Halloween mnie ani mierzi, ani grzeje. Jak ktoś chce, to niech się bawi. Akurat wyjeżdżałam z domu w tym czasie, ale wiedząc, że dzieciaki przychodzą po cukierki, wystawiłam koszyk ze słodyczami. To co się wydarzyło w trakcie mojej nieobecności znam z mojego monitoringu sprzed drzwi.
Pięć kilogramów cukierków zostało rozkradzione przez dwie grupy dzieci – po 10 minutach kosz stał pusty. Większość dzieci, które przyszły potem, było tym faktem niepocieszonych, więc dobijały się do moich drzwi bardzo nachalnie, tłukąc w drzwi i męcząc dzwonek, niektóre kopały albo swoją złość okazywały pobliskiej choince. Jedna dziewczynka podniosła żwir z rabatki i rzuciła w okno.
Wszystko przebili jednak dwaj chłopcy na oko 10-12 lat, którzy nie mogąc się dobić, wyciągnęli czerwony spray i na drzwiach i chodniku powypisywali wulgaryzmy.
Dodam, że nie mieszkam w podejrzanej dzielnicy, nie słyszałam o poważniejszych wykroczeniach w okolicy. Ale może to pokolenie patologiczne dopiero wyrasta z pieluch...?
Jako że jakiś czas temu zobaczyłam wyznanie o sponsoringu, przypomniała mi się moja historia. Miało to miejsce kilka lat temu, kiedy jako dwudziestojednoletnia studentka postanowiłam poszukać sponsora. Wiem, że pewnie hejty się posypią, ale trudno. Sytuacja w domu była tragiczna, w dodatku matka zaczęła chorować, a wiadomo jak to jest ze studenckimi pracami. Nie dość, że podła, to ciężko z niej wyżywić siebie i zakupić drogie leki. Tak że postanowiłam zamieścić ogłoszenie na popularnym dość portalu.
Na pierwszą odpowiedź nie musiałam długo czekać, po kilku dniach odezwał się do mnie pewien pan, proponując spotkanie w kawiarni na omówienie, jak sam to określił, dalszych warunków współpracy. Rzecz jasna zgodziłam się i poszłam do rzeczonej kawiarni. On przyjechał samochodem, którego wartość zapewne przekraczała wartość mojego rodzinnego domu wraz z działką. Kiedy wysiadł, w szytym na miarę garniturze, zdziwiłam się, gdyż spodziewałam się, wiecie, pana raczej starszego, natomiast on był albo w moim wieku, albo niewiele starszy. Pierwsze wrażenie sprawił nadzwyczaj dobre, był bardzo miły, kulturalny, szarmancki wręcz. Kiedy zaproponował sumę, jaką może mi zaoferować, szczerze mówiąc, kopara mi opadła. Takich pieniędzy naraz nie widziałam chyba nigdy w życiu, propozycję oczywiście przyjęłam. I tak się to zaczęło, on zabierał mnie w różne miejsca, do kina, teatru, na spacer po parku, ale co dziwiło mnie i nawet w pewnym sensie niepokoiło, nigdy nawet nie poruszył tematu seksu. Co nie zmienia faktu, że zawsze płacił ustaloną sumę pod koniec miesiąca, zupełnie jak pensję.
