Bardzo lubię rozmawiać ze sklepikarzami i kasjerami. Ot tak, taka gadka szmatka.
Kupuję mięso? A zagadnę do pani o pogodę! Mam dużo produktów na taśmie? Idealny moment na rozmowę o kulinariach! Taka niezobowiązująca wymiana zdań. Zawsze też pilnuję, żeby pań nie zagadywać na zbyt długo - przecież nie chcę, żeby miały przeze mnie problemy.
Jestem bardzo pozytywną osobą, zawsze z bananem na twarzy. Dość często spotykam się z pozytywnymi reakcjami pań, które chętnie odpowiadają na mój uśmiech.
Niestety z racji studiów musiałam ograniczyć swoje eskapady do jednego pobliskiego marketu. Spotkałam tam najcudowniejszą panią kasjerkę w historii pań kasjerek. Starsza, siwiejąca kobiecina, ale wesoła jak mało kto, a jej uśmiech poprawiał humor lepiej niż cokolwiek innego. Pracę i klientów bardzo lubiła, i vice versa. Jak nietrudno się domyślić, stała się moją ulubioną i w miarę możliwości, starałam się stawać w kolejce do niej.
Nasza "przyjaźń" trwała prawie 3 miesiące i już co nieco się o owej pani dowiedziałam. Sklep odwiedzałam niemal codziennie, żeby chociaż kupić jakąś pierdołę i do Danusi się uśmiechnąć.
Pewnego dnia idę na zwyczajowe zakupy, już podchodzę do Danusi i nagle mi uśmiech rzednie. Pani Danusia przybita, nie uśmiecha się, zupełnie jakby ktoś ją podmienił.
Zagadałam, zapytałam co się stało. Odpowiedziała mi, że dostała wypowiedzenie i to jej ostatni dzień w pracy. Ponoć nie wyrabia norm, na jej miejsce ma przyjść młodsza pracownica. Załamało mnie to, zaproponowałam kawę u mnie w mieszkaniu, ale odmówiła, bo była zza miasta i musiała zdążyć na autobus. Pożegnałam się, pożyczyłam powodzenia etc.
Na następny dzień przyszłam do sklepu, już ze znacznie mniejszym niż zwyczajowym entuzjazmem. Na kasie przywitała mnie gburowata kobieta. Ani me, ani be, ani dzień dobry.
Szybko się ewakuowałam, a po powrocie przeryczałam cały wieczór. Będę tęsknić za panią Danusią, jak za własną babcią i jest mi niezmiernie przykro, że w dzisiejszych czasach liczy się jedynie zysk, a podejście do klienta jest nieważne.
Dojeżdżam z mojej miejscowości do miasta busem, który zatrzymuje się na głównym dużym przystanku. Jak to na przystankach, można spotkać wielu ludzi. Sporo jest takich, którzy proszą o pieniądze czy jedzenie. Zawsze myślałam o nich jako o przepraszam...nierobach i żulach. Stereotypowo, wiem. Ale pewnego dnia podeszła do mnie taka kobieta ok 40 lat i zapytała, czy nie kupię jej czegoś do jedzenia w knajpce przy dworcu.
Myślę "ok może naprawdę jest głodna".
Idziemy do knajpki i już chciałam poprosić o taką dużą zapiekankę dla niej i herbatę na wynos, ale w tym momencie kobieta mi przerywa i zaczyna dyktować swoje zamówienie, które składało się z zestawu z ryby, ziemniaków, surówki i dużego cappuccino (czy innej kawy nie pamiętam). Może chamsko zareagowałam ale poczułam się trochę wykorzystana i odmówiłam zapłaty.
Usłyszałam od tej kobiety, że jestem ludzkim śmieciem jak obiecuję, robię człowiekowi nadzieję a potem się wycofuję z obietnicy.
No i tak sobie żyję do dziś. Taki ludzki śmieć :)
Mój koszmar zaczął się, gdy miałem 14 lat. Pewnego ranka obudziłem się zlany potem, było mi tak gorąco jak nigdy, a był październik. Ubrałem się, założyłem kurtkę, czapkę i do szkoły dotarłem spocony, jakby oblał mnie ktoś wodą.
