To co wam chcę opisać, zdarzyło się parę lat temu. Miałam samochód. Ale taki zwykły. Był to bardzo rzadki model, niezbyt często spotykany na ulicach. Autko sportowe, rzucające się w oczy. Nie chwalę się, jest to istotne dla historii.
Tym autkiem pojechałam do koleżanki, która mieszka w innym mieście. Miałam zostać u niej kilka dni. W trakcie pobytu samochód nie był mi potrzebny. Stał sobie na parkingu, w tym samym miejscu, w którym zaparkowałam w dniu przyjazdu. Było go widać z okna mieszkania.
Któregoś dnia wyglądam przez okno i widzę, że koło mojej bestii stoi kilka osób. Niewiele myśląc wybiegłam z domu, by dowiedzieć co się dzieje. Podchodzę na parking i słyszę (mniej więcej coś takiego):
- No wiecie, jak szybko tym cackiem mogę śmigać. Kiedyś was zabiorę i pokażę.
- A nie możesz teraz? No nie daj się prosić. Ja lubię ostrą jazdę.
- Ja też, nawet bardzo, he he he...
Teraz krótki opis. O mój samochód opiera się jakiś chłopak. Koło niego stoją trzy niewiasty, zachwycone nim i jego gadką. Chłopak opowiada jak to super jeździ się taką bryką, a one chłoną każde słowo i błagają o przejażdżkę. A ja stoję i słucham. I bardzo różnię się wyglądem od pozostałych dziewczyn (to też istotne). Powiedzmy, że dostałam 20 cm za mało wzrostu i z 10 cm za dużo w pasie. I tak mnie ta sytuacja zaskoczyła, że stałam i słuchałam co też on nie robił w tym aucie. Gdzie nie jeździł i kto mu nie zazdrości.
I nagle jego spojrzenie pada na mnie. Przygląda mi się i mówi:
- A ty czego się tak gapisz? Nie widzisz, że tym autem jeżdżą tylko fajne laski?
Jego mina, gdy otworzyłam drzwi auta - bezcenna :D
Jestem pielęgniarką. Dzisiaj w pracy miałam na sali pacjentkę, po 80, schorowana babcia, ze zmianami starczymi w mózgu i bardzo smutnymi oczami, aczkolwiek kobieta w logicznym kontakcie. Była na sali obserwacyjnej, więc siedzę, obserwuję, aż tu nagle na salę dosłownie wtacza się dziadeczek, ledwo idzie o kuli, ale gna! Pytam więc kim pan jest, odpowiedział tylko "dzień dobry", i pędzi do łóżka tej pani.
Pan przyjechał z dializ, tez schorowany, głodny, bo była 16, a on na czczo, pędzi prosto do żony, ledwo idąc o tej kuli, ale jakoś się dotoczył. Pomogłam mu usiąść, a kobiecie aż zaświeciły się te smutne oczy. Zapytała "A po coś ty tu przyszedł?!". Na co pan odpowiedział "A co? Nie mam do kogo?!". Potem tak sobie siedzieli, niechcący usłyszałam, że pan dziadek mówił "Masz jeść i słuchać doktora, żebyś wyzdrowiała". Coś niesamowitego! ;)
Taka piękna miłość się zdarza. Uwierzcie! ;)
Przez zaburzenia depresyjno-lękowe trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Wstydzę się przyznać przed ludźmi, że leczę się u psychiatry. Wie tylko mój mąż i bliska koleżanka. Nie wiedzą nawet mój tata i brat. Bardzo boję się ich negatywnej oceny.
Nie umiem być szczęśliwy... Cały czas czuję się po prostu przybity, jakby uszło ze mnie całe życie. Choć mogę wyglądać dla rodziny i znajomych, jakbym był szczęśliwy, to w rzeczywistości czuję się opuszczony, czuję, że moje życie jest do bani. Jak patrzę na ludzi, którzy kogoś mają, kogoś, kto ich wysłucha i podniesie na duchu, to czuję się jeszcze gorzej. Nie wiem co mam zrobić...
Już dawno po wyborach, a ludzie wciąż nimi żyją. Nic tak nie dzieli ludzi jak polityka. Osobiście wisi mi kto na kogo głosował. Każdy z nas miał swój jeden głos, który mógł oddać. Uważam, że jest to sprawa indywidualna. Nawet jeśli ktoś nie był na wyborach, to też dobrze. To jego sprawa. Głos nie sprawia, że kogoś kocham bądź nienawidzę, bo nie nasz głos mówi, jakimi ludźmi jesteśmy.
Zazwyczaj unikam polityki jak ognia. Dzisiaj jednak znajoma poruszyła temat cen i jak to teraz myśli, że będą „spadać”. Jednak jak wiadomo, to tak nie działa. Ceny nie spadają, a jeśli już, to w jakimś celu, na przykład na chwilę. Powiedziałam to.
