Jestem lunatykiem. To, że chodzę podczas snu lub piję wodę (zawsze muszę mieć butelkę przy łóżku) to już norma. Ale kiedyś niechcący wystraszyłam narzeczonego.
Ja już spałam jak kamień, owinięta w kołdrę jak naleśnik, a luby oglądał jakiś horror, gdy nagle poczuł, jak drygnęłam przez sen. Spojrzał na mnie. Leżałam na wznak z szeroko otwartymi oczami (nie mrugałam) i pomału zaczęłam odwracać głowę w stronę lubego, i tak patrzyłam na niego, nic nie mówiąc... Po chwili ponownie pomału odwróciłam głowę i zamknęłam oczy. Luby dalej patrzył na mnie i po namyśle wyłączył telewizor i zestrachany poszedł spać. A rano miał do mnie pretensje, że go wystraszyłam :D
Mam czternaście lat i dorabiam sobie weekendami w sklepiku mojego wujka. Pomagam przy straganie na zewnątrz, porządkuje półki i odliczam pieniądze w kasie. Niby nic, dostaję za to dziesięć złotych za godzinę.
W sklepie pracują jeszcze dwie osoby, Marysia i panna Andżelika. Obie są ode mnie starsze i obie na studiach. Marysia nic do mnie nie ma, lubię z nią rozmawiać i ogółem mamy dobre relacje. Z Andżeliką jest dużo gorzej. Ciągle wyzywa mnie od gówniar i bachorów. Uważa, że to nie fair, że ja również dostaję jakiekolwiek pieniądze tylko za to, że w weekend przychodzę i im "troszeczkę" pomagam.
Ostatnio Marysia zachorowała, OK, zdarza się.
Tamtego dnia lekcje kończyłam wcześniej i postanowiłam, że zajrzę do sklepu i może pomogę. Andżelika nigdy nie dawała sobie zbytnio sama rady i zawsze coś po niej trzeba było ogarnąć.
Wchodzę, a w sklepie burdel, jakby normalnie stado słoni przebiegło, a z pokoju "pracowniczego" (mała kanapa, kibelek obok i jeszcze kilka innych udogodnień, jakby kto był zmęczony) dochodzą dźwięki, jakby ktoś osła żyletką zarzynał. Pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam na policję, ale jeśli oni nie zdążą przejechać tych kilku ulic i zaraz Andżelikę ktoś tam zaszlachtuje? Wzięłam zapasową gaśnicę leżącą za ladą w celu walnięcia nią potencjalnego napastnika i wpadłam tam.
Co zastałam? Andżelikę rozebraną do połowy, uprawiającą seks z jakimś facetem. Ale nie takim zwykłym. To był mój trzy lata starszy kuzyn! Ja w szoku, oni mnie na początku nie zauważyli i ja stoję tam jak głupia i patrzę się na nich, nie będąc w stanie się ruszyć. Po chwili do sklepu wpadła policja i rozwiązała to całe zamieszanie.
Kuzyn dostał po łbie od jednego z policjantów (naszego wujka) i sytuacja rozwiązana. Andżelika nie jest w stanie spojrzeć mi w oczy, choć dalej mnie wyzywa. Marysia prawie posikała się ze śmiechu, gdy usłyszała co się wydarzyło gdy jej nie było, a ja widziałam swoje pierwsze "porno" na żywo.
W wieku 12 lat zostałam mamą. Jakim cudem? Po prostu moi szanowni rodzice zaliczyli wpadkę.
Od początku nie chcieli się zajmować malutką. Wszystko zwalili na ramiona dwunastoletniej dziewczynki. Na początku myślałam, że matka chce tylko pomocy. Nie domyśliłabym się, że jak tylko ogarnę przewijanie i opiekę nad maluchem, to będę musiała sama sobie radzić. Rodziców prawie nie było w domu. Było bardzo ciężko. I jest. Matka wpadła w alkoholizm, ojciec leje do teraz za najmniejsze przewinienie. Przez wszystkie lata ja starałam się zapewnić siostrzyczce dobre życie. Zrezygnowałam ze wszystkich marzeń i ambicji. Po gimnazjum wybrałam najłatwiejszą branżówkę, żeby tylko mieć zawód. Często podbierałam rodzicom pieniądze, żeby mieć na podręczniki czy jedzenie.
