#jTVHZ

Jestem dentystką i trzy lata temu zaczęłam pracować u swojego wujka, nazwijmy go P.
P. jest bardzo bliską rodziną, miałam wiele obaw co do tej pracy, wiadomo, z rodziną różnie bywa. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się stresowałam. Było fantastycznie, P. był w pracy miły, dużo mnie uczył, nigdy się nie wtrącał do moich pacjentów, a przy okazji zarobki też były, jak to się mówi, fajne. Nawet bardzo fajne. Do tego zakumplowałam się z naprawdę sympatycznymi asystentkami, po prostu bajka.

Po roku wszystko zaczęło się zmieniać. P. zaczął się zmieniać. Zrobił remont gabinetu, dobudował drugie stanowisko, przy którym fatalnie się pracowało (było mało miejsca, brakowało sprzętu i materiałów). Pracowaliśmy równocześnie, w poczekalni chaos, asystentki nie nadążały, a ja wracałam do domu wykończona. Pacjenci prawie codziennie zwracali uwagę, że do nas nigdy nie można się dodzwonić. Brakowało personelu, czasu, wszystkiego.
Potem doszły do tego humory P. Prawie codziennie chodził wściekły, do nikogo się nie odzywał i tylko trzaskał wszystkim. Czekałyśmy zestresowane aż wybuchnie i oczywiście często to następowało. Na początku obrywało się asystentkom, ja byłam ta  „ważniejsza”, bo z rodziny. Potem dzwonił do mnie wściekły, że je zwolni, że są beznadziejne i ma ich już dość, a ja zawsze stawałam po ich stronie. Dziewczyny były pracowite, godne zaufania i naprawdę nie można było im niczego zarzucić.W końcu odbiło się to też na mnie. Wybuchy złości coraz częściej mnie dotyczyły. P. był zazdrosny, że mam niezły kontakt z asystentkami, zły, że chcę wrócić do domu do mojego męża i córeczki (chciał wydłużyć godziny pracy, zamiast do 20 miałam siedzieć do 21).

Codziennie rano bolał mnie brzuch i miałam biegunkę ze stresu, brałam też leki na uspokojenie. Asystentki też. Tylko się wymieniałyśmy nazwami, która co bierze i jak działa. Po dwóch latach pracy tam zaszłam w ciążę. Poroniłam. Wróciłam do pracy trzy dni po wyjściu ze szpitala, ale i tak byłam tą złą, co „ciągle choruje”.

Kiedy nadarzyła się okazja i mogłam otworzyć swój gabinet (dodam, że 40 km od gabinetu wujka), od razu zaczęłam działać. P. jeszcze bardziej wściekły, atmosfera napięta. Odchodziłam 3 miesiące. Jak wyglądało odejście stamtąd? Fatalnie. Ale jedno jest pewne – nigdy więcej nie chcę pracować z rodziną. Mam swój gabinet od kilku miesięcy i była to najlepsza decyzja w moim życiu.

#MB5h9

Moja ciotka postanowiła przejść na dietę. Dieta cud, wymyślona z koleżankami. Pieczywo razowe i plasterek szynki na śniadanie, dwa plasterki na obiad, jeden na kolację. Plus jabłko. Zaczęła mieć problem z cerą, z włosami. W Internecie znalazła chorobę. Poszła do lekarza, by dostać skierowanie na badanie. Lekarka szybko stwierdziła, że to żadna choroba, tylko brak witamin. Powiedziała, że ciotka powinna jeść więcej warzyw i owoców. Jakie ciotka wyciągnęła wnioski? Że lekarka na pewno zazdrości jej super figury i dlatego z zawiści, chcąc zepsuć ten efekt, każe jej jeść owoce, bo przecież owoce to cukier, jak słodycze, a każdy wie, że jak dieta, to nie słodycze...

Niektórzy ludzie zawsze wiedzą lepiej.