Teraz nie mam koleżanki. Mimo że miałyśmy wiele wspólnych pasji i hobby, to stwierdziła, że mam ją wyrzucić ze znajomych, jeśli jestem za PiS-em. Nie. Nie byłam. Jednak i tak ją usunęłam. Jeśli z góry mnie osądziła, to chyba dobrze zrobiłam. Nie dało się z nią przeprowadzić normalnej dyskusji. Jak myślicie?
Od pewnego czasu narzeczony wyzywa mnie rzucając teksty jak np. "jesteś jak małpa w zoo srająca pod siebie"...
Trzy dni temu oddałam pierścionek i usłyszałam, że gdy się wyprowadzę, będzie szczęśliwy...
Następnego dnia przyniósł różę w ramach przeprosin, jednak z tekstem "żebyś nie syczała".
Taki oto "romantyczny" przykład narzeczeństwa.
Tak, wyprowadzam się.
Mam 18 lat. Od paru tygodni przebywam na oddziale psychiatrycznym.
Jest tu całkiem sympatycznie, jednak przez pierwszy tydzień przebywałam na sali obserwacyjnej, trzyosobowej, blisko lekarzy. Zazwyczaj dobierają ludzi do pokojów chorobą, coby się nie pozabijali, ale na obserwacyjnej jest miszmasz. Tak oto dwubiegunowa depresyjna nastolatka spędzała czas z 60-letnią schizofreniczką. Pani bardzo miła, ciężko chora, ale nieszkodliwa. Często jej pomagałam, bo pielęgniarki dupy nie chciały ruszyć... No właśnie. Pielęgniarki.
Pewnego dnia pani Danusia nie zdążyła do toalety. Zdarza się. Pomogłam jej się przebrać, ale wycieranie moczu z podłogi nie należy do moich obowiązków. Aż taką altruistką nie jestem. Podreptałam do pokoju pielęgniarek, zapukałam, nikt nie otwiera.
Natalka: Jest tam ktoś?
Pindy: Nie.
Dobre sobie. Weszłam, opisałam sytuację, powiedziały, że ktoś posprząta.
Czekam. Pół godziny. Zaczęło śmierdzieć, wiadomo, mocz po lekach, to jeszcze gorzej. Wracam, mówię, że już wali, dumna pani przy kawce mówi: No ja tego sprzątać nie będę. Ekipa przyjdzie.
Dobra. Czekam kolejne pół godziny, mania się o mnie upomniała, wkurzyłam się porządnie, jak Godzilla ruszyłam do tych pip i powiedziałam, że jak tego nie posprzątają, to je tam za kudły zaciągnę. No poniosło mnie troszkę. Brak szacunku, tere-fere, poszłam zapalić, nadal nikt nie sprzątał.
W końcu przelała się czara goryczy, wytarłam podłogę, żałując, że nie zrobiłam tego wcześniej, porwałam brudny papier i mokre rzeczy pani Danusi, wparowałam do gabinetu i rzuciłam zawiniątko zaskoczonej pigule na kolana.
Efekt? Noc w izolatce i tydzień bez przepustek. I tak było warto. Dostałam od lekarza czekoladę, a pokrzywdzone panie obchodzą mnie szerokim łukiem.
Ja vs. Personel: 1:0
Na wsi mamy takiego pijaczka, nieszkodliwy facet, ale ostatnio taka wredna baba go oskarżyła o zabicie jej psa (a pies umarł ze starości, taka jest prawda).
Wracam pod wieczór od kumpla, patrzę – pod kapliczką ktoś jest i się modli. A to nasza wypita gwiazda całej wioski. Wśród nocnej ciszy niosły się słowa jego modlitwy: „Matuchno bosko, jo noprowde tyj kurwie psa nie zabiłem” :D
Jestem samotną 23-latką. W akcie desperacji postanowiłam wybrać się na randkę w ciemno z chłopakiem poznanym w Internecie. Wystroiłam się jak jeszcze nigdy w życiu i poszłam do restauracji.
Czekałam na niego prawie godzinę, jednak on nie przyszedł. Poczułam się brzydka. Myślałam sobie: „Pewnie zobaczył mnie z daleka, wystraszył się i uciekł”. Opuściłam lokal ze spuszczoną głową.
Gdy szłam chodnikiem, mijała mnie kobieta z kilkuletnią córką. Gdy były już za moimi plecami, usłyszałam, jak dziewczynka pyta: „Mamusiu, czy to był Kopciuszek?”.
Nawet nie wiecie, jak było mi miło. Może i wystawił mnie facet, ale do końca dnia pamiętałam tylko słowa tej dziewczynki.
Mając 8 lat, byłem wraz z rodziną na weselu kuzynki. Była późna godzina, rodzice poszli w tango, a ja pląsałem z innymi dziećmi, oczekując na deser, którym miały być płonące lody.
Gdy dostałem swoją porcję, oddaliłem się od reszty, by w spokoju zjeść posiłek. Jadłem z olbrzymią przyjemnością, lecz nie wiedziałem co zrobić z ogniem... No i zjadłem wszystko, co było na talerzu, wraz ze świeczką (myślałem, że to egzotyczny rodzaj lodów). Okropne uczucie w ustach.
Dodaj anonimowe wyznanie