Pewna pani niedawno odeszła w naszej firmie na emeryturę. Bardzo ją lubiliśmy wszyscy. Zawsze też pomagaliśmy. Do jej obowiązków należało między innymi rozdzielanie wody pracownikom w gorące dni oraz dostarczenie tej wody z magazynu na poszczególne działy. Jeździła wózkiem elektrycznym, ale przy załadunku i rozładunku wyręczały ją chłopy z produkcji, choć nie należało to do naszych obowiązków, no ale przecież nikt nie będzie kazał nosić starszej pani ciężarów. A taka zgrzewka półtoralitrówek trochę jednak waży.
Ta starsza dobrotliwa pani została niedawno zastąpiona młodą, energiczną, pewną siebie i zadziorną feministką. W dodatku mocno wojującą. Sama się chwaliła, jak bierze udział w marszach, a niekiedy przemawia do mikrofonu, zagrzewając inne silne, niezależne kobiety do walki z przemocowym patriarchatem. Po okresie próbnym, jak już dostała umowę na stale, zupełnie jej odbiło. Stwierdziła mianowicie, że ona zrobi porządek u nas w firmie i skończy się wyzyskiwanie kobiet. Popatrzyliśmy po sobie, pokręciliśmy kółka na głowie i rozeszliśmy się, bo co tu gadać.
Dziś wypisywali wodę. Niby wiosna, niby kwiecień dopiero, a jednak słońce potrafi przygrzać przez szybę. Zadzwonił telefon. Odebrałem, bo miałem akurat najbliżej. Zgłosiła się nasza wojująca feministka i tak po prostu oznajmiła: „Chłopaki, jest woda do zabrania z magazynu”. Nie żadne „proszę”, nie żadne „czy zechcielibyście mi pomóc”, tylko suche oznajmienie faktu, że wózek już czeka pod magazynem i trzeba go załadować. Odparłem taktownie, że chyba pomyliła numery. Że dodzwoniła się na dział mechaniczny, a ja jestem tokarzem i nie zajmuję się wodą. Nikt z nas się nie zajmuje. Po czym odłożyłem słuchawkę na widełki.
To nie jest złośliwość z mojej strony. Ja po prostu nie chcę przemocowo rugować koleżanki z jej obowiązków. Wszak byłaby to dyskryminacja ze względu na płeć. Wszak ona walczy właśnie o równouprawnienie. Staram się zatem dostosować do jej celów.
Gdy byłam w podstawówce obok naszego mieszkania wprowadziła się rodzina z dziećmi w moim wieku. Rodzice alkoholicy (mieszkanie było socjalne) i często nie mieli co do gara włożyć. Nasza sytuacja materialna była o niebo lepsza. Tata dużo zarabiał (mieszkanie było nasze, kupione zaraz po wojnie przez prababcie, reszta była przerobiona na mieszkania socjalne). Nieraz kradłam chleb z domu, żeby dać koleżance albo dawałam im kieszonkowe, żeby mogły sobie kupić leki, gdy były chore. Do czasu.
Pamiętam, jak robiłam koleżance kanapki. I to koleżance, która nie jadła od dwóch dni, bo rodzice przechlali hajs. Moja mama zrobiła mi o to karczemna awanturę. Miałam zakaz wynoszenia jedzenia z domu. Mój tata stał twardo za mama i nie obchodziło ich to, że za ścianą 10-letnie dziecko chodzi głodne. A naprawdę było nas stać.
Ja wyrosłam na inną osobę i odkąd zarabiam staram się pomagać innym, w miarę własnych środków. Z rodzicami mam ok kontakt, ale chyba nigdy nie zapomnę krzyku mamy jak mówiła, że nie obchodzi jej że moja koleżanka jest głodna i to nie nasz problem.
Mam dość swojej siostry. Wyżywa się na na mnie i moich rodzicach tylko dlatego, że nie lubi swojej pracy. Jakbyśmy kazali jej tam iść. Jedyny ton głosu jakiego używa to krzyk. Krzyczy na nas o wszystko np. o głupie gumki recepturki, bo ich nie umiała znaleźć. Nawet krzyczy jeśli "grzecznie" się jej o coś zapytamy. Czepia się nas, a szczególnie naszej mamy. Bo to źle zrobiła, to źle położyła. To naprawdę jest wkurzające. Boję się zapraszać kogokolwiek do domu, bo nie chce, żeby słyszeli jak ona krzyczy i się wyżywa. Ja wiem że jest zmęczona ale to ona sama sobie wybrała takie życie. Cały czas mówi, że ma dość tego domu, nas i że się wyprowadzi, ale jakoś od tylu lat nie potrafi się wyprowadzić. Dziwię się, że rodzice nie wyrzucili jej jeszcze z domu. Ja wiem, że ona ma jakiś problem z sobą i powinna iść do psychologa, bo jak tak dłużej będzie to prędzej ja tam trafię.
