#Yxq0Z

Jestem dorosłym facetem, mam pracę, mieszkanie i samochód, ale mam również jedno nietypowe hobby – lubię malować sobie paznokcie. Wzięło się stąd, że będąc nastolatkiem, bez przerwy je obgryzałem, przez co moja mama kupiła mi tak zwany „Gorzki paluszek” – lakier, który jest gorzki i po dotknięciu językiem wywołuje nieprzyjemny smak w ustach. Tak mi się spodobało malowanie paznokci, że przestałem je obgryzać, delikatnie je zapuściłem, dbam o nie, piłuję i regularnie je maluję wszelkimi lakierami do paznokci – co prawda zaraz je zmywam, ale satysfakcja ogromna :)

PS Nie jestem gejem. Mam dziewczynę, która to akceptuje i jak sama twierdzi: nie musi wydawać na kosmetyczkę :)

#PbweK

Mam specyficzną sąsiadkę, nazwę ją Larysa. W obecnym miejscu mieszkamy z mężem od siedmiu lat. Oboje dużo pracujemy, często też całymi weekendami. Ja dodatkowo kończę podyplomówkę, bo mi się uwidziało, pięć lat po studiach. Jednak ostatnio coraz częściej myśleliśmy o dziecku, człowiek młodszy nie będzie.

Jakiś czas temu zatrzymała mnie sąsiadka, starsza pani. Zaczęła biadolić, że jaka szkoda, jak to ona mi współczuje, ale teraz przecież są metody różne, no a jakby co, to adopcja... Zdziwiona zapytałam, o co chodzi.
– No ja słyszałam, że pani jest bezpłodna!
– Od kogo?!
– Od pani Larysy!

Zbaraniałam. Mam szybki zapłon, ale szybciej się uspokajam. Po 15 sekundach przeglądania w myśli wszystkich sposobów, na jakie mogłabym zabić Larysę, napisałam liścik, zapraszający ją do mnie na kawę w określonym dniu i godzinie. Wiadomość wrzuciłam do skrzynki. Larysa zjawiła się punktualnie. Po wymianie grzeczności zapytałam wprost, dlaczego opowiada bzdury. Pomiędzy wykrętami (bo przecież tyle czasu, a dzieci nie macie, to ja myślałam...), tłumaczeniem i opowieściami o sobie, wyłonił mi się obraz kobiety o ciężkim charakterze i ograniczonej empatycznie, ale samotnej pomimo męża i dziecka. Nie zamierzałam sprawdzać, dlaczego jest, jaka jest – z ludźmi toksycznymi nie wchodzę w bliższe relacje. Wpadłam zaś na pewien pomysł. Na odchodnym zaprosiłam Larysą na kawę w przyszłym tygodniu, o tej samej porze. Larysa przyszła i od progu zaczęła nadawać: Kalina spod czwórki to alkoholiczka! Bo ona ją widzi z okna, jak czasem wraca po nocach i się zatacza! Straszne! Posłuchałam, pokiwałam głową, umówiłyśmy się jak zwykle, za tydzień.
Na kolejnej kawie Larysa zastała... Kalinę spod czwórki. Od słowa od słowa okazało się, że Kalina ma szefa potwora, który chce zatyrać pracowników na śmierć, zmuszając ich do kilkunastogodzinnej harówki ponad siły. Na szczęście od przyszłego tygodnia zmienia pracę.
Na kolejnych kawach Larysa spotkała: panią z czwórką dzieci spod dwójki (pewnie na 500+ poleciała, bachorów narobiła, nierób jeden!), która zawsze marzyła o dużej rodzinie, młodą kobietę z parteru, mieszkającą tylko z psem (pewnie sprzedajka, różni faceci do niej przychodzą!), która jest wdową i ma trzech braci, co chwila sprawdzających, jak sobie radzi, oraz mamę Adasia (to dziecko się wydziera po nocach! Katują go!), którego choroba wrodzona sprawia mu taki ból, że krzyczy. Tę ostatnią skierowałam do znajomej lekarki; obecnie Adaś ma się lepiej.

Panie się zaprzyjaźniły i spotykają się nie tylko u mnie na kawie. Jaki był cel tego wszystkiego? Nie zacieśnienie więzi sąsiedzkich, nie – chciałam, by wszyscy się bliżej poznali i by już nikt nigdy nie uwierzył w głupoty opowiadane przez Larysę.

