Byłem w odwiedzinach u mojej babci. Nie słyszy ona dobrze tak jak kiedyś, więc często wychodzą z tego dosyć śmieszne sytuacje.
Kiedyś zapytała się, co u mnie słychać. Zacząłem opowiadać jej o moich problemach, że matura poszła mi kiepsko, że właśnie zerwałem z dziewczyną...
Na co babcia radośnie odpowiedziała: „To dobrze, że ci się układa!”.
Pięć miesięcy temu popsuła mi się większość zębów. Ropnie, stany zapalne, przeogromny ból, którego nie tłumiły nawet leki przeciwbólowe. Najśmieszniejsze jest to, że regularnie chodziłam na wizyty do swojego dentysty i miałam hopla na punkcie higieny (mycie po każdym posiłku, nitkowanie, irygacja, nastawiałam nawet minutnik na mycie zębów). Nie wiem jak to się stało, że nagle wszystkie mi padły, dosłownie jeden po drugim.
Oczywiście wydałam krocie na dentystę. Dosłownie krocie. Jak leczenie kanałowe, to tylko pod mikroskopem. O! Nie udało się jednak naprawić zęba? Albo złamał się pięć minut po wyjściu z gabinetu? Nic nie szkodzi, wyrwiemy, proszę się umówić na implant. Sami doskonale wiecie, że to nie są tanie rzeczy. Łącznie popsuło mi się osiem zębów, wydałam średnio po 2500 zł na każdy, a będę musiała założyć pięć implantów przez nieudolne leczenie albo zostawienie mi w zębie narzędzia, albo przez to, że nie wdrożono żadnego antybiotyku, gdy wyszedł mi ropień. Ogólnie dużo dużo pieniędzy i jeszcze więcej bólu. I wiecie co boli mnie najbardziej? To, że żaden lekarz mnie nie przeprosił, nie zaproponował jakiejkolwiek rekompensaty za nieudolne leczenie. Że dentysta, do którego chodziłam od 10 lat, nie zauważył tego, jak psują mi się zęby. Co by nie było, po każdym nieudanym leczeniu zmieniałam specjalistę, jeździłam 80 km dalej od mojego miejsca zamieszkania do ponoć najlepszej kliniki w okolicy, moje zęby oglądała chyba większość dentystów w powiecie. I co? I nico. Wydałam kupę kasy, a teraz wydam jeszcze więcej na implanty. W chwili obecnej nie mam już pięciu zębów. Pięciu! W wieku 32 lat. Chyba nigdy tak się nie zawiodłam na leczeniu. Doprowadziłam się do ruiny finansowej przez te ich „szkoda wyrywać zęba, spróbujemy tego”, potem jeszcze czegoś, by po pięciu wizytach dowiedzieć się, że w sumie to i tak trzeba zęba usunąć.
Jestem wściekła. Mam całą dokumentację medyczną i naprawdę mocno się zastanawiam, czy nie pozwać tych gamoni o błędy w sztuce. Tylko komu wierzyć? Jak bez jednego zęba szłam do drugiego stomatologa, to chwytał się za głowę, jak mogli mi to zrobić, potem u niego historia wyglądała podobnie (leczenie, leczenie, pieniądze, pieniądze, wyrwanie, implant), szłam do kolejnego z następnym zębem i znowu historia zataczała koło. Jeden mądrzejszy od drugiego.
Pracuję w zawodzie trochę podchodzącym pod medyczne i wiem, że jak ja bym komuś tak spierniczyła sprawę, to miałabym sąd na karku i w najlepszym wypadku do wypłaty srogie odszkodowania, a w najgorszym zakaz wykonywania zawodu.
Wiecie co mnie jeszcze mega zabolało? Jak po którymś razie mocno się oburzyłam, to z ironicznym uśmiechem dostałam odpowiedź, że „no wie pani, medycyna daje szansę, a nie gwarancję”.
Ścieram sobie kurze i nagle kątem oka zobaczyłam wielkiego pająka na parapecie. Panika i od razu w krzyk. Uciekając, walnęłam twarzą o drzwi, więc zakrwawiona pobiegłam do łazienki. Brat się ulitował i ruszył do mojego pokoju, żeby mi pomóc i pozbyć się potwora. Po chwili wyszedł z niego, trzęsąc się ze śmiechu, bo okazało się, że to wcale nie był pająk, tylko czarna zakrętka od napoju...
