Pewnego słonecznego dnia wracałam ze szkoły do domu, czyli ok. 15 min drogi. Już wcześniej czułam, że muszę do łazienki, ale znam swój pęcherz i liczyłam, że wytrzymam. Jak można się domyślić, przeliczyłam się. Posikałam się obok własnego domu...
Nie, nie miałam wtedy 5 lat. Sytuacja zdarzyła się dwa dni temu, a ja mam 18 lat.
Parę lat temu zapisałam się na portalu randkowym w celu znalezienia swojej drugiej połowy, gdyż najwyraźniej mnie mama w całości nie urodziła, a połówka w lodówce jakoś średnio mnie satysfakcjonowała. Z tego też względu udało mi się być na kilku dość specyficznych pierwszych (i ostatnich) randkach... Pominę wszelkie propozycje seksu bez zobowiązań i to zazwyczaj od mężczyzn żonatych, co mnie brzydzi nieziemsko. Takim odpisywałam krótko i dosadnie!
Najciekawsza randka odbyła się w miejscowości obok.
Chłopak był ode mnie ciut starszy, a ja byłam studentką na którymś tam roku. Zaprosił mnie na piwo, a że piwa i pacierza nie odmawiam, zgodziłam się.
Tak więc przybywam środkiem komunikacji miejskiej na umówione miejsce, poznaję chłopaka, o dziwo nie różni się aż tak wyglądem od zdjęć, myślę sobie "nie jest źle!!".
W tym momencie mój niedoszły wybranek oznajmia mi, że on musi iść po pieniądze (na to piwo) do mamy, do pracy... Jednak przyzwyczajona byłam, iż zazwyczaj mój współpijący towarzysz płacił przynajmniej za siebie. Więc mimo że miałam swoje pieniążki, poszłam z nim do tej mamy...
Gdy dotarliśmy czułam się już mocno zażenowana, a on zaproponował do tego, abym weszła z nim.. Ja się zaparłam rencyma i nogyma odmawiając kategorycznie... po chwili wrócił, z zawrotną kwotą 20 zł i UWAGA!!! z mamą... Jako że znaliśmy się jakieś 15 minut, postanowił mnie jej przedstawić. No więc przedstawiłam się z imienia, zapewniłam, że bardzo mi miło, a w myślach już studiowałam rozkład jazdy autobusów powrotnych...
No poszłam na to piwo, bo nie potrafię być chamsko szczera, żeby zwyczajnie uciec. A na tym piwie dowiedziałam się sporo... o polityce. Głównie o tym, że gościu chce zostać jakimś radnym czy innym kłamcą i złodziejem i do tego potrzebuje żony, bo polityk z żoną jest bardziej wiarygodny.. Rozumiecie, kolesia widzę pierwszy raz na oczy, a on będąc takim gołodupcem, że nie ma 20 zł na piwo ani nie umie sobie tego odpowiednio wcześniej zorganizować, prawie że mi się oświadcza.
Uciekłam po jednym piwie i więcej nie odpisałam...
Drugi aparat zabrał mnie na imprezę, a na miejscu poszedł SOBIE po piwo, nawet mnie o tym nie informując, żebym mogła iść z nim i też sobie kupić. Gdy wrócił, to zaczął mi opowiadać, że kobiety to materialistki i on woli już do burdelu iść, bo tam ma pewny seks, a tak nastawia się drinków, a efekt niepewny... Nie rozumiał totalnie czemu nie chciałam zostać jego dziewczyną.
Z ostatnim poszłam na piwo z nudów. Napisał, odpisałam.. Zdjęcie miał mocno nieciekawe i tylko jedno, ale zaprosił mnie na piwo, więc mając wizję samotnego wieczoru, poszłam. Bez większego entuzjazmu, bez nadziei, a wręcz z przekonaniem, że będzie następny materiał do ploty z przyjaciółkami..