Tamtego dnia moja tolerancja na temperatury wywróciła mi życie do góry nogami. Dziś mam 35 lat. Śpię pod klimą, która musi na mnie dmuchać. W aucie klima na 16 stopni. Chodzę non stop bez kurtki, zimą ubieram taką cienką wiatrówkę. 15 stopni na zewnątrz to upał. Czapki, rękawic i szalika nie mam, a buty cały rok to adidaski. Pan gołe kostki. Latem nie potrafię funkcjonować poza domem. Dojeżdżam autem gdzie się da najbliżej, a każda wycieczka piesza to konieczność wypicia przynajmniej litra wody i zmiany koszulki. Nie mogę uprawiać latem żadnej aktywności na zewnątrz. Biegam tylko zimą.
Byłem u wielu lekarzy. Nikt nie wie, co mi jest. Okaz zdrowia. Nie mam nadwagi, rzekłbym, że i nawet kilka kilo by mi się przydało przybrać.
Wiecie co jest najgorsze? Że ja sobie życia nie mogę ułożyć. Nawet jeśli kobieta, którą poznałem, deklarowała, że jest zimnolubna, to nie dorastała mi do pięt. Wszystkie związki waliły mi się przez tę cholerną niekompatybilność cieplną. No bo weź żyj w domu lodówce z gościem, któremu jest wiecznie gorąco, siedzi tylko pod klimą, nawet latem na spacer nie mogę wyjść, bo przy dłuższej wyprawie, czytaj pół godziny, wypijam 1,5 l wody, puchną mi dłonie i wyglądam, jakbym spod prysznica wyszedł. Absurd, że jedna osoba musi siedzieć w domu w kurtce, a druga chodzić w gaciach.
Jestem również skazany na pracę zdalną. Kiedy pracowałem w biurze, wyglądałem jak spocony oblech – mokre plecy, mokre pachy, mokre włosy. Mieliśmy memową Anetkę w biurze, która wieszczyła choroby już 30 sekund po włączeniu klimy. Niestety uległem i się zwolniłem, bo choćbym chciał, to nie da się ze mną wypracować kompromisu. Dlatego pracuję ze swojej chłodni zdalnie.
Rozważam emigrację do Norwegii, Kanady, jak najwyżej. Przez to jaki jestem nie odnajduję się w naszym klimacie, mam doła, wstydzę się siebie, moja przypadłość mnie ogranicza na wielu polach.
Było to w szkole podstawowej. Pani posadziła mnie do ławki z klasowym rozrabiaką. Rysował mi po zeszytach, wydzielał granicę gdzie mogę położyć książki i wciąż nazywał wiedźmą.
Po jakichś paru miesiącach na jednej z lekcji pani uczyła nas co to są komplementy i że miło jest powiedzieć komuś coś miłego.
Dla przykładu kazała mojemu ławkowemu koledze powiedzieć mi jakiś komplement.
Trochę się kolega zastanawiał, aż padło z jego ust "Nie jesteś wiedźmą".
Serdecznie Cie pozdrawiam, jeśli to czytasz :)
Na osiemnaste urodziny dostałam od rodziców paczkę prezerwatyw, aby czasem "nie wyszło drugie takie coś jak ja".
Dzięki. Sama się raczej nie zrobiłam.
Moja znajoma jest zakonnicą. Ma na nazwisko Ksiądz.
Mój wujek jest jednocześnie moim chrzestnym. Przez całe moje życie nie dostałem od niego ani jednego prezentu. Nic. Absolutnie nic. Zawsze tylko powtarzał, że rola chrzestnego nie polega na kupowaniu prezentów. Niby miał rację. Chrzestny ma dbać o przekazanie wiary, a nie o zaopatrzenie finansowe
Ten wujek ma teraz dorosłą już córkę, która niedawno urodziła dziecko. Oczywiście zostało ono ochrzczone.
Siedzimy razem wszyscy przy stole, a wujek nachyla się do mojego ucha i szepcze: „To żenujące, jak mało pieniędzy dostała moja wnuczka od chrzestnego”.
Co za niespodziewana zmiana poglądów! Powinien zostać politykiem.
Dzisiaj słowa mojej podopiecznej 90 letniej kobiety uświadomiły mi dlaczego "mój termin" nie może upłynąć tak szybko ze ona naprawdę szczerze cieszy cię jak mnie widzi i pokochała jak swoja córkę, że dla tych ludzi do których chodzę jestem całym jebanym światem, że traktują mnie dosłownie jak swoją wnuczkę lub córkę i tak mnie określają. Jeśli rozmawiają między sobą lub bliskimi podejmując się tej pracy nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo ludzie się do siebie przywiązują.