31 października, środek stolicy i święto Halloween. Wracałem z pracy i zapomniałem, że dzieci mają ubaw z chodzenia po domach i zbierania słodkości, więc się nie przygotowałem. Przy dwóch pierwszych grupach znalazłem coś w mieszkaniu, a reszcie pokazywałem moje „maskotki” halloweenowe – ptaszniki i węże :))
Moja siostra ma ciągłe pretensje, że ją rzadko odwiedzam, zwłaszcza w okresie jesień – zima – wiosna. To nie tak, że jej unikam. Ja po prostu panicznie boję się przekroczyć próg jej mieszkania. Dlaczego? Otóż niemal zawsze po odwiedzinach łapię jakieś grypy, jelitówki, przeziębienia i inny syf. Mam podejrzenia dlaczego.
Siostra ma trójkę dzieci – bliźniaki 7 lat i córka 5 lat.
1. Praktycznie nie wietrzy mieszkania, zaduch panuje niesamowity, „bo dzieci znowu się pochorują, bo je zawieje”.
2. Wszystko co dotykają musi być czyste, wymyte, wyparzone, „bo złapią jakieś bakterie i znowu będą chorować”.
3. Zimą prawie nie wolno im wychodzić i pobawić się na zewnątrz, „bo za zimno i na pewno się przeziębią, a przecież rzadko jest śnieg, tylko pełno błota i się umorusają tylko”.
4. Podsumowanie – przez takie traktowanie te dzieciaki przynoszą z przedszkola praktycznie każdą chorobę, a wirusy i bakterie spokojnie sobie mieszkają u siostry w domu jeszcze długo po tym, bo przecież nie można wywietrzyć.
Nie da się siostrze wytłumaczyć, dlaczego robi źle i krzywdzi własne dzieci. Szwagier też niewiele zmieni, bo każda rozmowa wywołuje tylko kłótnie.
Aż sobie przypominam warunki z mojego dzieciństwa – stary dom, 20-letnia wykładzina w pokoju, nieszczelne okna, przeciągi. Lato czy zima – mnóstwo czasu na zewnątrz. Zjadanie niemytych owoców z sadu czy szczawiu chrupiącego w zębach od piachu. I wiecie co? Chorowałam może z raz na dwa lata ;)
Odporność jest jak mięśnie. Trzeba jej używać, żeby działała jak trzeba, inaczej zanika.
Mój kuzyn (prawilny warszawiak), gdy w wieku 14 lat pierwszy raz przyjechał na wieś, przeżył szok. To, że kury znoszą jajka wiedział, ale że, cytując: „one je wydalają z dupy”, to już nie wiedział. Z kolei jak zobaczył dojenie krowy, to nie chciał pić mleka przez kilka miesięcy.
Jakim cudem ludzie są w stanie nie znać takich podstawowych faktów?
Wiecie jaki jest najgorszy przegryw i poziom friendzone? Otóż mój najlepszy przyjaciel, który jest miłością mojego życia, wczoraj miał święcenia diakonatu... A ja byłam tam i ryczałam jak bóbr, ale nigdy mu się nie przyznam, że to ze smutku, a nie z radości. I żeby nie było komentarzy, że mogłam mu powiedzieć, że go kocham. Powiedziałam jakieś 4 lata temu.
Minuta ciszy dla wszystkich w friendzone :)
Jestem biedna jak mysz kościelna i mam tego serdecznie dość...
Wychowuję się w ubogiej rodzinie w zapyziałym miasteczku. Moi rodzice przez problemy zdrowotne siedzą na rencie. W dodatku są nieporadni życiowo. Nie mam im nic do zarzucenia, bo głodna nie chodzę, ale no kurcze, po prostu brakuje kasy... Mamy wystarczająco pieniędzy, aby przeżyć, ale nic ponad to. Nigdy nie byłam na wakacjach. Wraz z rodziną spędzamy je przy zbiorach owoców, abyśmy mieli na opał i przybory szkolne. Ubieram się w lumpeksie, bo mnie po prostu nie stać na zakupy w galerii. Nie chodzimy do kina, restauracji. W szkole dostaję paczki żywnościowe z Caritasu. Mam dziadowski telefon i laptop, który muszę dzielić z młodszą siostrą. Ludzie w liceum wyśmiewają się ze mnie. Chciałabym się urodzić w klasie średniej. Chodzić na paznokcie, kupować sobie modne ciuchy. Mieć pieniądze na to, co dla innych jest codziennością. Nawet na głupią pizzę z pizzerii. Często płaczę z tego powodu. Dręczą mnie myśli samobójcze, a nie mam nawet pieniędzy na psychologa. Pedagog w szkole powiedziała mi, abym się nie przejmowała i poszła na spacer do lasu...
