#T4DBz

Moja mama zawsze trzymała i uczyła mnie zasady „inni są lepsi”, a ta zasada opierała się słowach „było trzeba mu dać rację”, „było odpuścić” itp.
Kiedy miałam około 13 lat, pierwszy raz zetknęłam się z gnębieniem i wyzwiskami. Wróciłam zapłakana do domu, myśląc, że dostanę wsparcie od matki. Usłyszałam taką radę: trzeba było pośmiać się z nimi. Takich sytuacji było więcej, w liceum miałam zepsutą psychikę.

Dzięki, mamo!

#To5pt

Jestem rowerzystą, który cholernie przestrzega zasad ruchu drogowego. Poważnie – mam chyba jakieś poczucie misji i świecenia przykładem. Tak więc gdy zobaczyłem, że tylna lampka słabo się świeci, obiecałem sobie, że nie wsiądę na rower, dopóki nie zmienię baterii.
Telefon. Kolega. Zimne piwko 0% w plenerze? Brzmi świetnie. Do piwnicy po rower. Wsiadam. Kuria mać! Lampka. Gdzie ja o godzinie 19 kupię małą, płaską bateryjkę? Do specjalistycznego supermarketu za daleko, w kioskach takich nie mają. No, nic. Będę myślał nad tym w drodze. Raz można złamać własne zasady.
Postanowiłem zahaczyć o lokalny sklep z alkoholami, żeby kupić sobie jakieś smakowe cygarety. Akurat przypinałem moją maszynę do słupka, gdy podtoczył się do mnie senior menello – jeden z całej gromady alkożłopów, które zawsze koczują przy drzwiach i sępią szekle na zakup tanich procentów w aluminiowej puszce.
– E, kolego! – zachrypiał menelaos. Odruchowo chciałem mu powiedzieć, że nie mam hajsu i że płacę kartą, ale ten mnie ubiegł:
– Kolego! – przemówił, zionąc mi w twarz obłoczkiem, od którego wdychania mógłbym w ciągu chwil naj#bać się jak szpadel. – Nie chcesz może kupić baterii?
Zamurowało mnie.
– No kurde, tak się składa, że i owszem – odparłem szczerze.
– Zdzisiu, cho no! – ryknął radośnie żuliusz. – Pan chce baterie!
Podtoczył się do mnie kolejny menelator, taszcząc ze sobą zapach zwietrzałej gorzały i wielką torbę. Kiedy ją otworzył, okazało się, że jest ona po czubek wypełniona nowymi bateriami. Tę, która potrzebowałem, pan Zdziś miał akurat na wierzchu. Skasował za nią 2 złocisze. Rachunku nie wystawił.
Kiedy tak sobie jechałem do parku, a tylna lampka w moim rowerze migotała mocniej niż kogut w radiowozie, pomyślałem sobie, że gdzieś tam wysoko na niebie musi być jakaś kloszardowy bożek. Wielki Żul, który niczym dżin spełnia życzenia, jeśli mu się dwa zetki do piwerka dołoży. Potem miałem trochę wyrzutów sumienia. Dotarło do mnie, że bateryjki pewnie zostały ukradzione z jakiejś Ciastoramy czy innego Liroja Merlę, ale cóż począć – przynajmniej mogłem czuć się bezpieczniej na trasie. Uznajmy to za mniejsze zło...

#xtEvG

Miałam wypadek i chodzę aktualnie o kulach. Swoich przyjaciół poprosiłam, żeby się nade mną nie litowali i nie próbowali mi we wszystkim na siłę pomagać. W związku z tym powstało wiele żartów o mnie, kulach i ortezie. Dzięki temu nabrałam dystansu do mojej nie bardzo ciekawej pozycji.

Dzisiaj mój mąż zabrał mnie na spotkanie z ludźmi ze swojej pracy. Nie znałam nikogo. Jednak kiedy usłyszałam pełne troski i litości: „Ojej... Co ci się stało?”, odpowiedziałam tak jak moim śmieszkom: „Bo zupa była za słona”...

Zapadła cisza i widać było konsternację na twarzach zebranych. Tylko mój mąż nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Tak oto przełamałam lody z towarzystwem :)

#YgzUM

Obok mojego bloku znajduje się biblioteka. Pracuje w niej (jako pani sprzątająca) babcia mojego kolegi z podstawówki. Ów kolega, nazwijmy go Kamil, nie miał łatwego życia. Rodzice go porzucili, od zawsze chorował na serce. Lubiłam go, ale nigdy nie byliśmy blisko. Miał szacun na dzielni i był pomocny i miły. Choć poszliśmy do różnych gimnazjów, często go spotykałam.
Jego babcia zawsze była temperamentna. Wszyscy się jej bali i nikt nigdy nie podskoczył Kamilowi z obawy przed „Irenką z biblioteki”. Mnie także wychowywała babcia, która świetnie dogadywała się z panią Irenką. Często rozmawiały ze sobą, gdy przechodziłyśmy do biblioteki.