Nie chce sobie nawet wyobrażać co musiałaby poczuć taką staruszka, która z dnia na dzień dowiedziałaby się, że jej ulubiona "wnuczka" nie przyjdzie już, bo popełniła samobójstwo ta myśl wręcz nie daje mi spokoju telefony, które otrzymuje od bliskich moich podopiecznych, że zjedli cały posiłek, który im przygotowałam i mówią jak bardzo im smakuje, że są bardzo szczęśliwi że spędzam z nimi czas.
Pewna pani niedawno odeszła w naszej firmie na emeryturę. Bardzo ją lubiliśmy wszyscy. Zawsze też pomagaliśmy. Do jej obowiązków należało między innymi rozdzielanie wody pracownikom w gorące dni oraz dostarczenie tej wody z magazynu na poszczególne działy. Jeździła wózkiem elektrycznym, ale przy załadunku i rozładunku wyręczały ją chłopy z produkcji, choć nie należało to do naszych obowiązków, no ale przecież nikt nie będzie kazał nosić starszej pani ciężarów. A taka zgrzewka półtoralitrówek trochę jednak waży.
Ta starsza dobrotliwa pani została niedawno zastąpiona młodą, energiczną, pewną siebie i zadziorną feministką. W dodatku mocno wojującą. Sama się chwaliła, jak bierze udział w marszach, a niekiedy przemawia do mikrofonu, zagrzewając inne silne, niezależne kobiety do walki z przemocowym patriarchatem. Po okresie próbnym, jak już dostała umowę na stale, zupełnie jej odbiło. Stwierdziła mianowicie, że ona zrobi porządek u nas w firmie i skończy się wyzyskiwanie kobiet. Popatrzyliśmy po sobie, pokręciliśmy kółka na głowie i rozeszliśmy się, bo co tu gadać.
Dziś wypisywali wodę. Niby wiosna, niby kwiecień dopiero, a jednak słońce potrafi przygrzać przez szybę. Zadzwonił telefon. Odebrałem, bo miałem akurat najbliżej. Zgłosiła się nasza wojująca feministka i tak po prostu oznajmiła: „Chłopaki, jest woda do zabrania z magazynu”. Nie żadne „proszę”, nie żadne „czy zechcielibyście mi pomóc”, tylko suche oznajmienie faktu, że wózek już czeka pod magazynem i trzeba go załadować. Odparłem taktownie, że chyba pomyliła numery. Że dodzwoniła się na dział mechaniczny, a ja jestem tokarzem i nie zajmuję się wodą. Nikt z nas się nie zajmuje. Po czym odłożyłem słuchawkę na widełki.
To nie jest złośliwość z mojej strony. Ja po prostu nie chcę przemocowo rugować koleżanki z jej obowiązków. Wszak byłaby to dyskryminacja ze względu na płeć. Wszak ona walczy właśnie o równouprawnienie. Staram się zatem dostosować do jej celów.
Gdy byłam w podstawówce obok naszego mieszkania wprowadziła się rodzina z dziećmi w moim wieku. Rodzice alkoholicy (mieszkanie było socjalne) i często nie mieli co do gara włożyć. Nasza sytuacja materialna była o niebo lepsza. Tata dużo zarabiał (mieszkanie było nasze, kupione zaraz po wojnie przez prababcie, reszta była przerobiona na mieszkania socjalne). Nieraz kradłam chleb z domu, żeby dać koleżance albo dawałam im kieszonkowe, żeby mogły sobie kupić leki, gdy były chore. Do czasu.
Pamiętam, jak robiłam koleżance kanapki. I to koleżance, która nie jadła od dwóch dni, bo rodzice przechlali hajs. Moja mama zrobiła mi o to karczemna awanturę. Miałam zakaz wynoszenia jedzenia z domu. Mój tata stał twardo za mama i nie obchodziło ich to, że za ścianą 10-letnie dziecko chodzi głodne. A naprawdę było nas stać.
Ja wyrosłam na inną osobę i odkąd zarabiam staram się pomagać innym, w miarę własnych środków. Z rodzicami mam ok kontakt, ale chyba nigdy nie zapomnę krzyku mamy jak mówiła, że nie obchodzi jej że moja koleżanka jest głodna i to nie nasz problem.
Dodaj anonimowe wyznanie