#DnPj3

Gdy miałam 8 lat, brałam udział w konkursie pianistycznym, w którym zdobyłam pierwsze miejsce, a w ramach nagrody otrzymałam nuty od pewnego kompozytora, który był obecny na tym konkursie. Po wręczeniu nagród razem z moją panią od fortepianu poprosiłyśmy o zdjęcie z nim. Moi rodzice wpadli na genialny pomysł, aby  dwa zdjęcia, które wtedy zrobili, wywołać w formie małego kalendarza i przekazać mojej nauczycielce. Kiedy już je odebraliśmy od fotografa, moja mama stwierdziła: „Wiesz co, ale ta twoja nauczycielka to tak niezbyt korzystnie wyszła...”. 
Następnego dnia, bardzo zadowolona, poszłam na lekcję muzyki i przekazałam pani upominek, po czym ona skomentowała go takimi słowami: „O jeny, ale ja strasznie wyszłam na tym zdjęciu!”, a ja jako rezolutna dziewczynka odpowiedziałam: „Moja mamusia też tak stwierdziła”...

#JqFyo

Mam 32 lata i dwójkę dzieci, które urodziłam w krótkim odstępie czasu. Już podczas pierwszej ciąży ważyłam 75 kg, a teraz moja waga to 86 kg. Moje codzienne życie spędzam głównie w domu z dziećmi i pracuję zdalnie. Moja kondycja nie jest najlepsza, ale badania medyczne nie wykazały żadnych problemów z tarczycą czy insulinoopornością. Jestem świadoma, że mam problematyczny stosunek do jedzenia. Traktuję je jako nagrodę, co jest niezdrowe, i mam słabość do słodyczy. Wieczorami, kiedy oglądam serial, czuję nieodpartą chęć podjadania. Mimo to boję się zacząć regularnie ćwiczyć i zastosować dietę, ponieważ obawiam się, że nie uda mi się schudnąć. Ta myśl jest dla mnie frustrująca. Co więcej, już zaczynam odczuwać fizyczne skutki nadwagi, takie jak bóle kręgosłupa. Mój mąż nie ma problemu z moją wagą, ale dla mnie to duża przeszkoda. Kiedyś próbowałam diety online i schudłam tylko 5 kg, które szybko wróciły. Nie mogę sobie pozwolić na indywidualne konsultacje z dietetykiem ani na diety pudełkowe.
Waga stała się centralnym problemem w moim życiu i nie wiem już, co robić. Nie chcę więcej czuć się tak źle w swoim ciele.

#aG5Gs

Kilka tygodni temu musiałam znowu zacząć kurację antydepresantami, co wpłynęło na moje libido. Leki te są dla mnie koniecznością, aby funkcjonować w miarę normalnie na co dzień, ale są też źródłem problemów w moim życiu intymnym. Wydaje mi się, że wpływa to negatywnie na jakość mojego związku i obawiam się, że może to prowadzić do jego zakończenia.
Stawiam sobie pytanie, czy istnieje sposób na znalezienie równowagi między potrzebą leczenia a pragnieniem utrzymania zdrowej relacji. To trudny dylemat, z którym się zmagam, i czuję, że potrzebuję wsparcia oraz porady, jak sobie z tym wszystkim radzić.

#VT543

Wyznanie średnio anonimowe, jednak skłoniło mnie do pewnych przemyśleń.

Mieszkam na obrzeżach miasta. Kilka miesięcy temu przybłąkała się do mnie mała kotka. Przygarnęłam futrzaka, pierwsze co weterynarz. Zaszczepiona, odrobaczona, decyzja o sterylizacji podjęta. Ale na sam zabieg musiałam odczekać, aż kotka będzie „dorosła” – nie krytykujcie, zaufałam weterynarzowi. No i tak sobie żyłyśmy spokojnie, aż kotka wyszła i dwa dni jej nie było. Po jakichś dwóch miesiącach kotka powiła trzy słodkie maluchy. No cóż, stało się. Przynajmniej wiedziałam, że mogę już konsultować z weterynarzem datę zabiegu. Ale do meritum.

