Wziąłem miesięczne zwolnienie (L4) w okresie, gdy brakuje największej liczby pracowników w mojej firmie (sezon chorobowy, zwolnień na dzieci, a z drugiej strony zwiększone tempo pracy). Nie jest mi przykro ani trochę, mimo że uwielbiam swoją pracę. Jeszcze dwa lata temu byłem szczęśliwy, idąc do pracy, bo jest to moja pasja. A dziś? Boli mnie głowa na samą myśl o tym miejscu.
Warunki pogorszyły się wręcz dramatycznie, premie zabierane masowo, brak podwyżek mimo obietnic, parcie na nadgodziny, kręcenie nosem i „mszczenie się” za próbę wyegzekwowania praw pracownika (nawet tak bezczelnych, jak przerwa na posiłek przy 11-godzinnej zmianie...). Nie są to tylko moje odczucia, wielu pracowników narzeka na to, że czują się coraz gorzej w tej firmie. Najgorsze, że nie pracuję w jakimś Januszexie na końcu świata, a w naprawdę dużej, polskiej firmie w wielkim mieście.
Dziś napisał do mnie kolega, że kierownik narzekał dziś między innymi na mnie, że doskonale znamy sytuację w firmie i jakie są braki, a mimo to zostawiamy ich na lodzie.
Zostawię ich jeszcze bardziej po zwolnieniu, gdy przyniosę wypowiedzenie. Tylko złość mnie bierze na myśl, jak szybko moja pasja poszła się kochać...
Kuzyn żyje w niesformalizowanym związku z kobietą - Ewą - od 16 lat. Mają razem dwójkę dzieci. Jego wybranka nie pracuje, kuzyn ma własną firmę więc hajsu jak lodu, mogą sobie pozwolić na wiele.
Cała moja rodzina Ewę traktowała jak kuzynke, zawsze życzenia na imieniny i urodziny, prezenty, wypady na kawę. Normalna rodzinna relacja. Staraliśmy się, tym bardziej że ona ze swoją rodziną nie utrzymuje kontaktu.
Tak się złożyło, że kuzynowi przyszedł kryzys wieku średniego i poznał inną babę. Dziewczę lat 20, mini, blond i te sprawy. Ewe wygnał z domu razem z dziećmi. Została bez pieniędzy, bez domu, bez doświadczenia zawodowego. Kuzyn ofiarnie płacil szałowe 500 zł na dzieci... czyli tak na prawdę grosze.
Zamieszkała u nas z racji tego, że z mężem mamy spory dom po dziadkach, na dodatek blisko jej poprzedniego miejsca zamieszkania. Przez 5 miesięcy nie zawołaliśmy o hajs, pomagaliśmy jak mogliśmy, odbieraliśmy dzieci ze szkoły, mąż załatwił jej fajna pracę w firmie w której pracuje. Każdy członek rodziny pomstował też na kuzyna i uciął z nim kontakt. Nie chcieliśmy znać człowieka, który własne dzieci wyrzuca z domu.
Po 5 miesiącach kuzyn nagle się opamiętał. Lachon odszedł w zapomnienie, nagle ważna stała się Ewa i dzieci. Wybaczyła mu, wprowadziła się razem z dziećmi do niego. Być może nie powinnam ale doradziłam jej wspólnotę majątkową albo po prostu ślub cywilny żeby w razie czego, nie została z ręką w nocniku. Na prawdę chciałam dobrze, nie było w tym ani grama złośliwości, tylko po prostu dobra rada. Tym bardziej na miejscu, gdy Ewa tydzień po przeprowadzce po prostu przestała przychodzić do pracy. Wiecie, wróciło życie w stylu all inclusive.