Cholerni smarkacze jeżdżą po mieście po nocach i piłują te BMW E36, E39 czy E46 z pierdzącym tłumikiem do czerwonego pola, w związku z czym nie dają spać mieszkańcom. Za dużo siły? To na budowę łopatą piach przerzucać. Doskonalenie umiejętności driftowania, palenie kapcia, ruszanie z piskiem – nie mam z tym problemu. Ale nie po publicznej drodze! Jedźcie sobie na jakieś stare, opuszczone lotnisko czy parking pod marketem w niedzielę i tam sobie piłujcie te rupiecie, aż korba bokiem wyleci. Ruch miejski to nie jest miejsce na durne popisy. Potem będzie płacz, że OC drożeje. Właśnie przez Wasze zachowanie na drogach tak się dzieje.
Jakiś czas temu z moją narzeczoną pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości w celach krajoznawczo-wypoczynkowych, coby odetchnąć od pracy w przyjemny prawie już letni weekend. Co istotne w tym wyznaniu, zabraliśmy ze sobą naszego psa. Dino to duży pies rasy Cane Corso, jest też bardzo niebezpieczny i nieufny dla zupełnie obcych ludzi.
Wieczorem po powrocie z gór postanowiliśmy wpaść do sklepu po drodze w celu kupna czegoś na kolację. Zaparkowałem samochód wzdłuż jezdni w cieniu dużego drzewa. Słońce chyli się ku zachodowi, jest ciepło, ale nie gorąco. Zostawiamy Dino w samochodzie i idziemy na szybkie zakupy. Po może 10 minutach wychodzimy ze sklepu, a naszym oczom ukazuje się zamieszanie koło mojego auta. Podchodzimy i staramy się wyjaśnić co tu się dzieje. No i co się okazało? Trzy nawiedzone obrończynie psów zobaczyły naszego Dino w aucie. Jak to jest ostatnio modne, pomimo chłodnej temperatury, już pod wieczór, postanowiły wybić szybę, bo przecież "piesek się ugotuje". Cholera... na polu 24°, w aucie 19,5° (klima robi swoje), a te idiotki wybiły szybę... Dino, który odebrał to jako atak, rzucił się na jedną z tych nawiedzonych rasta wiedźm, wyrywając jej kilka kępek gówna na głowie zwanego dredami... Ta krzyczy jak głupia, druga mnie opieprza, że zabije psa itd. itp., trzecia z ranami od kawałków rozbitej szyby próbuje odciągnąć psa, ktoś dzwoni na policję, a ja staram się zrozumieć co tu się odjebało...
Nie każdy pies zamknięty w samochodzie potrzebuje pomocy w postaci wybicia szyby! Jeżeli temperatura otoczenia jest względnie normalna, a samochód nie stoi w słońcu, gdzie mogłoby dojść do jego nagrzania, wybicie szyby jest istnym aktem debilizmu i podlega odpowiedzialności karnej. Kompletnym idiotyzmem wykazały się "obrończynie" psów, które wieczorem myślały, że pies udusi się przy temperaturze powietrza równej 19°C i zupełnie nie zadawały sobie sprawy z wyglądu i zachowania psa, który z zeznań świadków szczekał już od momentu podejścia ich do auta.
Psa nie uśpili, sprawę w sądzie wygrałem, a wiedźmy musiały zapłacić dużą sumę za naprawę drzwi. Ale co nerwów sobie napsułem, to moje.
Tydzień temu wróciłam z weekendowego wyjazdu. Dzień po powrocie miałam problem z oddaniem moczu, kojarzycie jak babcie zawsze krzyczą "nie siedź na zimnym, bo dostaniesz wilka" - to było coś takiego.
Kupiłam tabletki w aptece i przez kilka dni je brałam, bo stwierdziłam, że nie ma potrzeby iść do lekarza. Jednak minął tydzień i ciągle mam ten sam ból. Towarzyszyły mu gorączka i wymioty.
Dostałam skierowanie do szpitala, bo lekarz stwierdził podejrzenie zapalenia wyrostka. Poinformowałam o tym moją mamę, a ta uniosła się i zrobiła mi straszną awanturę.
Jakim prawem ja dostałam skierowanie do szpitala? Co, nie wiem, jak się z lekarzami rozmawia? Dlaczego nie wymyśliłam, żeby dał mi jakieś tabletki? - Słuchałam jej wywodów przez 15 minut. Poryczała się i powiedziała, żebym się położyła do tego je**nego szpitala, ale mam sobie znaleźć pracę i odpracować jej pieniądze, których ona nie zarobi w tym czasie, bo będzie pilnowała swojego najmłodszego dziecka (mojego brata), którym ja miałam się opiekować.
Nie wiem, jak to podsumować. Właśnie zadzwoniła do mnie babcia i też oznajmiła, że jestem chora psychicznie, bo dostałam skierowanie :)
Studia. Egzamin (w formie testu) z wyjątkowo upierdliwego przedmiotu. Na sali było chyba z 50 osób. Stres, nerwówka i nadmierna potliwość. Profesor zaczął rozdawać testy. Pierwsza osoba dostała swój arkusz, ale zanim zdążyła na niego rzucić okiem, wykładowca szybko wyrwał jej kartkę z ręki:
- Ojej, hehe - powiedział profesor. - Prawie dałem pani listę odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale byłyby jaja, hehe...