Teraz zarabiam, jest trochę lepiej. Nie wiem co robić, by ją z tej patoli wyrwać. Nie stać mnie na mieszkanie. Jestem bezradna, chociaż nie chcę dłużej tu tkwić.
Moja siostra ma teraz 8 lat. I mówi do mnie „mamo”.
Pomocy.
W trakcie małej rodzinnej imprezki zostałam postawiona przed faktem dokonanym, mianowicie jako że wszyscy już wypili po drineczku, to ja muszę odwieźć babcię. No więc wsiadamy do samochodu i jedziemy. W połowie drogi babcia zorientowała się, że wnusia żuje gumę. No i panika... „Olaboga! Udusisz się! Zakręt będzie i połkniesz! Moja koleżanka kiedyś się zadławiła, cała sina była, następnego dnia umarła! Wypluj to! Wypluj!” Argumenty absurdalne, ale babcia tak mnie nastraszyła, że wyplułam...
Dotarłyśmy na miejsce, babcia wysiada pod swoim blokiem. Nagle wraca do auta i krzyczy do mnie na całe osiedle: „Ale pamiętaj, BEZ GUMY!”. :D
Takie moje małe anonimowe wyznanie. Nie jest żenujące, nie spaliłam się w nim ze wstydu, nie zapadłam pod ziemię, ba! nawet chyba nie zrobiłam nic aż tak głupiego, jednakże nikt o tym nie wie i postanowiłam się nim z wami podzielić :)
Zawsze miałam długie włosy. Kręcone blond loczki, które przysparzały mi wiele problemów. Z tego powodu chodziłam zazwyczaj w kokach (takich messy bun, nieogarniętych, w których każde pasemko leży w inną stronę). Nie mogę powiedzieć, że nienawidziłam swoich włosów, po prostu w wieku 14 lat sprawiały mi więcej kłopotów niż radości. Miałam dość tego, że długo się je myje, są zawsze nieogarnięte, wilgoć źle na nie wpływa i tym podobnych spraw. Rozwiązanie było proste – ściąć. Moja mama się na to nie zgadzała :( Na nic zdały się moje prośby, błagania (prosiłam nawet tatę, ale on trzymał stronę mamy). Udało mi się wynegocjować, że przed balem gimnazjalnym podetniemy dość mocno końcówki, ale dla mnie to było za mało. No bo jak to! Do balu jeszcze ponad 8 miesięcy, a ja mam dość tych włosów już teraz. Postanowiłam sobie je ściąć sama... Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Wszystko było przygotowane, nożyczki fryzjerskie (zakupione przez internet), wolny dom, łazienka, pierdyliard filmików na YouTubie, jak ściąć włosy itd., itp. Pierwszy raz ścięłam włosy przed ramiona!
Mogę się wam pochwalić, że nie wyszło to źle. Było trochę krzywo, ale kręcone włosy akurat w tym wypadku pomagały – nie było tego widać :) Rodzicom nic nie powiedziałam. Chodziłam do szkoły w rozpuszczonych, zbierałam komplementy, myłam je rano pod prysznicem w 5 min, a po szkole przed wejściem do domu związywałam w typowy dla siebie koczek. Rodzice się nie dowiedzieli przez długie 8 miesięcy, w czasie których moje włosy zdążyły już nieco odrosnąć. Przed balem gimnazjalnym moja mama była święcie przekonana, że po prostu sama poszłam do tego fryzjera w poprzedzający weekend.
Jak widać, nawet najbardziej kochający rodzice nie poradzą sobie z wolą nastolatki :P
Takie moje małe anonimowe wyznanie :)
Czy jestem zła?
Dzisiaj przyjaciel wyznał mi, że nie układa mu się w związku i chyba zerwie z aktualną dziewczyną. Ucieszyłam się. Nie dlatego, że jej nie lubię czy coś mam do niej, tak naprawdę jej nie znam. Starałam się go pocieszyć i przekonać, że to chwilowy kryzys, ale prawda jest taka, że go kocham. Wiem, że raczej nic z tego nie będzie, ale świadomość, że może znów być wolny, napawa mnie jakimś chorym przeświadczeniem, że mamy szansę być razem 🫤
Zrobiłam paskudny numer mojej siostrze i nawet nie jest mi przykro.