Pewnej nocy wracałam do domu przez nadziemną kładkę. Nad nią znajdował się budynek biblioteki. Spotkałam Kamila. Zaczęliśmy rozmawiać jak starzy przyjaciele. Jednak na kładce drogę zastąpiły nam dresy. Kamil próbował coś działać, ale gdy to nie dało rezultatu, posłusznie oddaliśmy im swoje telefony... Wtem nadleciała odsiecz. Była to torebka pani Irenki. Usłyszałam krzyk „Chuligani, mojego Kamilka atakować! Co za wandale, do piekła z wami!”.
Mina przypakowanych dresów – bezcenna. Przestraszeni, kulili się na widok 70-latki pędzącej i wymachującej w ich stronę kijem od szczotki. Jeden z nich próbował ją nastraszyć, za co został zdzielony po głowie z niezbyt cenzuralnymi okrzykami. Po krótkiej komendzie „Sp***my” rzucili w nas telefonami i czmychnęli z prędkością geparda goniącego ofiarę.
Pani Irenka potrzebowała jeszcze 15 min na ochłonięcie i opanowanie wybuchów złości. Potem doprowadziła mnie pod sam dom i zastrzegła, że gdybyśmy ja lub babcia potrzebowały pomocy, należy natychmiast dzwonić.

Pozdrawiam panią Irenkę – najbardziej szanowaną staruszkę na dzielni.

#deDf7

Moja siostra trzyma swoją świnkę morską (czy jak kto woli – kawię domową) w stanowczo za małej klatce. Dla mnie to już trochę podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami. Mówiłam jej tysiące razy, żeby kupiła większą klatkę, ale ona zawsze mówi, że w przyszłym miesiącu, bo teraz miała za dużo wydatków. Kiedy jej powiedziałam, że kupiła sobie nowy dywan, a klatki nadal nie, to wydarła się na mnie, że to nie moja sprawa na co ona wydaje swoje pieniądze i żebym się odczepiła. Według niej przesadzam, a śwince nic nie jest, bo przecież ona zawsze daje jej jedzenie i wodę i o nią dba, a większa klatka to fanaberia, którą ja wymyśliłam. 
Siostra jest dorosła i mieszka sama. Nie mogę więc jej niczego kazać. Myślałam nawet, żeby może to gdzieś zgłosić, ale mama storpedowała ten pomysł, że to głupota i każdy mnie wyśmieje, bo tej śwince się krzywda przecież nie dzieje i jest wiele znacznie gorzej zaniedbanych zwierząt i jeśli tak bardzo chcę, to mam się nimi zająć. A poza tym donosić na własną siostrę to wyjątkowe świństwo i nikt by tego dobrze nie przyjął. 
Nie wiem już sama, może mama ma rację, a ja przesadzam? Co właściwie mogę zrobić? Dodam jeszcze, że proponowałam siostrze, że zabiorę tę świnkę do siebie albo kupię dla niej klatkę. Siostra odmówiła mówiąc, że to jej zwierzę i ona się go pozbywać nie chce i jeśli uzna, że klatka jest naprawdę potrzebna, to sama kupi.

#Q2aQx

W podstawówce byłam gnębiona przez rówieśników. Do tej pory nie wiem dlaczego – zawsze byłam skromna, nieśmiała i dobrze się uczyłam. Krótko mówiąc, nie wyróżniałam się szczególnie.
Zaczęło się od jakichś śmiechów czy plotek. Nie zwracałam na to szczególnie uwagi. Ale potem było jedynie gorzej. Gdzieś tak od drugiej klasy zaczęła się zabawa w „zakażenie”. Polegała ona na tym, że jeśli nielubiana (czyli zakażona) osoba czegoś lub kogoś dotknie, to nie można tego dotknąć, bo choroba przejdzie na ciebie. A jak się tego pozbywano? Po prostu wystarczyło otrzeć się o inną osobę. Z początku nawet mnie to bawiło, ale po pewnym czasie zauważyłam, że coś jest nie tak, bo „zakażałam” tylko ja. Później zaczęło się jawne wyśmiewanie mnie – cokolwiek bym nie zrobiła, to było to dziwne. Obrażanie również było na porządku dziennym. Tak samo jak dobrze zapamiętane przeze mnie „Nie masz prawa głosu!”.
Co teraz mam?
Traumę, lęk przed odrzuceniem, fobię społeczną i prawdopodobnie depresję. Boję się nawet podejść do kasjerki w sklepie. Jedynie moja przyjaciółka, która oddalona jest ode mnie o kilkaset kilometrów, pomaga mi się ośmielić i przestać bać ludzi.
Naprawdę niewiele trzeba, by zniszczyć komuś życie.