Kiedy w końcu zaprosił mnie do swojego domu (tak, zaprosił, nic nie narzucał, ale jako że wtedy nie wyobrażałam sobie życia bez jego pieniędzy, zgodziłam się), byłam pewna, że dojdzie do stosunku, a że byłam wtedy dziewicą, zwyczajnie się bałam. Ale nie. Do niczego nie doszło. Serio, siedzieliśmy, słuchaliśmy muzyki, on chwycił mnie za rękę w pewnym momencie i na tym się skończyło. Taka sytuacja miała miejsce jeszcze kilka razy, w końcu nie wytrzymałam już, musiałam. Zapytałam dlaczego on, bogaty, przystojny, miły, młody facet, zamiast znaleźć sobie dziewczynę, wynajmuje mnie do towarzystwa. Wtedy popatrzył na mnie smutno i opowiedział swoją historię. W skrócie, jego ojciec zmarł kilka lat temu, zostawiając mu firmę, którą on jeszcze rozwinął. Potem zaczął spotykać się z dziewczyną, zakochał się, już planowali ślub, ale podsłuchał, jak rozmawiała ze swoją koleżanką, mówiąc, że jest z nim tylko dla pieniędzy. Po tym stwierdził, że woli mieć pewność, że ktoś jest z nim tylko dlatego, że płaci, niż bawić się w udawanie miłości. Jakiś czas później nasze drogi się rozeszły. Tylko wciąż nie mogę się nadziwić do jakiej podłości ludzie są w stanie posunąć się dla pieniędzy.
Mam 37 lat i jestem byłym górnikiem kopalni węgla kamiennego.
Tak, byłym...
Dzień jak co dzień, spotkanie ze znajomymi na podziale, zjazd i standardowe „Szczęść Boże” podczas zjazdu. Doszliśmy na miejsce pracy. Siadamy obok siebie, odkładamy aparaty ucieczkowe i wyciągamy kanapki, częstujemy się tabaką. Dzień jak co dzień. Zabieramy się do roboty, w pewnym momencie odezwała się natura. Natura z takiej strony, od której jej jeszcze nie poznałem. Wybuch metanu, wielka kula ognia pędziła w naszą stronę, do tej pory to pamiętam. Nie da się opisać tego widoku. Uderzenie powietrza przewróciło nas, a ogień poparzył. Ocknąłem się. Jęki, krzyki, błaganie o pomoc. Nigdy tego nie zapomnę. Wstałem, zobaczyłem innych, ich ręce wyglądały jak stopiona gumowa rękawiczka, spojrzałem na swoje – widzę to samo. Film się urywa. Budzę się na ziemi z przyłożonym aparatem ucieczkowym do ust i słyszę głos. Głos jednego z elektryków. Odwieczna głupia wojna między górnikami a elektrykami. Nigdy się nie lubiliśmy, tak po prostu było. Elektryk mi pomógł. Wstałem dzięki niemu i zaczęliśmy się wycofywać.
Przeszliśmy jakieś 2-3 kilometry, dzwoniliśmy do dyspozytora, informując go o wypadku, ale ten uznał to jako głupi żart. Gdybym go teraz spotkał, to nie przeżyłby tego spotkania. Po drodze spotkaliśmy inną załogę, gdyby nie oni, to chyba nie dałbym rady dojść do szybu. Udało nam się wyjechać, dopiero wtedy dozór zdał sobie sprawę z tego, co się naprawdę stało.
Dzień wcześniej urząd górniczy zabronił eksploatacji tego wyrobiska ze względu na zagrożenie metanowe. Pieniądze dyrektora stały się ważniejsze niż moje życie. Pieprzone pieniądze ważniejsze od ludzkiego życia, rozumiecie?
Udało nam się wygrać sprawę, ale co z tego? Nie mam trzech palców u lewej dłoni, a moja twarz i ręce mają blizny po poparzeniach.
Szanujcie górników, bo nawet oni nie zdają sobie sprawy w jakim niebezpieczeństwie pracują.
Szczęśliwej szychty, chopy, tyle wyjazdów, ile zjazdów. Szczęść Boże, niech Święta Barbara trzyma Was w opiece!
W gimnazjum mieliśmy niepełnosprawnego Arka, który był nieco opóźniony. Taki przedszkolak w ciele wielkiego, rosłego chłopaka. Przez swoje opóźnienie często był obiektem kpin ze strony grupy chłopaków. Wtedy przewodził im Radek. Kilka razy powtarzał klasę, „imponował” tym swoim kumplom.
