#aYWXY
Lato, gorąco, więc poszłam po lody. Przez przypadek spotkałam chłopaka, który bardzo mi się podoba. On na powitanie chciał mnie przytulić, a ja zestresowana, iż może ode mnie poczuć pot, wypaliłam wprost: „Nie, bo śmierdzę”. Skrzywił się, dziwnie na mnie spojrzał i odsunął z obrzydzeniem na twarzy.
Od tamtej pory jak się widzimy, to wita mnie zwykłym „cześć” :(
#EzpOT
Dostałem numer dziewczyny i po kilkunastu wiadomościach zaproponowałem wyjście na kawę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka. Luba kolegi całkiem urodziwa i inteligentna dziewczyna, wychowały się jak siostry, więc myślę "Nie może być źle, prawda?".
Nastał dzień spotkania, pizga jak w Kieleckim, wiatr, śnieg zamiecie i Odyn krzyczący z nieba (TO RAGNAROK), ale trudno, umówiony, to lecę. Odstawiłem się jak szczur na otwarcie kanału, kupiłem jakiegoś chwasta w kwiaciarni i jadę. Nie wiem o dziewczynie nic poza imieniem, taka w sumie randka w ciemno. Dostaję SMS, że stoi w miejscu X w niebieskiej kurtce. Parkuję, wychodzę z samochodu patrzę i nie wierzę. We wskazanym miejscu stoi tylko jedna osoba, w niebieskiej kurtce i to nie pozwoliło mieć nadziei.
Karyna poziom ostatni, ale Karyna z tych dresiar, co w ciąży piją wódkę z gwinta. Odwrotu nie było, więc twardo podchodzę, a w myślach tylko "Kawa i ewakuacja". Czym dalej w las tym gorzej, głos jak u pani Jadzi co zawsze prosi o 2 zł na VIP-a, o sposobie wyrażania się nie wspomnę. Apogeum nastało w kawiarni, gdzie nie wytrzymałem i wyszedłem do toalety, żeby choć na chwilę odpocząć od tej farsy.
Stwierdzam, że czas na ewakuację, ale nie wypada wyjść tak po prostu, a sam dziewczynie pisałem, że mam czas do wieczora. Opracowuje więc szatański plan o kryptonimie "Uwolnić Orkę". Wysyłam znajomemu SMS prosząc, by zadzwonił do mnie i wymyślił jakiś powód nagłej potrzeby wracania do domu, bo jestem na nieciekawym spotkaniu - to był błąd. Wracam do stolika z uśmiechem na twarzy, myśląc jaką to sprytną bestią nie jestem.
Dzwoni telefon, odbieram i niby przypadkiem wciskam głośnik i słyszę "Stary, przyjeżdżaj szybko do szpitala wojewódzkiego, twoja narzeczona miała wypadek".
smutnazaba.jpg
Uznałem, że nie ma sensu próbować wybrnąć z sytuacji bo prawda jest jeszcze gorsza. Wstaję więc od stolika, płacę rachunek i bez słowa wychodzę.
Nie muszę mówić, że luba mojego przyjaciela była obrażona do końca ich znajomości, a ja wyszedłem na zdradzającą świnię.
#iv0y9
Rozmowa odbyła się w bardzo sympatycznej atmosferze. Sprawdzono znajomość języków obcych (znam trzy!), wypytano dokładnie o moje zainteresowania a nawet o gust muzyczny, bo jak sam szef zażartował: „Tu wszyscy słuchamy heavy metalu, proszę pani!”. Wszystko szło bardzo przyjemnie, aż do momentu kiedy dotarłam do ostatniego elementu rozmowy kwalifikacyjnej, czyli do… testu sprawności posługiwania się komputerem (Excel i te sprawy). Wówczas przyznałam się, że dziś mogę z tym mieć problem, bo uszkodziła mi się kończyna i na dowód pokazałam uświnioną krwią chusteczkę zakrywającą obolały paluch. Od razu przyniesiono mi kubek z lodem i kazano włożyć tam palec. Po kilku minutach pożegnano się ze mną i odprawiono do domu.
Nie spodziewałam się, że ktoś się dom nie odezwie. A jednak tak się stało. Dostałam telefon już następnego dnia. Otrzymałam tę pracę! Uzasadnienie doręczono mi na firmowym papierze: „Jeśli potrafisz zachować spokój, kiedy twój kciuk wygląda jakby przeżył atak rozwścieczonego misia grizzli, to poradzisz sobie z nawet z najbardziej wkurwiającym klientem naszego hotelu!”.
Pracuję tu już trzeci rok. Uwielbiam tę robotę!
#H0jeG
Znałyśmy się od zawsze. Marysia, Zosia i Ania. Najlepsze przyjaciółki na zawsze. Przyjaźniłyśmy się w podstawówce, w liceum. Mieszkałyśmy w małej wsi, dużo pracowałyśmy w polu. Odłożyłyśmy pieniądze, miałyśmy świetne oceny. I stało się! Marzenie się spełniło! Dostałyśmy akademik w Warszawie. Zofia studiowała weterynarię, Ania farmację, Marysia prawo. Mieszkałyśmy tam przez 6 lat. W tym czasie każda z nas miała chłopaków, przelotne związki, ale wszystko szybko się kończyło. Byłyśmy dość nieśmiałe, skupione na studiach i pracach dorywczych. Nieraz głodowałyśmy i związki przestały być priorytetem. Potem poszło szybko: praktyki, praca magisterska, pierwsze prace. Zdecydowałyśmy się nie wracać do naszej małej wsi. Kupiłyśmy mieszkanie (ciasne ale własne). Marysia znalazła sobie męża, wyprowadziła się, ale kilka lat później wzięła rozwód i wróciła do naszego mieszkania. Ustabilizowałyśmy się w życiu. Jednak nie uśmiechało nam się mieszkać samotnie. Tak więc nadal mieszkamy razem. Rozwódka i dwie stare panny. A teraz finał.