#wkeZg

Chciałam opowiedzieć, jak straciłam wieloletnią przyjaciółkę, chociaż po tej historii wiem, że chyba nigdy nią nie była. 
Z mężem dzielimy pasję do podróży, przez lata nauczyliśmy się wyjeżdżać razem jak najwięcej, za to niedużym kosztem. Mamy córkę, która uwielbia z nami podróżować, a my dzięki niej wiemy, że nic nie jest przeszkodą. Przez pół roku planowaliśmy wakacje, które miały być naszym spełnieniem marzeń, a celem była pewna wyspa. Na początku myślałam, że to nierealne i nieosiągalne finansowo, ale po pewnym czasie okazało się, że nie taki diabeł straszny i damy radę. Do wyjazdu zostało kilka dni, napisałam przyjaciółce, że dziś się pakujemy i trochę się stresuję. W odpowiedzi dostałam „Lekarz każe mi iść do onkologa”. OK, szok, niezrozumienie, gonitwa myśli, zapytałam się, co jest grane, ale od razu przypomniałam sobie, że moja przyjaciółka jest osobą, która uwielbia zwracać na siebie uwagę i teksty o tym, że ma raka albo jakąś nieuleczalną chorobę są u niej na porządku dziennym. Tym razem jednak pociągnęłam ją za język i szybko okazało się, że zmyśla i nic takiego nie miało miejsca. Potem przyjaciółka zamilkła, nie odzywała się do mnie, nie odpisywała, totalna olewka. Nie wykazała zainteresowania, jak nam idzie, czy dotarliśmy, nic. Wysłałam jej zdjęcie z malowniczego miejsca i pozdrowiona stamtąd. Nadal zero reakcji. 
Po dwóch dniach napisała mi, że jej mama zmarła. Kolejny szok. Co? Jak to? Co się stało?! Odpisywała mi jednym słowem, jakby od niechcenia, więc napisałam jej, że w razie czego jestem, gdyby mnie potrzebowała, ale sama mocno to przeżyłam. Przez resztę wyjazdu tylko o tym myślałam, a przyjaciółka traktowała mnie z nieznanym mi dotąd chłodem z jej strony i wyniosłością. Uznałam, że pewnie tak przeżywa tę stratę, każdy przecież reaguje inaczej. 
Gdy wróciłam okazało się, że znowu mnie okłamała. Jej mama żyje i ma się dobrze. Czemu to zrobiła? Nie potrafiła mi wyjaśnić. Ja za to potrafiłam zakończyć tę znajomość, bo nigdy nie pozwolę sobie na coś takiego. 
Mam pytanie: jak można być takim człowiekiem?

#fZRLg

Mieszkam w dosyć dużym mieście. Jeżdżę codziennie do szkoły tramwajem lub autobusem. Pewnego dnia rano wyciągałam telefon z kieszeni jeansów i wypadło mi 20 złotych. Mam duże problemy z lewą kostką, nie mogę się szybko schylać. Zaczynam się schylać, a tu jakiś gość (wyglądał na trzydzieści parę lat) podnosi moje pieniądze. Mówię mu, że to moje pieniądze, a facet na to: „Ale ja się szybciej schyliłem”.
Najsmutniejsze jest to, że było pełno ludzi, ale nikt mi nie pomógł, a facet na następnym przystanku wyszedł z moimi pieniędzmi.

#WCfuJ

Odziedziczyłem po babci kawalerkę. Postanowiłem zrobić tam demolkę, zaprojektowałem przestrzeń na nowo, wywaliłem wszystko łącznie ze ścianami i wszelkimi instalacjami. Doprowadziłem to miejsce do stanu deweloperskiego, by łatwiej było to sprzedać. Po 8 tygodniach od wystawienia ogłoszenia przekazałem klucze uroczej 29-latce, z zastrzeżeniem, że musi mnie zaprosić na kawę, jak skończy się urządzać, bo chcę zobaczyć, jak to będzie wyglądało skończone. Przy sprzedaży przekazałem swój projekt aranżacji, coby dziewczyna miała jakiś pomysł na wnętrze.