Arkusz przeznaczenia, el Dorado każdego studenta, prawdziwy święty Graal wylądował z powrotem na biurku, a do rąk egzaminowanych trafiły właściwe testy. Kiedy egzamin rozpoczął się, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że to prawdziwa rzeź niewiniątek. Zadania wybitnie za trudne, czas wybitnie za krótki, a surowe oko profesorka nie pozwalało nawet dyskretnie zerknąć na ściągę.
I wtedy nagle, niczym efekt wysłuchanych, próśb do Bozi - DRRRYŃ! - ciszę panującą na sali przerwał telefon. Wszyscy uczniowie nerwowo zaczęli klepać się po kieszeniach i rozglądać z wybałuszonymi oczami.
To był telefon wykładowcy: "Halo, tak? Słuchaj, coś ważnego? Egzamin mam. No, dobrze, ale dosłownie trzy minuty" - zasłonił słuchawkę dłonią i rzekł do nas - "Najuprzejmiej państwa przepraszam. Za momencik wracam" i wyszedł z sali.
Jeszcze gdzieś za zamkniętymi drzwiami usłyszeliśmy. "No, już mogę rozmawiać. Prędziutko mów...".
Szybko spojrzeliśmy po sobie i już ułamek sekundy później najbliżej siedzący student był przy profesorskim biurku i za pomocą komórki zrobił zdjęcia artefaktu z odpowiedziami. W ciągu kolejnych kilku sekund telefony studentów zawibrowały - zdjęcie rozeszło się po sali szybciej niż "fake news" po Fejsie. Uratowani!
Pół setki egzaminowanych zerżnęło dane z tego upragnionego arkusza. Dla pozorów na jednym-dwóch punktach celowo wpisywaliśmy złą odpowiedź.
I kiedy już myśleliśmy, że mamy zaliczony egzamin, okazało się, że każda jedna osoba dostała pałę. Na najbliższym wykładzie profesorek rechotał zadowolony z siebie i z radością tuptał w miejscu niczym jakiś mikro-Gargamel, geniusz zła.
Skubany zrobił nam prawdziwego pranka! Podłożył kartkę z rzekomymi odpowiedziami, z których każda była błędna. Sfingował rozmowę telefoniczną i udawał głupiego aż do ostatniej minuty egzaminu. Wszystko to po to, aby móc śmiać się nam potem w twarz i zaprosić na "kampanię wrześniową". Najgorzej.
Na szczęście w parze z poczuciem humoru, wykładowca miał też spore pokłady miłosierdzia. Pozwolił nam powtórzyć egzamin. Ułatwieniem było to, że dostaliśmy ten sam test, więc wiedząc już jakie będą pytania, mogliśmy się lepiej przygotować.
Mój facet zasnął obok mnie w ubraniu.
Mam 5-letnią córeczkę Julkę. Jej ojciec zostawił nas, gdy tylko dowiedział się, że jestem w ciąży. Byłam młoda, było bardzo ciężko, ale ostatnio zaczęło się układać.
Rok temu poznałam Artura. Bardzo męski, wysportowany, wyglądem podpada pod stereotypowego Sebę, z tym że jest inteligentny, z pasjami, wrażliwy. Jak bardzo wrażliwy, dowiedziałam się chwilę temu.
Artur od razu zaakceptował to, że mam córkę. Ona go bardzo polubiła, często spędzamy razem czas. Dziś wieczorem, po tym, jak ogarnęłam młodą, przebrała się w piżamkę, poszła dać mojemu lubemu buziaka na dobranoc. Zanim to zrobiła, spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała:
- Kocham cię, Altul, mogę do ciebie mówić "tato"?
Artur rozszerzył usta, oczy zrobiły mu się dziwnie szkliste, przez chwilę konsternacja. Sama przestraszyłam się, że go to przerośnie. A on spojrzał na mnie i bezgłośnie spytał nad główką Julki: "Może?".
Kiwnęłam głową, a on przytulił ją i powiedział:
- Oczywiście, że tak, ja też cię bardzo kocham, córeczko.
Po czym mój niesamowicie męski facet przytulił moją Julkę i przez dobre 5 minut wstrząsały nim dziwne dreszcze. Płakał jak bóbr. Potem zaniósł ją do łóżka, przeczytał bajkę, przyszedł do mnie na kanapę, z niesamowicie szklistymi oczyma wtulił się we mnie i powiedział, że nigdy w życiu nie był tak szczęśliwy. Ja chyba też :)
Moja 15-letnia siostra jest w ciąży.
Mnie rodzice opieprzyli, dlaczego ja nie mam jeszcze dzieci, choć mam 25 lat...
Nie potrafię robić niespodzianek. Kiedy coś po cichu zaplanuję, to jestem tym tak podjarana, że nie mogę utrzymać języka za zębami i część zdradzam, przez co druga osoba domyśla się, co planuję.
Cóż, mój chłopak nawet jak wie, o co mi chodzi, to udaje, że nie ma o niczym bladego pojęcia.
Dodaj anonimowe wyznanie