#bl6zI

Kiedyś w sklepach spożywczych były sprzedawane takie drażetki – śmietankowe, orzechowe, czekoladowe, truskawkowe i wiele wiele innych. Za dzieciaka je uwielbiałam.
Kiedyś bawiliśmy się z bratem i nasypałam pełno tych białych drażetek do miseczki. Brat chciał się ze mną założyć, że nie wpakuję ich wszystkich do buzi. Oczywiście ja, jako silna baba, podjęłam się zadania i wszystkie wylądowały w moich ustach. Jednak nie mogłam ich zjeść wszystkich naraz, więc wyplułam je z powrotem do miseczki. Obrzydliwe czy nie, zadanie zaliczone.
Zapominając o białych drażetkach, bawiliśmy się dalej lalkami i samochodzikami.
Nie byłoby w tym nic na miarę anonimowych, aż do momentu, gdy wszedł tata i zauważył białe kuleczki w miseczce. Zgarnął je wszystkie i tak po prostu zjadł ze smakiem... A ja jakoś od tego momentu mam do nich wstręt.

#u5Qho

Dzisiaj z mojego telefonu dobiegł sygnał, który ustawiony mam jako dzwonek wiadomości i powiadomień.

Mój brat zapytał się, kto to. Zazdrość. Na to jego dziewczyna, że to pewnie szwagier. No i wszyscy myśleli, że to jakiś kawaler dobija się do mojego dziewictwa.

Żodyn nie wie, że to powiadomienie o nowych memach w internetach. Żodyn.
Prędzej internety mnie zauważą niż chłopcy.

#XYEFm

Mój przyjaciel kupił mieszkanie. Pomagałem w remoncie. Ot, takie szybkie odmalowanie, skręcenie mebli. Jego pierwsze dziecko w drodze, narzeczona w domu rodzinnym, to trzeba się było spieszyć. Pojechaliśmy do sklepu po jakąś pościel i takie inne pierdoły. Chodzimy, wybieramy, przedrzeźniamy się. Jako że mamy specyficzne poczucie humoru, znamy się od drugiej klasy podstawówki (obecnie mamy po 27 lat), to zwracamy się do siebie dość specyficznie. „Misiu”, „Dziubasku”, „Skarbie”. Często padają też zwroty typu „Dziś śpisz na kanapie” czy „Miziania dziś nie będzie”. Nie mówimy tego jakoś przesadnie głośno, ale prawdopodobnie obsługa słyszała co nieco i inni klienci też. Generalnie nikt z obsługi czy innych klientów nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Nic ponad to, co zwykle dzieje się w takich sklepach.
Sytuacja miała miejsce przy kasie. Kasjerka zapytała: „A panowie to tak razem sobie wszystko kupujecie?”. My niewiele myśląc chwytamy się za ręce, patrzymy sobie w oczy i odwracając się do niej, mówimy: „A czemu nie? Kochamy się, to i razem mieszkamy”. I zaraz po tym w śmiech i szybkie sprostowanie, że to dla niego i jego narzeczonej. Pani przy kasie tylko się uśmiechnęła, ludzie z kolejki nic nie mówili. Normalnie jak nie w naszych katoemiratach.

Pytacie, gdzie tu sedno sprawy? Ano kolega gejem nie jest. Ja jestem. Kocham go nie tylko jak brata, ale też jak partnera. Tylko on o niczym nie wie. Boję się mu powiedzieć o mojej orientacji i o tym, że czuję do niego coś więcej niż bym czuł do brata.

#ZuakO

Kiedyś szłam na randkę oblodzonym chodnikiem, cała wystrojona, no i oczywiście kozaczki na obcasiku. I tak idę sobie powolutku, w lekkim rozkroku, coby łatwiej równowagę utrzymać, ostrożnie stawiając każdą stopę. Nagle podchodzi do mnie pan żul i ze zrozumieniem w oczach zapytuje: „Co? Sraczka?”.
Tak że ten... Musiałam wyglądać jak prawdziwa dama :D

#LdPpI

Latem pracowałam w lodziarni.
Pewnego dnia wszedł do niej młody mężczyzna z trójką rozwrzeszczanych dzieci. Dzieci jedzą już swoje lody, pytam, czy coś jeszcze, dziewczynka zwraca się do mężczyzny: „Tatusiu, a ty nie chcesz loda?”, na co on uśmiechnął się i odpowiedział małej: „Tatuś wolałby zupełnie innego loda”, puszczając przy tym oczko w moją stronę.