Razem z siostrą wynajmujemy dwupokojowe mieszkanie. Początkowo miałyśmy dzielić się chatą tylko na czas studiów, ale fajnie nam się razem żyło, więc teraz, gdy już obie pracujemy, nadal mieszkamy pod jednym dachem. Jest tylko jeden mały problem – moja kochana siostra ma w zwyczaju spędzać wieczność w łazience. W czasie, który zajmuje jej umalowanie się i zrobienie sobie fryzu, spokojnie można by przyjść na świat, dorosnąć, zestarzeć się i umrzeć. Efekt jest zawsze taki sam – gdy ona wychodzi z łazienki, to ja już jestem o krok od spóźnienia się do pracy i nie mam nawet czasu na przypudrowania sobie kichawy czy dłuższe posiedzenie na tronie najgłębszej zadumy.
Wczoraj przestawiłam wszystkie zegarki w domu o godzinę. W tym także zegar w komórce mojej siostry. Tuż przed snem ustawiła sobie budzik na siódmą. Wstała o szóstej, oporządziła się i poleciała do pracy, budząc mnie przed samym wyjściem („Ela, wstawaj! Zaspałaś do roboty!”). W chwili, gdy czytacie te słowa, ja siedzę sobie na kibelku i piszczę z radości, że przez całą najbliższą godzinę łazienka jest tylko do mojej dyspozycji. To będzie pierwszy raz, gdy przed wyjściem do pracy wezmę kąpiel!
Na ogół jestem ogromnym śpiochem i osobą bardzo leniwą. Bój się Boże, gdy ktoś obudzi mnie przed 13 w weekend.
Była sobota, a ja spałam sobie smacznie i śniłam o różowych jednorożcach, gdy nagle słyszę swoje imię wypowiadane coraz głośniej i głośniej. Moje powieki były tak ciężkie, że tylko jedno oko wygrało z ciężarem. Otworzyłam je leniwie i zobaczyłam ciocię z mamą pochylające się nad moim łóżkiem. Coś do mnie mówiły, jednak mój zaspany mózg wychwycił tylko „drewutnia”, „pomóż”, „utknął ptak”. Zanim zdążyłam przeanalizować zdobyte informacje, wyciągnęły mnie z łóżka i zaprowadziły, a raczej zaciągnęły na dół. Z powagą stwierdziły, że mam ważną misję do wykonania. Otóż w drewutni utknął biedny ptaszek i ja muszę im pomóc go stamtąd zabrać. Mój mózg wyrwany z błogiego snu działa wolniej niż Internet Explorer, więc w tym co mówiły nie było dla mnie nic podejrzanego. I tak oto biedna, zaspana ja wyruszyłam na podwórko ratować biedne zwierzątko. Do ręki dostałam nawet kawałek chleba, by zachęcić ptaszka. Śniegu po kolana, zimno wszędzie, a ja z trudem przedzieram się przez śniegowe zaspy z poczuciem obywatelskiego obowiązku i dumą w sercu, że wszystko to, by nieść pomoc zwierzakom. Chodziłam zaspana, z ledwo otwartymi oczami po podwórku przez dobre pięć minut, próbując zlokalizować drewutnię, zanim dotarło do mnie, że tak naprawdę wcale tej drewutni nie mamy.
Rodzinka chciała pośmieszkować, więc zbudzili mnie o szóstej rano w sobotę, by ratować nieistniejącego ptaszka z naszej nieistniejącej drewutni. Zdjęcia i filmiki do tej pory podbijają wszystkie rodzinne spotkania.