Radek lubił dokuczać Arkowi. Krytykował go, śmiał się z niego, Arkowi bardzo szybko robiło się smutno. Arek nigdy sobie nie radził, zawsze ktoś musiał stawać w jego obronie. Ale raz Arek zaczął się śmiać. Radek zapytał czemu.
„Tata mi mówił, że od dokuczania innym ma się krótkiego, krzywego siusiaka”.
Już do końca gimnazjum nikt nie mówił „Radek”, tylko każdy na niego wołał „Krzywy”.
Myślałem, że jestem wsiokiem, słoikiem, chłopem i tak dalej, i tak dalej. Przeprowadziłem się do „Wielkiego Miasta”, gdy miałem 21 lat, z wiochy zabitej dechami. Poszedłem do pracy i na zaoczne studia. W domu zawsze było biednie, ale nie patologicznie. Rodzice – klasa robotnicza, pracowali po 10 godzin dziennie, ale niestety nie mieli zawodów, które przynosiłyby dobre pieniądze w tych czasach. Gdzieś po drodze ominęła ich transformacja i o ile są inteligentni i dobrzy, tak nie ogarniają komputeryzacji itd. Nauczyli mnie tego, co jest dobre, a co złe. Okazuje się, że jestem też dżentelmenem i bohaterem (na wsi nie ma lekko, kto mieszkał, ten wie, że „wsi spokojna, wsi wesoła” to mrzonka). Jestem dość wielkim facetem i nie boję się innych ludzi, dlatego jak zauważyłem dwóch wyrostków, którzy zaczęli nagabywać dziewczynę na przystanku i nie przyjmowali „nie” do wiadomości, to zareagowałem. I wsiok stał się bohaterem.
Moja bieda, poszanowanie pracy oraz jedzenia okazało się new age style – zero waste lifestyle i coś tam jeszcze... A to tylko dlatego, że opowiedziałem, jak zamiast wyrzucać obierki od warzyw, wykorzystuję je do robienia wywaru warzywnego, że skorupki od jaj gotowanych suszę, mielę i wykorzystuję jako nawóz do roślin oraz suplement diety dla mnie... Że zmieszanie sody oczyszczonej i kilku innych składników to naturalny płyn do płukania prania. Gaszę światło, jak wychodzę z pokoju, zakręcam wodę, myjąc zęby. Biorę prysznic, a nie kąpiel, oszczędzam wodę, prąd... Segreguję śmieci, bo opłata za segregowane była w mojej wsi niższa prawie trzy razy niż za niesegregowane.
No i kupuję ciuchy przeważnie w second handach, co dla mnie było wstydem, a tu nagle się okazało, że to powód do dumy.
Teraz dobijam 30 lat, rodzicom mogę trochę pomagać finansowo. I wyszło na to, że ich ciężka praca, trudne warunki życia na wsi, oszczędność finalnie nie stworzyły wsioka, buca ani prostaka...
Lubmy się trochę bardziej – chłop ze wsi czy mieszczanin, baba czy dama...
To tylko życie, nie spieprzmy go.
Mam 24 lata i nie rozmawiam z ojczymem.
Ten człowiek jest w moich oczach tyranem. Mama nigdy mnie nie rozumiała. Mówiła, że przesadzam, że to ja jestem uprzedzona, bo nie mogę zaakceptować jej nowego związku. Przykre w tym wszystkim jest to, że wiele rzeczy działo się na jej oczach, a ona tego nie widziała.
Czasem miałam wrażenie, że nienawidził mnie, bo jestem lesbijką. Czasem przychodził do mnie i zmuszał mnie do oglądania obrzydliwych nagrań z zoofilią, mówiąc mi, że jestem takim samym zwierzęciem, jak te przedstawione na nagraniach. Innym razem popychał mnie na lustro, bił mojego psa za karę, jak zrobiłam coś, co mu się nie podobało. Ale potem pomyślałam o siostrze, która jest hetero, ale nie była jakoś lepiej traktowana.