Dziś mam z tym wariatem dwoje dzieci i uważam, że warto było czekać :)
Poznałam go jeszcze w gimnazjum, na urodzinach przyjaciółki. Wcześniej często go widywałam, ale nigdy nie miałam odwagi na rozpoczęcie bliższej znajomości. Później pojawiał się jeszcze na wielu imprezach moich bliższych i dalszych znajomych, a w końcu zawitał też w moim domu. Zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, zawsze był przy mnie, gdy go potrzebowałam. Pocieszał mnie, gdy oblewałam egzaminy, świętowałam z nim, gdy odnosiłam sukcesy. Był ze mną na ślubie kuzynki, na koncertach, na grillach ze znajomymi. Był przy mnie w dniu pogrzebu ojca. Był przy mnie zawsze, gdy dręczyły mnie lęki i bezsenność. Był przy mnie w dniu, gdy dowiedziałam się, że dziedziczę nieuleczalną chorobę. Był przy mnie, gdy raz na kilka miesięcy wracałam do rodzinnego miasta. Pocieszał mnie, gdy myślałam, że moje życie nie ma sensu, że nie ma nic, co byłoby warte zachodu. Przywitał mnie, gdy w środku zimy wróciłam ze szpitala o drugiej w nocy. Jest ze mną też teraz, gdy piszę to wyznanie. Ciężko mi wyobrazić sobie świat bez niego. Jest przy mnie zawsze wtedy, gdy życie staje się nie do przetrawienia.
Mój najlepszy przyjaciel. Alkohol.
Będąc w podstawówce, miałem bardzo dziewczęcą buźkę i chuderlawą budowę ciała. Jasna cera, wielkie błękitne oczka, jasnozłote kosmyki przydługich włosów. Ogólnie wynikało z tego wiele całkiem zabawnych sytuacji. Ale jednej nie zapomnę do końca życia.
Po dwóch tygodniach choroby zostałem poinformowany o przedstawieniu. Niestety, wszystkie role zostały już przydzielone, więc mogłem jedynie doglądać przygotowań. Nie powiem, trochę zasmuciło to moje młode serce, ponieważ bardzo lubiłem występować. Miałem dość dobrą pamięć, dlatego będąc jedynie obserwatorem, teksty aktorów same wchodziły mi do głowy. Nauczycielka wiedziała o tym, dlatego zaproponowała mi rolę dublera, gdyby coś się komuś stało. Zgodziłem się bez większego namysłu... Ba, los się do mnie uśmiechnął. Ktoś zachorował trzy dni przed występem. Szczęście, co?
No, nie do końca.
Główna rola, uśpionej księżniczki. Brzmi niezbyt zachęcająco, prawda? Ale co tam! Nie złamię obietnicy. Co prawda nauczycielka nie nalegała, ale nie mogę doprowadzić do nieudanego występu! Tak więc skończyłem w różowej sukience i doczepianym warkoczu, który idealnie wpasowywał się w kolor moich włosów.
Nie zraniło to mojej dumy, wbrew pozorom i śmiechom kolegów z klasy. Odegrałem rolę bezbłędnie, jak na swoje młode latka.
Sztuka była ciekawa, według zdania rodziców i mieszkańców naszej malutkiej wsi. Co dalej? Jedziemy do miasta na konkurs! Prawdziwa księżniczka zrezygnowała ze swojej roli, z powodu, którego aktualnie już nie pamiętam. Było to chyba związane z jej chwiejnym zdrowiem.
Wielka scena spowodowała napływ tremy, ale przedstawienie wyszło całkiem dobrze. Zaraz po nim, jeszcze nieprzebrany w normalne ubrania, udałem się w stronę łazienki. Po drodze zaczepił mnie jakiś chłopak, w wieku zbliżonym do mojego. Barczysty, typowy mięśniak i rozrabiaka. Zaczął mówić mi jakieś komplementy, co początkowo uznałem za żart. Przestraszyło mnie to, gdy wymyślał coraz bardziej kwieciste słowa. Stałem jak zamurowany, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa.