Ewa jednak za moja radę urwała ze mną kontakt. Z resztą, nie tylko ze mną. Na ulicy dzień dobry nie odpowie, zablokowała nas wszystkich na fb. Zablokowała także nasze numery telefonu. I pisząc "nasze", mam na myśli wszystkich członków rodziny. Moja mama, gdy spotkała ja na mieście i chciała chwilę pogadać to jej się zapytała "czy Pani do mnie mówi?". No ogólnie, sytuacja trochę komiczna ale jednocześnie bardzo przykra. Wiecie, nikt nie oczekuje gorliwych podziękowań ani kłaniania się w pas ale kurczę, nawet zwykłego "dzięki" nie usłyszeliśmy, a żeby udawać że nas nie zna to w ogóle trzeba mieć tupet. Niektórzy powiedzą, że śmieci wyniosły się same ale jednak trochę przykro, tym bardziej, że przez 5 miesięcy człowiek się zżył, z dziećmi załapaliśmy super kontakt. Mąż stał się dla nich jakimś męskim wzorem, gdy ich ojciec się wypial.
Kuzyn jeszcze przyjechał do nas i zwyzywał strasznie, że to my mu związek popsulismy bo buntowalismy Ewę przeciwko niemu. Macie pojęcie? Jasne, wieszaliśmy na nim psy, gdy Ewa się zaliła ale to raczej zrozumiałe gdy ojciec wyrzuca własne dzieci z domu bo znalazł 25 lat młodsza kochankę.
Na spacerze z psem w parku zobaczyłem jak jakieś gówniaki (9-11 lat) znęcają się nad rówieśnikiem i jestem pewien, że nie było to na żarty. Zabrali jemu telefon, podawali sobie z ręki do ręki i naśmiewali się z niego aż w końcu się popłakał. Trwało to jakieś 10 minut. Na początku tylko obserwowałem, ale w końcu nie wytrzymałem bo ciężko mi było tolerować coś takiego. Nikt nie interweniował, więc ja postanowiłem coś z tym zrobić. Tylko jak widziałem sytuację z prześladowaniem to mnie poniosło i powiedziałem "Dlaczego do chuja znęcacie się nad kolegą wy małe kurwy? W tej chwili oddajcie mu telefon." Wtedy nagle jakaś starsza pani na mnie nakrzyczała jaki to ze mnie niewychowany młody człowiek i że dzieciom daję zły przykład. Dla mnie to po prostu żenada jak ktoś czepia się jakichś tam wulgaryzmów, a olewa jak dzieje się komuś prawdziwa krzywda. Nie przejąłem się tymi upomnieniami bo ciężko poprzez wulgarne słownictwo dawać zły przykład dzieciakom, które robią coś znacznie gorszego, a i tak pewnie znają te wulgaryzmy. Oczywiście ta grupa małych oprawców oddała mu telefon po mojej interwencji.
Mam 32 lata i odkąd zaczęłam uprawiać seks w wieku 18 lat, do dziś mam tego samego partnera. Wydaje mi się, że w dzisiejszych dość rozwiązłych czasach to jest akurat rzadko spotykane.
Jestem z rodziny, gdzie nie okazywało się czułości, mama z tatą nie kłócili się, ale nie rozmawiali ze sobą. Mama zawsze prosiła mnie lub rodzeństwo: „Powiedz mu...”, brzmiało to, jakby byli pokłóceni. Nie gadali ze sobą, nie mówiąc już o przytulaniu, chodzeniu za rękę czy całowaniu. Nie odzywali się do siebie. Jeśli miałabym nakreślić relacje między moimi rodzicami, to traktowali się bardzo obojętnie. Ba! Ignorowali się wzajemnie. Nie wiem, czemu tak się zachowywali. Myślałam przez długi czas, że to normalne. Urodziłam się im też dość późno, więc w późniejszym wieku wymyśliłam teorię, że po 30/40 roku życia przestaje się okazywać czułe gesty. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak to sobie tłumaczyłam, widząc zachowanie rodziców koleżanek.
Dziwnie było mi oglądać miłosne sceny w filmach, odwracałam wzrok. Uważałam, że to coś nienormalnego, może nawet wstydliwego (np. trzymanie się za rękę...).
Teraz nie potrafię nawiązywać bliskich relacji damsko-męskich, kiedy zaczyna robić się poważnie – uciekam. Pracuję nad tym, ale nie potrafię jeszcze się zaangażować, przeraża mnie perspektywa stałego związku, chłopaka rodzicom bym nie przedstawiła. Raz zresztą byłam w związku i o niczym nie wiedzieli. Rozstaliśmy się, bo nie umiałam wprowadzić go w swoje życie, nie znosiłam też okazywania czułych gestów przy znajomych (trzymania za rękę, przytulania, nawet buziaków w policzek na powitanie). Myślę, że spory wpływ na to miał właśnie przykład rodziców, bo negatywnych doświadczeń, które mogłyby na mnie odcisnąć jakieś piętno, nie posiadam.