Dyżur na SOR-ze zaczynam o 8.00, na sali obserwacyjnej dwóch pacjentów. W tym pijak 3,6 promila. Śpi, leci kroplówka, śmierdzi nieziemsko, ale przynajmniej się nie awanturuje. Będzie „wesoło”, gdy zobaczy rachunek (brak ubezpieczenia, uraz głowy, musiała być tomografia). Cieszę się, że są wolne łóżka na OBS-ie. Z rana względny spokój, zgłaszają się pacjenci. Da się ogarnąć. Po 11.00 rozkręca się, pacjenci ze skierowaniami z przychodni (połowy nie powinno tu być, każdego trzeba zbadać, bo wśród nich są osoby wymagające opieki). Ratownicy przewijają się non stop. W międzyczasie trzy karetki przywożą ofiary wypadku. Ludzie na korytarzu widzą, kto przyjeżdża, ale zaczyna robić się nerwowo.
Ok. 17.00 poczekalnia pełna. Przyjmuję jednego za drugim. Część przekazana na oddział, część odesłana do domu. OBS niestety od kilku godzin pełny (wciskam tam na siłę faceta z migotaniem). W międzyczasie karetki, w tym dwie zawałowe. Zawał... ufff! Można przekazać od razu na kardiologię, wezmą ich do pracowni hemo, mają duże szanse, żeby z tego wyjść. Co chwilę do mojego gabinetu wchodzi kobieta, upominając się, że czeka, dwie godziny temu oddała skierowanie i nadal nikt się nią nie zajął (w wywiadzie pierdoła, pacjentka w stanie bardzo dobrym, nie zgłasza żadnych dolegliwości, więc musi poczekać).
19.00, karetka. Facet 41 lat, lista chorób i zażywanych leków nie ma końca. Jego płuca dosłownie zalewa krew, jest też wszędzie dokoła. Potrzebuję pomocy. Dostaje leki, zabezpieczamy go, pobieramy badania. Przychodzą starsi, mądrzejsi, potwierdzają to, czego się obawiam. Mężczyzna świadomy, sam wie, jak się to skończy. Podpisuje papiery, nie chce uporczywej terapii, nie chce nawet respiratora. Prosi, żeby nie mówić żonie, „pracuje za granicą i tak nie przyjedzie teraz, a tylko będzie się martwiła”. W międzyczasie ona do niego dzwoni, a ten kłamie, że wszystko OK i żartują. Później rozmawia z córeczką, żeby była grzeczna u dziadków, bo nie wiadomo kiedy tata wróci. Znowu wchodzi kobieta z pierdołą, żądając mojego nazwiska, bo pisze skargę. Podaję i zamykam drzwi. Facet prosi, żebym po wszystkim osobiście zadzwoniła do żony. I chciałby, żeby przestało boleć, nie chce też być sam. Robię wszystko co mogę i na co on się zgadza.
02.00, wychodzę ze szpitala. Facet zmarł, ale byłam przy nim do końca. Żona powiadomiona, jest już w drodze – „czułam, że kłamie”. W domu powinnam być kilka godzin temu. Mąż wyrzuca mi to, gdy w końcu kładę się obok niego. Patrzę na niego i myślę, co zrobiłabym na miejscu tego faceta. Czy też umiałabym tak udawać...
Trzy dni później tłumaczę się szefowi. Wpłynęły na mnie dwie skargi tego dnia. Była też żona, dziękuje, że mąż nie był sam.
Codziennie nienawidzę tej pracy i codziennie ją uwielbiam. Czasem nie mam sił, ale jutro znowu wyjmę stetoskop i zrobię, co mogę.
Mam 17 lat i ważę 103 kg przy wzroście 174 cm. Nigdy nic ze sobą nie robiłam, bo tłumaczyłam to sobie moją chorobą (mam alergie i biorę sterydy). W dodatku mieszkam z babcią, więc w dzieciństwie miałam 7 posiłków dziennie + paróweczki na deser.
To straszne, co stało się z moim ciałem. A kiedy mówię, że chyba zacznę ćwiczyć, od babci słyszę: „Wyglądasz zdrowo”, „Masz krągłości” itp. Chciałbym iść do dietetyka, ale babcia mówi, że to wymysł tych, co mają za dużo pieniędzy. Mam dość siebie. Wstydzę się chodzić na basen i siłownię. Chcę być inna, ale nie potrafię. Wstyd to przyznać, ale chyba jestem na to za słaba psychicznie.
Dodaj anonimowe wyznanie