselach i wiem, jak to jest – część gości będzie się super bawić, część siedzieć cały wieczór, a reszta przyjedzie tylko dlatego, że wypada. Nie zawsze też takie imprezy się zwracają. Nasze rodziny nie szastają pieniędzmi, jeśli zwróci nam się koszt talerzyków, to będzie sukces. A ja ostatnio bardziej myślę o kupnie mieszkania, aby wiecznie na wynajętym nie siedzieć. Mamy w końcu prawie 30 lat, ustabilizowaną pozycję w pracy i pora chyba mieć gdzie mieszkać. Czyli wesele albo wkład własny. Nie ma kompromisu.
Ech, musiałam się wyżalić, bo może ktoś podziela moje zdanie i doda mi otuchy w komentarzu, aby dalej walczyć o swoje. Niestety, ale wiem, że jak mnie przymuszą, to się zgodzę, jednak nie będę się bawić, tylko myśleć o tym, jak moje ciężko zarobione pieniądze są wlewane w gardła gości, którzy i tak potem powiedzą, że było średnio.
Zacznę od tego, że uczę się w szkole średniej, razem z moimi kolegami, którzy mieszkają w tej samej miejscowości co ja.
W podstawówce, w której byliśmy, były piękne dziewczyny, naprawdę rzadko której brakowało urody. Teraz niestety chodzimy do technikum. W klasie mamy dziewczyny, nie są one ładne czy zgrabne, ale chociaż są miłe. Moi koledzy mają z tym problem i tutaj się zaczyna moja frustracja. Za KAŻDYM razem, kiedy widzą te koleżanki, mówią jakie to one są brzydkie, grube i w ogóle, a sami są takiej urody, że ręce opadają. Kiedy upominam, żeby przestali, mówią, żebym się uspokoił, bo to prawda, że są brzydkie.
Jeszcze raz usłyszę taką odpowiedź, to któryś będzie wracał do domu ze szkoły karetką.
Trzecia gimnazjum. Sprawdzian z geografii. Temat „Polska w świecie”, czy coś takiego.
Wśród pytań było jedno, na które nasz geograf po sprawdzeniu prac postanowił zacytować odpowiedzi. Pytanie było z mapą, na której trzeba było wypisać sąsiadów Polski.
Finlandię i Rumunię jeszcze wytrzymałem. Przy Chinach się załamałem...
Dodaj anonimowe wyznanie