Pracuję jako operator wózka widłowego w magazynie i bardzo lubię swoją pracę. Co istotne, mieszkam i pracuję za granicą. Naszła mnie taka myśl, żeby wrócić do kraju, być bliżej rodziny, przyjaciół, być u siebie. Podczas urlopu w Polsce na celownik poszły wszystkie zakłady pracy w mojej rodzinnej miejscowości, które zatrudniają na takim stanowisku. Niestety, wygląda na to, że XXI wiek jeszcze nie zdążył tam dotrzeć. Nikogo nie interesowały moje certyfikaty, umiejętności i lata doświadczenia. Wszędzie padała ta sama odpowiedź: kobiet na tym stanowisku nie zatrudniamy. Jeden pan był tak miły, że zaproponował mi pracę przy sprzątaniu :)
Chyba nieprędko wrócę do Polski...
A może w dużych metropoliach jest inaczej?
Kiedy byłam mała, mój dziadek hodował świnie, krowy itp. Mieszkamy bardzo blisko kościoła, a że mój dziadek i proboszcz są w podobnym wieku, często przychodził do nas na kawę itp.
Pewnego dnia ujrzałam, że proboszcz siedzi z dziadkiem w salonie. Weszłam i z wielkim uśmiechem oznajmiłam, że muszę księdzu pokazać moje zwierzątka. Mój dziadek myślał, że chodzi mi o kotki, które urodziły się kilka dni wcześniej.
A ja wróciłam z prosiakiem na rękach, którego władowałam proboszczowi na kolana.
On nie chciał być niemiły, więc powiedział, że piękny i głaskał, ale prosiak nie był zadowolony i postanowił posikać się ze strachu.
Wyobraźcie sobie, co ludzie we wsi mówili - że proboszcz od sąsiada w innych ubraniach wraca, a jego szaty suszą się u Kowalskich w ogrodzie...
Jako że ciepło się zrobiło to poszedłem sobie na spacer. No i idę sobie zwyczajnym chodnikiem ze zwyczajnie odkręconą pepsi, którą zwyczajnie popijam. Nagle wpadło na mnie dziewczę urody wyższej, co spowodowało perfidne oblanie mnie owym napojem.
Więc mówię białogłowej, że nic się nie stało, że ciepło, to wyschnie zaraz, a ona cały czas mówi, żebyśmy poszli do sklepu, to ona mi odkupi. A ja głupi mówię, że nie trzeba. A ona na to, żebym dał jej swój numer. A ja na to, że nie trzeba. Dziewczynie się trochę chyba przykro zrobiło, ale odeszła bez słowa.
Dopiero w domu zrozumiałem, jakim jestem przegrywem. Noż kurrr....
Zdecydowałem się dziś wyznać mojemu tacie, że jestem gejem. Spory stres, niby całe życie w jednym domu, a nie miałem pojęcia jak zareaguje. Akurat był w kuchni, pił kawę, głęboki wdech i wypalam:
- Tato, słuchaj, jestem gejem.
Spojrzał na mnie, mija sekunda, mija druga.
- A ja lubię Azjatki.
Myślę o co mu chodzi, totalny mind fck.
- Ymy... co?
- No skoro powiedziałeś mi o swoich preferencjach seksualnych, to stwierdziłem, że nie będę dłużny.
Uśmiechnął się, dopił kawę i pogadaliśmy jak syn z ojcem. Jakoś mi mega ulżyło, że traktuje mnie jak takiego samego faceta jak on sam, dla niego to nic takiego, że w tych kwestiach lubię co innego. Ulżyło mi i chciałem się tym podzielić.
Podobno nie ma nic gorszego, niż kiedy twoja matka jest twoją nauczycielką, ale mówią, że jeszcze gorzej, jak twój ginekolog zostanie twoim szwagrem.
No to ja mam combo.
Dodaj anonimowe wyznanie