#UazG2

Pracuję w małym, osiedlowym sklepiku. Obok jest jeszcze kilka innych sklepów. Właśnie przed chwilą znalazłam niemowlę w nosidełku, śpiące przed moim sklepem. Na rodziców czekałam ok. 10 min. Niby niedługo, ale zamiast wykonywać swoje obowiązki, pilnowałam obce dziecko. Dodam, że po naszym osiedlu biega z sześć bezdomnych psów i niezliczona ilość kotów, a starsze panie przyzwyczaiły zwierzaki, że dostają jedzenie przed sklepem...
Niektórzy zwyczajnie nie powinni mieć dzieci.

#S3jnQ

Koleżankę lał mąż. Ale sprytny był - tylko po miejscach, których na co dzień nie odkrywała. Nie mnie oceniać, dlaczego przez dwa lata nikomu o tym nie powiedziała i nic z tym nie zrobiła. Ja też nie miałam pojęcia... do czasu.

Oboje mieszkają na specyficznym osiedlu, znanym w moim mieście... gdzie jak głośniej westchniesz, sąsiad wali w sufit. Starsi ludzie z brakiem rozrywki, przewrażliwione młode mamusie z portalów społecznościowych, babcie - monitoring blokowy, te sprawy. ALE krzyków koleżanki, kiedy ją prał, jakoś nie słyszeli... Chciała się stamtąd wynieść, jednak mąż zrobił awanturę: to jest mieszkanie za jego ciężko zarobione pieniądze, jest niewdzięczna, itp. Moim zdaniem po prostu się bał, że w nowym miejscu ktoś w końcu doniesie na niego policji, a tu mógł bezkarnie tłuc żonę. Do czasu...

Siedziałam u niej kiedyś na kawie w sobotę, jego nie było. Plotkujemy. On wraca, zły od progu, chyba po paru piwach. Gdy mnie zobaczył, zaczął wyzywać koleżankę od szmat i leniwych k...., zamiast mężowi obiad zrobić siedzi i plecie, pewnie mu jeszcze dupę obrabia?! Byłam zszokowana, nigdy go takim nie widziałam. Ale najbardziej wyprowadziło go z równowagi, uwaga.... radio! Grała sobie muzyczka w tle, a jego szlag trafił, bo to nie jego ulubiona stacja! I ciach z łapami do koleżanki. Jeden cios, drugi. Przez chwilę mnie sparaliżowało, potem rzuciłam się jej na pomoc. Odepchnął mnie bardzo mocno - on "misiek", ja mała i drobna - poleciałam w tył, waląc boleśnie głową o ścianę. Zanim się pozbierałam, zobaczyłam, jak nasze telefony wylatują przez balkon, a on znowu dopada i szarpie moją koleżankę. Mnie już szumiało pod czaszką, a poza tym... przeraził mnie śmiertelnie. Myślałam tylko o jednym: co tu zrobić, przecież on nas obie zatłucze, a nikt nie przyjdzie nam pomóc...

Zrobiłam pierwsze, co mi przyszło do głowy, czyli - rozkręciłam radio na maksa! Nie minęła chwila, a rozległo się stukanie w ściany, potem walenie i wrzaski. Mąż koleżanki w amoku nawet tego nie zauważył. Zebrałam się w sobie i znowu skoczyłam do niego. Dostałam w twarz, aż rozwalił mi nos. Za kilka - kilkanaście? nie wiem sama - minut przyjechała policja, wezwana przez jednego z sąsiadów - bo "jakaś impreza i cały blok się trzęsie". Drzwi otwierał on - jednak zza niego można było dokładnie zobaczyć dwie pobite kobiety w pokoju. Zresztą, raczej się nie spodziewał funkcjonariuszy... Niewiele z tego wszystkiego rejestrowałam, szok może zniekształcać pewne fakty.

Koleżanka się rozwodzi, on ma założoną sprawę o znęcanie. Twierdził, że go sprowokowałyśmy.
Reagujcie. Nie tylko na głośną muzykę. Proszę, reagujcie.