Nie liczyłem na kawę, bardziej powiedziałem to w żartach, ale się miło zaskoczyłem, bo mnie zaprosiła, pamiętała. 
Teraz część happy endowa, bo ta kawa to był tylko początek, potem była kolacja, aż zostaliśmy parą. Miło, prawda? Teraz druga część.
Pół roku spotykaliśmy się to u niej, to u mnie, nie podjęliśmy decyzji o wspólnym zamieszkaniu. Pewnego pięknego dnia, gdy leżałem na kanapie u niej, zaproponowała, żebym oddał jej kasę za to mieszkanie. W końcu tu przebywam, mam klucze, mogę przychodzić, kiedy mi się podoba, nie muszę pytać o zgodę, nocuję, korzystam z mediów. Logiczne więc, że to wygląda tak jakbym dalej był właścicielem, a tak ona by chociaż spłaciła hipotekę. Odmówiłem jej, tłumacząc do czego mnie namawia, a także że nie jest to możliwe, gdyż kasą ze sprzedaży tej nieruchomości spłaciłem swoją hipotekę. Stwierdziła, że jestem podłym materialistą i wpakowałem ją w hipotekę i to tak jakby ona teraz płaciła za moje wygodne życie.

Nie muszę dodawać, że było to nasze ostatnie spotkanie.

#YpiUM

Gdy miałam 7 lat, jechałam autobusem w Gdyni Chyloni (sama na tzw. "YOLO", bez biletu do koleżanki), co prawda 3 przystanki, czyli 2 ulice dalej, ale przygoda była!

Gdy wsiadłam, zauważyłam typowego Sebę z piwkiem w ręku, a tuż obok szczeniaczka na jakieś starej smyczy. Piesek skomlał, chyba bał się autobusu. Seba ciągle mówił do niego "zamknij mordę, kundlu", "stul pysk" itd. Uderzył go smyczą, wszyscy się spojrzeli, ale nic nie zrobili. Sytuacja się powtórzyła, później dostał otwartą ręką w główkę. Zbulwersowałam się, aż mi się w głowie zakręciło. Koleś wysiadł, coś krzyknął i kopnął psa, ludzie stoją jak słupy i nic nie robią. No tego było za dużo!
Wybiegłam w ostatniej chwili i praktycznie rzuciłam się na psa, aby uchronić go od kolejnego kopniaka. W mgnieniu oka odpięłam smycz od obroży i wstałam, patrząc prosto w oczy dresa. Chciał zacząć coś mówić, gdy wypaliłam formułkę z Policji dla zwierząt, którą oglądałam codziennie i marzyłam, żeby kiedyś zostać jedną z nich:

- Jeśli jeszcze raz chociaż go dotkniesz, to zadzwonię na policję i staniesz przed sądem za znęcanie się nad zwierzętami! - wykrzyczałam, a moje serce biło jak oszalałe.

Sebek rozejrzał się po ludziach na przystanku, rzucił smyczą i powiedział tylko "Jebać tego kundla, i tak chciałem go wyjebać" i poszedł.

Okazało się, że to suczka, mieszaniec owczarka niemieckiego i kaukaza, zmarła niedawno ze starości.
Mamie powiedziałam, że znalazłam ją przy bloku (bałam się kary za jazdę autobusem).