W piątek zadzwoniła do mnie dobra koleżanka ze studiów, zaprosiłam ją do siebie na drugi dzień. Piękne słoneczne południe, zjawia się koleżanka. Siedzimy na tarasie, kociaki jako tako, ale już uciekają spod czujnego oka mamy. Odejdzie za daleko, jak wszyscy wiemy, krzyczy. Chcąc nie chcąc kotka podchodzi do takiego delikwenta, łapie delikatnie za karczycho i niesie do legowiska. Koleżanka jak to zobaczyła wyskoczyła jak z procy i jak mi kotki nie pacnęła. „Co ty robisz?!” – krzyknęłam. A ona jak nie zacznie się bulwersować, że pozwalam na to, żeby duży kot się znęcał nad małym, że to się nie godzi! Szczęka mi opadła, naprawdę. Próbowałam jej to wytłumaczyć, ale była tak zdenerwowana, że dałam spokój. Nie będę walczyć z wiatrakami.

A teraz pytanie. Dlaczego się tak zachowała? Próbowałam to zrozumieć, naprawdę. Z marnym skutkiem. Rozumiem, można mieszkać w wieżowcu w centrum miasta przez 25 lat swojego życia, ale niektóre rzeczy się po prostu wie. Tak mi się przynajmniej dotychczas wydawało.

#qWSSv

Opiszę wam dziś pokrótce najgorsze 18 lat mojego życia.

Pochodzę z patologicznej rodziny: mój ojciec był 'burdel mamą' dla mojej matki i mojej starszej o 10 lat siostry. Był też alkoholikiem, tyranem i nie raz siedział w więzieniu za kradzież czy pobicie. Jednak nigdy nie było po nim tego widać, zawsze koszula, krawacik, ogolona buziunia i drogie perfumy. Moja mama też alkoholiczka, wysoko ceniąca się prostytutka. Po niej także nie było widać tego kim naprawdę jest. Co tydzień chodziła do fryzjera, kosmetyczki, kupowała sobie drogie ubrania, kosmetyki.

Osoby mieszkające niedaleko nas (mieliśmy dom na uboczu, obok lasu, a do najbliższego sąsiada było około 15/20 minut drogi) zawsze chwaliły moją matkę, jak ona to młodo nie wygląda, jaka nie jest piękna. Nie wiem, czy ktoś z najbliższych nam sąsiadów domyślał się choć trochę jak wygląda ten dom i ta rodzina od środka.

A wyglądało to tragicznie, mam trójkę młodszego rodzeństwa i wspomnianą wcześniej drugą 'dupodajkę tatusia'. Ojciec, matka i siostra żyli sobie jak królowie, natomiast my dzieci byliśmy jak niewolnicy. Mieliśmy wyznaczane racje żywnościowe: kromka z dwoma plasterkami pomidora na śniadanie, zupka z proszku albo makaron z sosem na obiad, a na kolacje kromka chleba z masłem. Byliśmy niedożywieni, obrzydliwie chudzi, a i tak nikt nie zwrócił na to uwagi. Czasem podkradaliśmy innym dzieciom kanapki czy batoniki, które nosiły do szkoły, może dlatego jakoś dawaliśmy radę. Pobudkę mieliśmy o godzinie 5 rano, żeby posprzątać syf po nocnej zmianie.

Po szkole przygotowywaliśmy dom przed nocną zmianą i robiliśmy obiad rodzicom (przy czym jeżeli byśmy choć skubnęli jedzenia, to dostawaliśmy niezłe manto). Wodę też nam wyliczano, mogliśmy się kąpać raz w tygodniu w wannie w jednej i tej samej wodzie. Ja jako najstarsza z najmłodszych miałam pierwszeństwo, po mnie wchodziło kolejne dziecko itd. Jak miałam tłuste włosy, to spinałam je w kucyk, chyba że pogoda dopisała i był deszcz. Kosmetyków żadnych nie mieliśmy, myliśmy się szarym mydłem a dezodorant pierwszy raz na oczy widziałam w liceum u koleżanki w szatni na wf.