W życiu nie czułam się tak dziwnie. Niby tylko słowa, a poczułam się... brudna.

#1mc8X

Wiele tu się czyta o alkoholikach w rodzinie, o tym, jak niszczą członków rodziny, wszczynają awantury lub nie interesują się dziećmi. Moja historia jest trochę inna.

Ojciec mój przez większość mojego życia pracował na kierowniczym stanowisku w państwowej firmie. Odznaczała się ona tym, że w przypadku jakiegokolwiek wypadku w miejscu pracy do zwolnienia szła najpierw kadra kierownicza. Praca w stresie, wiele z niej ojciec przynosił do domu. Nie wyżywał się na nas, był zdenerwowany i po prostu miał mnie i siostrę w dupie. Bywały dni, kiedy pytał jak w szkole, co robiłyśmy itp., jednak nie czułam w nim żadnego zaangażowania.

Gdy byłam w podstawówce, urodził się mój brat. Szybko okazało się, że jest chory, ale nie był niepełnosprawny. Jest do końca życia skazany na rehabilitację i przyjmowanie leków, ale nie przeszkadza mu to w codziennym życiu. Ojciec patrzy na to chyba trochę inaczej. Zaczął popijać. Codzienne piwko po robocie było normą, czasami kupował sobie ćwiartkę. Nie widziałam tego, aż do liceum, a teraz kiedy kończę studia jest już znacznie gorzej.

Kiedy nie ma czasu, ojciec nie pije i odzywa się do nas naprawdę sporadycznie, głównie jak czegoś chce. Ale potrafią być tygodnie, kiedy dziennie wypija 0,7 l wódki. Butelki chowa wszędzie i robi sobie drinki, a że jest na emeryturze, to ma na to mnóstwo czasu. I jak sobie tak popije, zaczyna się najgorsze. Przychodzi do nas, przytula się, kładzie na nogach i opowiada, jak nas kocha. Mi jest okropnie niezręcznie, kiedy siedzi obok mnie, ledwo się giba i pyta, czy go kocham, skoro sam mi tego na trzeźwo chyba nigdy nie powiedział. Gorsze jest jednak to, że jest typem człowieka, który uważa, że skoro nas wychował, to mamy obowiązek mu usługiwać. Wystarczy, że powiem mu, że zrobię coś później, bo sprzątam/uczę się/wychodzę, od razu uczy mnie „szacunku” – obraża się i twierdzi, że jestem niewdzięczna i niewychowana. Sam nie widzi, jak bardzo nie szanuje swoich dzieci, a przede wszystkim żony, jaśnie pan, któremu wszystko się należy – trzeba mu nałożyć obiad, przynieść kapcie, podać pilota, iść do sklepu i kłaniać się.

Wiem, że zawdzięczamy mu całkiem dobre życie, ale mnóstwa przepłakanych nocy i strachu w jego obecności nie mogę mu wybaczyć. Aby przybliżyć wam skalę tego, jak się zachowuje, przytoczę wam odpowiedzi mojego już 15-letniego brata. Spytałam go, czy pamięta, od kiedy ojciec pije, a on odpowiedział, że od zawsze. Na pytanie, czy uważa, że tata go kocha, odpowiedział: „Może, ale pewnie już o tym nie pamięta”, w tym czasie ojciec spał pijany w drugim pokoju.

Trzymamy się razem dzięki mamie, tylko ona potrafi choć na chwilę naprawić to, co alkohol skutecznie niszczy.

#6v8bV

Zgubiłam się w lesie i nie umiałam z niego wyjść. Sytuacja była tak beznadziejna, że po prostu klęknęłam i zaczęłam płakać. To wszystko dzięki całym tym hormonom, bo byłam wtedy w ciąży.
Kiedy trochę ochłonęłam, wyłączyłam komputer i poszłam poleżeć w wannie. Tak, popłakałam się, bo zgubiłam się w lesie w Skyrimie. Jak sobie pomyślałam o tym, jakie to beznadziejne, to popłakałam się w wannie.
Dodaj anonimowe wyznanie