#RAoZf

Krótka historia o wychowaniu...
Kiedyś uwielbiałam dzieci. Potem byłam nianią przez czas jakiś i zaczęłam lubić je mniej. Swoich chrześniaków toleruję (rozwydrzone przez mamuśkę gówniarze, którym wszystko się należy), synka koleżanki kocham (uroczy maluch, mały gentleman), córka kolegi była słodka do czasu „otrzymania” siostrzyczki. Ale wszystkie traktuję jednakowo, do wszystkich michę cieszę i cały świat uważa, że to dzięki nianiowaniu mam tak wspaniałe podejście. Pytają, kiedy z mężem będziemy mieć własne.
Otóż decyzja ta bardzo oddaliła się w czasie za przyczyną bachora sąsiadki. Chłopczyk ma obecnie 7 lat, wprowadzili się piętro niżej, jak miał dwa. 5 lat katorgi. Ja nie wiem, czym on się bawił – brzmiało jak koszykówka kowadłem – i w czym biegał po mieszkaniu – brzmiało jak podkowy. Od, trawiasta nać, szóstej rano dzień w dzień bez przerw w weekendy. Dodam, że wcześniej mieszkała tam rodzina z dwójką małych dzieci i takich odgłosów nie produkowali. No OK, dzieci są różne. Miał ten zasrany rowerek na plastikowych kółkach, a przed kamienicą kostka brukowa... I od szóstej rano w wakacje jakby ktoś napieprzał kamieniami o blaszany dach...
Wszystkim mieszkańcom to przeszkadzało, ktoś poszedł do jego matki. Darła się tak, że było ją słychać cztery przecznice dalej – że jej synuś ma się prawo bawić czym chce i jak chce, a wszyscy mogą ją w broszkę cmoknąć. Słodziutka... Ludzie nie chcieli wdawać się w szarpaniny, zagryźli więc zęby, stopery do uszu kupili, skutkiem czego szczyl dorastał w przekonaniu, że wszystko mu wolno.

Dwa lata temu mąż kupił sobie autko. Takie wymarzone, z drugiej ręki, pięknie utrzymane. Puchł z dumy. A ja się cieszyłam, że on się cieszy.
Miałam urlop i postanowiłam umyć okna. Szoruję, patrzę – idzie Książę Siuśmajtek z piłką. I zaczyna... odbijać tę piłkę o nasz samochód! Mąż do pracy jeździł autem służbowym. Uporczywie i z satysfakcją. Ochłonąwszy, wrzasnęłam z okna, że ma przestać. Uciekł.
Drugi dzień – to samo. Zwiał, zanim zdążyłam zejść do niego. Postanowiłam, że jeśli sytuacja się powtórzy, idę do jego matki. Powtórzyła się – poszłam. Takiej wiąchy to mi nikt jeszcze nie puścił. Jak gówniaka zobaczyłam następnego dnia z piłką, nie darłam się, tylko spokojnie zeszłam na dół. Podeszłam do niego cichaczem, złapałam za kark i wysyczałam szeptem: „Jeszcze raz będziesz walił piłką w nasz samochód, nogi i ręce ci połamię...”. Bachor szok, zamarcie, potem bek. 
Mamusia u mnie była, a jak... Zapewniłam ją, że absolutnie wszystko stało się dla mnie jasne po naszej ostatniej rozmowie i nie zbliżam się do jej dziecka.

Ja wiem, że za wychowanie tego dzieciaka należy obwiniać matkę, ale człowiek nie rodzi się nijaki, ma jakieś uwarunkowania charakteru. Z bachora rośnie serio psychopata. A mamusia jest nauczycielką. Tak btw.

#m1XKR

Ostatnio zamiast W-F nauczyciele wysłali nas na siłownię, żebyśmy sobie poćwiczyli na maszynach (bez nich, tylko my i ludzie na siłowni). 1 klasa liceum, więc roczniki 08-09.

Jeden facet na siłowni na oko 50+ już tam był, gdy weszłam z koleżankami. Wydawał się jakiś dziwny, ale był zajęty swoimi sprawami, więc go olałam, zwalając moje przeczucia na nerwicę. Jako że na siłowni byłyśmy kilka razy w życiu bez opieki nikogo z nauczycieli, gdy mogłyśmy robić co chcemy bez „nie dotykaj, bo zepsujesz”, zaczęłyśmy sprawdzać wagę obciążników.

Był tam taki jeden sprzęt (w internecie nazywa się wyciąg górny podwójny, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę) ustawiony na 20 kg. Koleżanka weszła i stwierdziła, że nie jest takie ciężkie. W tamtym momencie tamten facet zaczął się nam przyglądać. Olałam to i pociągnęłam ten uchwyt, żeby sprawdzić, czy to naprawdę nie jest ciężkie tak jak mówiła koleżanka. Od razy mówię: NIE MIAŁAM ZAMIARU NA TYM ĆWICZYĆ po prostu byłam ciekawa.