Gdy skończyłam szkołę, od razu wyprowadziłam się z domu. Do mamy nie odzywałam się pół roku, aż przyjechała nagle pod moje mieszkanie na herbatę. Wpuściłam ją do domu i zapytałam, czego tak naprawdę chce. Przeprosiła mnie za moje dzieciństwo i poprosiła, żebym wybaczyła ojczymowi, bo nie jest złym człowiekiem. Jak zapytałam, czy zdaje sobie sprawę, za co konkretnie mnie przeprasza, czy może przyjechała po prostu użyć tego słowa, odpowiedziała, że nie wie za co jestem zła i że on nie zrobił nic złego.
Nie wiem, czy to co piszę ma sens, ale nie mogę mu wybaczyć. Mamie też.
Kilka lat temu podczas odwiedzania cmentarzy spotkała mnie dziwna przygoda. Zmęczony, przysiadłem na jakimś nagrobku. Po chwili chciałem wstać i stwierdziłem, że nie mogę. Na mnie jeszcze nie pora, pomyślałem, na pewno aż tak bardzo nie osłabłem.
Okazało się że kamieniarze naprawiali pomnik i rozlała im się substancja do klejenia granitu.
Spodnie, jak wiadomo, z granitu nie są i były już na straty. Ale wybrnąłem z tej sytuacji – zawiązałem sweter na brzuchu i bocznymi alejkami jakoś dotarłem do samochodu.
Jestem ochroniarzem na dość sporym obiekcie. W miejscu, gdzie pracuję, są firmy produkujące m.in. karmę dla zwierząt, ale też wszelakiego rodzaju żywność dla ludzi. W momencie kiedy któraś z palet z wyżej wymienionymi produktami podczas przewożenia się wywróci, wszystko ląduje w kontenerze na odpady. Nieważne, czy się potłukło czy nie. Wszystko ląduje w koszu, mimo że jest to żywność zdatna do spożycia.
Z soboty na niedzielę w nocy, z kolegami z ochrony, obracamy kamery, przebieramy się z mundurów i jedziemy. Oczywiście swoimi samochodami, nasz służbowy ma wbudowany GPS. Zabieramy to wszystko, robimy paczki. Rozwozimy karmę dla zwierząt do schroniska. Żywność dla ludzi do domu dziecka bądź schroniska dla bezdomnych. Prawnie jesteśmy w tym momencie złodziejami. Nie wyobrażacie sobie nawet, ile jedzenia ląduje codziennie w koszu, bo takie są durne wymogi.
O tym co robimy wie tylko kilka osób z firm, które mówią nam co, gdzie i kiedy będzie wyrzucone.
Za czasów mojego dzieciństwa pod moim blokiem żyło dość dużo dzikich kotów. Pamiętam, że codziennie rano otwierałam okno i sprawdzałam obecność dla każdego kota. Ba! Miałam nawet specjalny zeszyt, w którym prowadziłam notatki, dotyczące ich zachowania. Gdy uznawałam, że kot był grzeczny, dostawał plus, gdy był niegrzeczny, dostawał minus. Podobnie było w przypadku ich obecności pod moim oknem. Podliczałam wszystko pod koniec miesiąca. Dla kota, który uzyskał najwyższy wynik, wyrzucałam lepsze kąski, a dla tych niegrzecznych nie dawałam nic.
Skąd to wspomnienie? Otóż dziś znalazłam w starych rzeczach mój zeszyt z dzieciństwa :)
Byłem w odwiedzinach u mojej babci. Nie słyszy ona dobrze tak jak kiedyś, więc często wychodzą z tego dosyć śmieszne sytuacje.
Kiedyś zapytała się, co u mnie słychać. Zacząłem opowiadać jej o moich problemach, że matura poszła mi kiepsko, że właśnie zerwałem z dziewczyną...
Na co babcia radośnie odpowiedziała: „To dobrze, że ci się układa!”.
Dodaj anonimowe wyznanie