#HZxX5

Nie będę się tu nie wiadomo jak rozpisywała, bo to nie ma sensu, więc przejdę do sedna. Byłam 2 dni temu w centrum handlowym . Obok mnie była sobie para, która jadła, to znaczy zjadła już McDonalda.

Wszystko fajnie dopóki nie zaczęli się miziać na naszych oczach i dużo osób co również siedzieli obok nich byli zdegustowani tym wszystkim co robili . W pewnym momencie dziewczyna podwinęła koszulę swojego chłopaka z ramienia i zaczęła wyciskać jego pryszcze. I oczywiście w trakcie tego co jakiś czas dawali sobie buziaki . Gdy już myślałam, że przestała ona swoją robotę na jego ramieniu to przeszła na czoło. Po tym wszystkim zdecydowali że już pójdą .

Rozumiem że niektórzy czują się swobodnie i nie wstydzą się wielu rzeczy, Ale proszę was nie róbcie aż takich rzeczy jak wyciskanie pryszczy w miejscach publicznym gdzie inni chcą zjeść. Dziękuję.

#ubwJy

To będzie apel, ale od początku.

Robię doktorat i jestem pod skrzydłem jednego z profesorów na uczelni wyższej. Nie prowadzę zajęć na uczelni, ale jednym z moich zdań jest pilnowanie studentów podczas końcowego egzaminu podczas sesji.

A teraz historia właściwa. Egzamin o poranku, zbiórka studentów pod aulą. Sprawdzamy ludzi z listą zaliczeniową, dodatkowo pokazywane są legitymacje (aby nie było, że ktoś inny wchodzi) i osoby wchodziły jedna po drugiej na salę. Koleżanka pokazywała studentom jak mają siadać. Szyk wybieraliśmy losowo, np. osoby wchodzące jako pierwsze siadały w pierwszej ławce u góry, następna osoba pod nią etc. Tak, aby za każdym razem było inaczej, aby nikt nie miał pretensji, że zawsze siedzi z przodu przy biurku pilnującego. Trzy czwarte osób już sprawdzonych i nagle pojawia się ona. Studentka - młoda matka karmiąca niemowlaka. I ona w trakcie sprawdzania studentów i wybraniu szyku; komunikuje mi, że ona w każdej chwili może opuścić egzamin, bo jest MATKĄ KARMIĄCĄ!! I widzę jak jej chłopak trzyma małego bobasa w wózku na korytarzu. Mówię jej, że nie bardzo nam to wszystko pasuje, bo nie można sobie tak wchodzić i wychodzić na egzamin, mogłaby sobie ustalić termin indywidualny, aby nie przeszkadzać innym studentom. Wystarczyło chociażby nam wcześniej zakomunikować, że jest taka sytuacja. Ta zaczęła krzyczeć, że ją dyskryminujemy, bo ona jest przecież matką karmiącą i ona ma takie same prawa jak reszta studentów. Pytam się jej jeszcze, czy nie może odciągnąć sobie pokarmu, bo takie przeszkadzanie innym nie jest w porządku. Powiedziała, że nie może, bo jej Brajanek czy Dżesika je na zawołanie. Widzę, że nic nie wskóram, więc zapraszam matkę karmiącą na aulę. Koleżanka pokazała jej miejsce, siedziała jako czwarta osoba w rzędzie.
Rozdanie arkuszy, egzamin dwugodzinny start zacząć. Nie minęło dwadzieścia minut, słychać, jak mały brzdąc wyje na cały korytarz. Matka karmiąca wychodzi z rzędu, trzy osoby muszą wstać, aby wyszła. Widzę zażenowane miny innych studentów, zaczynają się rozpraszać. Poszła karmić na jakieś 15 minut i chyba tak ze trzy razy. Koniec egzaminu się zbliża, ostatnią osobą została ona. Podchodzę do niej i ładnie proszę o oddanie kartki. Zaczyna się tłumaczyć, że ona nie zdążyła odpowiedzieć na wszystkie pytania, bo przecież karmiła i ona ma prawo na więcej czasu. Odpowiadam jej, że jest studentką na takich samych prawach jak inni i nie mogę jej dać więcej czasu. Jakby miała egzamin indywidualny potwierdzony u dziekana, czasu miałaby aż na nadto. Oddała kartkę, nie odpowiedziała nawet na 50% pytań. A że jestem osobą mściwą... Zaliczyłam wszystkim oprócz niej, a ona musiała się pojawić sama na egzaminie poprawkowym.

Taki mały apel: Matki karmiące - nie jesteście pępkami świata!!
Dodaj anonimowe wyznanie