Zdążyłam to chwycić, a chłop podszedł do mnie i zaproponował, że nauczy mnie z tego korzystać. Odmówiłam, bo nie chciałam na tym ćwiczyć, ale chłop dalej nalegał. Leciały teksty typu „nie wstydź się”, „usiądź i złap to, nie denerwuj się”, „ale naprawdę nie ma się czego wstydzić”, cały czas wyciągając do mnie ręce i pokazując na maszynę. Za każdym razem odmawiałam i w pewnym momencie po prostu poszłam sobie, a chłop za mną. Chodził za mną po siłowni i ciągle proponował, a ja ciągle odmawiałam. W pewnym momencie zaczepił go jeden z moich kolegów pod byle pretekstem, a ja korzystając z okazji po prostu uciekłam, a koleżanki ze mną. Dodam, że one też próbowały mnie wyciągnąć z tej sytuacji, ale typ je ignorował.

Nie wiem jak wy, ale ja myślałam, że znaczenia słowa „nie” uczymy się praktycznie od razu kiedy pojawiamy się na tym świecie. Całe życie w błędzie.

#NkvwA

Piszę to wyznanie, aby się komuś wygadać. Będzie bardzo chaotyczne, ale w obecnym momencie nie jestem w stanie napisać go lepiej.

Rok temu pisałam egzamin maturalny. Krótko potem dostałam się na wymarzone studia. Dzień po decyzji mój świat legł w gruzach. Było to jak wyrok. Wyrok rezygnacji z własnych marzeń, dotychczasowego życia. Białaczka szpikowa. Po rozmowach z lekarzem okazało się, że pod odpowiednią kontrolą mogę prowadzić takie życie, jak do tej pory. No ale niestety – do czasu.
Pod koniec lutego wylądowałam w szpitalu, leżę tu do dnia dzisiejszego. Jestem po dwóch seriach chemii. Po przeszczepie szpiku, który się nie przyjął. Raczej wątpię, aby znalazł się dla mnie odpowiedni ratunek.
Oddział wykańcza mnie psychicznie. Każdego dnia widzę ludzi, którzy są na granicach wytrzymałości. Teraz to ja jestem na tej granicy. Moje życie z dnia na dzień staje się coraz krótsze. Najbardziej w tym wszystkim żal mi moich rodziców. Wiem, że dla nich jest to równie ciężkie, jak i dla mnie.
Anonimowe od dłuższego czasu pomagały mi znaleźć motywację do walki i działania. Dziękuję Wam za to, że choć przez chwilę mogłam powrócić do normalnego życia.
Nie oczekuję wsparcia ani współczucia. Jedyne o co proszę, to o to, abyście czasem spojrzeli, czy ktoś bliski nie potrzebuje waszej pomocy i nie zamykali się na ludzi!

#eMeMn

We wrześniu drugie dziecko poszło do przedszkola, ja do pracy. A mąż dostał podwyżkę. Ja zarabiam 4 tysiące na rękę, a on 16. Jesteśmy w tym samym wieku, koło 30. Pracujemy po 40 godzin w tygodniu. Oboje zaczynaliśmy od statusu biednego, dorabiającego studenta. Ja dojeżdżam, mąż pracuje zdalnie. Mieszkamy w małym miasteczku, blisko mojej mamy, która czasem pomaga przy dzieciach.

Jest mi zwyczajnie głupio, że nie ma mnie w domu dłużej od męża, a zarabiam 1/4 tego, co on. Już wolałam wychowawczy. Zrobiłam wszystko w domu, zajęłam się dziećmi. I nie było widać tej dysproporcji, w końcu nie pracowałam wcale. A mąż po pracy odpoczął – teraz dzielimy obowiązki po połowie. Jeszcze mąż powiedział, że to on będzie brał chorobowe w razie potrzeby, bo on ma stabilne zatrudnienie, a ja dopiero zaczynam i mogą mi nie przedłużyć umowy. Przecież taki miesiąc jego chorobowego obniży nasze dochody o moją prawie całą wypłatę. Doliczyć kasę na paliwo i obiady w stołówce (które wykupiliśmy, jak zaczęłam pracować) i już ta moja praca się zwyczajnie nie opłaca.
Chcę pracować, mam dosyć siedzenia w domu. Ale się wstydzę. Drugi raz od ładnych kilku lat dostałam wypłatę. I ta moja euforia z zarobionych pieniędzy zaraz mija, jak widzę dysproporcję. Wstydzę się swoich zarobków.
Dodaj anonimowe wyznanie