Każda z nas miała dużą rodzinę. Cześć powyjeżdżała, ale utrzymywaliśmy z nimi dobry kontakt, spotykaliśmy się. Jednak ok. roku 2010 coś zaczęło się psuć. Siostry i bracia nie odbierały telefonów, nie przyjeżdżały na święta. Tłumaczyłyśmy to starością, innymi zajęciami. Aż nagle kontakt urwał się zupełnie. Śluby siostrzenic, chrzciny - nawet nie miałyśmy o tym pojęcia. Pewnego dnia 2015 po 3 latach bez kontaktu, odezwała się siostra Anny. Okazało się, że umarła jej mama. Przyjechałyśmy na pogrzeb. Pojawiły się na nich wszyscy ludzie ze wsi (w tym nasze rodziny).
Ludzie odsuwali się od nas, nikt z nami nie rozmawiał, nocowałyśmy w agroturystyce, bo "nie ma dla was miejsca". Jednak prawdziwy szok przeżyłyśmy, gdy okazało się, że Anna została wydziedziczona! Rozumiałyśmy, że najbliższej rodzinie należy się więcej, ale spadek otrzymali wszyscy z rodzeństwa po równo nawet ci, którzy nie utrzymywali z mamą żadnego kontaktu. Stwierdziłyśmy, że walka o zachowek jest bez sensu. Mimo to podjęłyśmy poważną rozmowę z naszym rodzeństwem. Zebraliśmy ich wszystkich i odważnie zapytałyśmy "o co chodzi???".
Okazało się, że według rodziny jesteśmy... lesbijkami. Tak, lesbijkami. Znałyśmy się przez 60 lat. Przez 43 lata nikt nie miał wobec nas najmniejszych podejrzeń. Dopiero gdy zaczęły się homo afery, ksiądz w kościele zaczął rozpowiadać. Rodzina nie chce mieć z nami nic do czynienia. Nie docierają do nich żadne tłumaczenia. Byłyśmy im potrzebne tylko do płacenia za leki mamy Anny. Teraz nikt na nas nawet nie spojrzy. Dalej mieszkamy w Warszawie i mamy się dobrze.
Pozdrawiamy
Anna, Marysia i Zofia.
#CMnL7
Zdenerwowana przed egzaminem na prawo jazdy, postanowiłam nie jechać busem jak dotychczas, ale wsiąść do autobusu i dojechać na miejsce nieco wcześniej. Jak na złość okazało się, że ze względu na roboty drogowe trasa mojego środka transportu uległa zmianie, a jako że nie znałam kolejnych przystanków, czekałam grzecznie aż kierowca zatrzyma pojazd pod moim docelowym, co tym razem oczywiście się nie stało... Na ostatnim z nich (a właściwie zajezdni) opowiedziałam szoferowi moją żałosną historię i zapytałam, jak mogę dotrzeć do WORD-u. Kierowca kazał mi usiąść i zawiózł mnie na wyznaczone miejsce. I nie chciał pieniędzy! Tylko dzięki niemu zdążyłam na egzamin.
Cała sytuacja byłaby skończyłaby się happy endem, gdyby nie to, że oblałam. Mimo wszystko do tej pory jestem mu wdzięczna. Za bezinteresowną pomoc :)
#AHkTX
Każdy z nas, a przynajmniej większość, był kiedyś na targu. Masa ludzi, straganów i sprzedawcy, do których owe stragany należą. Pewnego dnia moja mama postanowiła wybrać się na targ, a że jej koleżanka, Żanetka, również w owe miejsce się wybierała, wybrały się razem. Mama chciała mi kupić jakieś nowe getry, więc Żanetka postanowiła, że też coś kupi swojej córce. Podeszły do pierwszego lepszego straganu z odzieżą dla dzieci. Akcja potoczyła się miej więcej tak:
– Przepraszam, ma pani jakieś getry na dziewczynkę, metr pięćdziesiąt? – zapytała mama, a kobitka zaczęła szukać czegoś takiego. W tym samym momencie Żanetka (tu należy wspomnieć, że do najmilszych i do uległych osób nie należała) znalazła jakąś bluzkę dla swojej córki i zapytała:
– Ile ta bluzka?
– 30 zł.
– Słucham?! To już w sklepie są tańsze! Jak przechodziłam, widziałam takie za 15 zł! To za drogo, jak pani nie opuści, to nie mam zamiaru tego kupić!! – i rzuciła tę bluzkę jak szmatę. Stanęła obok i czekała, aż sprzedawczyni przystosuje się do jej warunków.
Kobitka popatrzyła się na nią gniewnie, ale nic nie powiedziała. Wróciła do mojej mamy, podała jej cenę, mama zapłaciła, ale nie miała drobnych, więc była zmuszona dać banknot 50 zł. Kobitka zawołała jakiegoś facia i zapytała, czy nie ma drobnych, bo jej się skończyły, a musi wydać. Facet wyciąga odpowiednią kwotę i pyta:
– Dla której pani są te pieniążki?
Tu sprzedawczyni uśmiechnęła się szyderczo i powiedziała:
– Dla tej ładniejszej.
Podobno Żanetka tak się wk*rwiła, że już więcej się do mamy nie odezwała :)
#NEojI
#Kk2Hy
Jutro mam ważny sprawdzian z fizyki. Myślicie, że dzisiejszy wieczór to dobry moment do nauki żonglerki?
#3nrLe
Te śmieci jakoś nigdy mi nie pasowały.