Zanim ktoś powie mi, abym poszła do pracy, to już odpowiadam: pracuję. Udzielam korepetycji. Ale te pieniądze w większości idą na bieżące wydatki: kosmetyki, drugie śniadania, doładowania telefonu... Ciężko mi cokolwiek odłożyć, bo po prostu nie mam z czego. A o kieszonkowym mogę sobie pomarzyć. Pewnie będziecie pisać, że mogę się wykształcić i będę miała kasę. Ja to wiem. Ale zanim się wykształcę, powegetuję sobie przez kilka lat na studiach, w wolnym czasie zapierdzielając jak wół, aby mieć co włożyć do gara. Nie chcę takiego życia...
Kilka lat temu bliska mi osoba po pijaku prowadziła motocykl. Wraz z innym znajomym (pasażerem) rozbili się o przydrożne drzewo. Bliska mi osoba zadzwoniła do mojego ojca i pojechałem z nim na miejsce. Drugi mężczyzna już nie żył. Tata trzeźwo ocenił sytuację i podjął działania. Ja mu tylko pomagałem. Potem wezwał służby.
Lekarz stwierdził zgon, bliską mi osobę zabrano do szpitala. Za kierowcę i sprawcę uznano zmarłego.
Byłem na jego pogrzebie; czasem widuję jego żonę i córkę. Brat jest już w pełni zdrowy.
Nikt nie zna prawdy, nawet moja mama.
Na pierwszym roku poznałam jedną dziewczynę przez wspólną znajomą. Miałyśmy takie same zainteresowania i z czasem zaczęłam mieć ją za przyjaciółkę. Ale przez ostatnie dwa lata coś się zmieniło.
Kiedy ją zapytałam rok temu, czy mogłabym zamieszkać z nią i jej znajomą odpowiedziała mi, że one będą raczej mieszkały tylko we dwie i nie chcą trzeciej osoby w pokoju. Stwierdziłam OK, w porządku, nie miałam z tym problemu. Jasne, było mi trochę przykro, ale przecież nie będę się wciskała na chama. A jednak mimo tego co mi wtedy powiedziała, na początku roku się okazało, że zamieszkała z nimi dziewczyna, z którą mieszkałam rok wcześniej. Jak zapytałam o to, powiedziała mi: „No nie mogłyśmy biednej zostawić samej”. Wtedy nie powiem, poczułam się jak śmieć. Żałuję, że już wtedy nie zapaliła mi się czerwona lampka.
Zawsze razem rozmawiałyśmy o pójściu razem na dobry ramen czy drinki w wolnej chwili. Okazało się, że zawsze chodziły na takie wypady beze mnie. A dowiadywałam się o tym z Instagrama, a nie bezpośrednio od nich. Przykro mi było, ale nie robiłam z tego jakiejś dramy. Ale zawsze zapytane odpowiadały „a no bo tak wyszło” albo „akurat miałyśmy ochotę”.
Ostatnio nawet doszło do sytuacji, w której jedna z dziewczyn napisała do mnie SMS, że podała mój prywatny numer pani, która za darmo robi analizę ciała i za polecenie 5 osób daje darmowego e-booka. Nie zapytała, czy może podać mój albo czy jestem zainteresowana takim badaniem. Po prostu dała mój numer i mnie łaskawie o tym poinformowała. Może ja jestem jakaś dziwna, ale dla mnie jest to brak szacunku do drugiego człowieka, dawać jego prywatny numer telefonu bez konsultowania tego z właścicielem numeru. Jak ją poprosiłam, żeby na następny raz nie rozdawała mojego numeru, to nawet przeprosiła, tylko uprzedziła, żebym nie odbierała tego konkretnego numeru telefonu.
Dodaj anonimowe wyznanie