Nie mogliśmy mieć też znajomych, wychodzić poza teren nasze ogródka, nie korzystaliśmy z internetu czy telefonu. Mogłabym wymieniać dalej, ale nie o to tu chodzi. Nikt nigdy i nigdzie nie domyślił się jak żyjemy, a opieka odwiedza ten dom co jakiś czas. Bo dom zawsze czysty, rodzice ułożeni itd. A najgorsze jest to, że oprócz mnie jeszcze tylko brat wyszedł z tej patologii, poszliśmy na studia, mamy rodziny, normalną pracę. Natomiast mój drugi młodszy brat siedzi w więzieniu za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, młodsza siostra jest kolejną dz***ą do kolekcji, która w wieku 17 lat urodziła dziecko nie wiadomo czyje, które jest wychowywane tak jak my. A starsza siostra ma aktualnie trójkę dzieci.

#NRjo7

Odkąd pamiętam zawsze mieliśmy na podwórku jakiegoś Burka. Kilkanaście lat temu tata postanowił spełnić swoje marzenie i kupił rottweilera. Nie dajcie sobie wmówić, że to agresywne psy. Wszystko zależy od właściciela.

Pies, a raczej ona, była prawdziwym słodziakiem. Jako pupil taty mogła przebywać też w domu. Tak się złożyło, że psiak był w domu podczas niedzielnego śniadania. Jako czworonóg na wiecznej gastrofazie weszła pod stół i z łbem między nogami ojca żebrała o jedzenie. Tata chcąc ją oduczyć takiego zachowania, dał jej do pyska kawałek papryki konserwowej. Zazwyczaj połykała wszystko jak leci, nawet buraki z barszczu, ale papryka nie przypadła jej do gustu. Pożuła dłuższą chwilę, wypluła na płytki i poszła do legowiska. Tata podniósł paprykę, położył z boku talerza i z miną typowego triumfującego Janusza opowiadał nam, jak to psa manier nauczył.
Dokończyliśmy śniadanie, siedzimy, rozmawiamy. Patrzę na pusty talerz ojca i pytam:
„Tato, a gdzie ta papryczka z nauki manier?”.

Miny ojca nie będę Wam opisywał :D

#h0qHj

Sytuacja miała miejsce gdy miałam 13 lat. Jakimś cudem trafiłam do szpitala. Niby nic poważnego, tylko rutynowa kontrola, przy okazji badania. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego... 
Pielęgniarka prowadzi mnie do gabinetu zabiegowego. Przede mną jest kilku pacjentów. Druga pielęgniarka pobiera im krew. Nadeszła kolej na mnie. Siadam na krześle i odwracam głowę jak sowa, aby nie widzieć co się dzieje. Oburzona pielęgniarka łapie moją głowę i obraca tak, abym miała idealny widok na swoją rękę. Ponownie obracam głowę – sytuacja się powtarza. I tak dwa razy. Za czwartym razem już nie jest taka miła i unieruchamia moją głowę, że widzę swoją rękę i zbliżającą się igłę. Zadowolona z siebie dodaje: „Musisz się do tego przyzwyczajać. Jako kobieta tyle razy będziesz musiała to robić”. Wiem, że w ciągu swojego życia pewnie jeszcze wiele razy będę miała pobierana krew... Ale jak ta pielęgniarka to mówiła, w jej oczach widziałam jakąś chorą satysfakcję.

Może i to nie jest jakaś mocna sytuacja. Ale dla osoby, która ma hemofobię (lęk przed krwią) to jest tragedia. Pal sześć, że na samą myśl o krwi robi ci się niedobrze – zaczynasz odczuwać to, jak ta cała krew przez ciebie przepływa. Gdy poruszy się ten temat rozmowa z drugim człowiekiem, jest problematyczna. A dodatkowo gdy się mdleje na widok krwi, to już kaplica. Ta sytuacja jest po prostu traumatyczna dla takich osób.
Dodaj anonimowe wyznanie