Co skończyło się tym, że mój pierwszy pocałunek przeżyłem z nieznanym mi chłopakiem, który zaraz po tym uciekł. Był to taki szok, że zaliczyłem "zwiechę" do końca dnia.
Bycie aktorem nagle mi zbrzydło, dlatego odmawiałem wszelakich ról. Nie powiedziałem o tym nikomu, choć z czasem stało się to dla mnie całkiem zabawne.
Szczególnie gdy poszedłem do gimnazjum, w którym spotkałem chłopaka, opowiadającego z dumą o swojej ukochanej spotkanej w czasie występów szkół. Liczył, że przyjdzie właśnie do tej szkoły.
Wtedy nie wyglądałem już tak dziewczęco, więc nigdy nie rozpoznał we mnie swojej "ukochanej". Chodziłem z nim do jednej klasy, ale mieliśmy obojętne stosunki względem siebie.
Nie powiedziałem mu o tym nigdy, mimo że czasami aż się sam o to prosił.
Mojej siostrze padło na głowę. Dosłownie. Ja już nie mam na nią siły, ręce opadają. Kasia ma 38 lat, mieszka z rodzicami jakieś 50 km ode mnie. Ja mam 29 lat, męża, pierwsze dziecko (mała ma 3 miesiące). Odkąd wyszłam za mąż, moją siostrę jakby sam szatan opętał. Próbuje mnie buntować przeciwko mężowi, a o każde słowo „nie” wybucha awantura. Ale od początku...
Gdy byłam nastolatką, a potem studentką, jeździłam z nią na wakacje, bo ona nie miała z kim (brak chłopaka i koleżanek), nawet w związku jeździłam z nią na 2-3 noce w góry albo nad morze, żeby nie była taka samotna. Jednak od wyjścia za mąż naprawdę nie mam czasu ani ochoty, by dotrzymywać jej towarzystwa, zwłaszcza że siostra ma bardzo trudny charakter i nie da się jej zadowolić. Pracuję na cały etat, mąż też, obydwoje mamy dla siebie tak mało czasu, że tydzień wakacji raz do roku chcielibyśmy spędzić sami z małą. Siostra tego nie rozumie i co roku jest płacz i awantura, że ona nie może z nami jechać.
Mojego męża wręcz nienawidzi. Za plecami nazywa go debilem. Ale do kogo dzwoni, gdy trzeba naprawić komputer albo ściągnąć jej aplikacje w telefonie? Do Areczka, oczywiście. Gdy obydwoje się zbuntowaliśmy, że nie będziemy jechać 50 km w jedną stronę, żeby ściągnąć jej Candy Crush, co było? Płacz i awantura.
Nie ma własnych znajomych i wszędzie próbuje się wcisnąć. Hitem było, jak stwierdziła, że ona pójdzie z nami na wesele do naszych znajomych, bo nie ma planów na weekend. Gdy odmówiłam, standardowo: płacz i awantura.
Od początku ciąży tłumaczyłam całej rodzinie, żeby małej nie całować w usta i ręce. Bałam się chorób, opryszczki itp. Wydawało mi się to rozsądne. Ostatnio jednak byliśmy u mojej mamy, patrzę, a siostra obcałowuje moje dziecko po twarzy, po rękach, w usta... Gdzie brało ja przeziębienie. Zwróciłam jej uwagę, żeby tak nie robiła, że nawet fajnie by było, jakby ten weekend małej nie nosiła, skoro jest chora. Co było? Płacz i awantura. Co się okazało dwa dni później? Że siostra ma covid.
Ostatnio zapytała mnie, czy mogę oddać jej swoje dziecko, bo ona nie ma, a by chciała...
Próbowałam rozmawiać z mamą, bo jej wieczne telefony do mnie z płaczem i pretensjami mnie po prostu wykańczają. Mama rozkłada ręce, sama jej tłumaczyła, że mam swoją rodzinę, swoje życie i nie będziemy już nigdy tak blisko jak wtedy, gdy byłyśmy dziećmi. Dla mnie siostra cofa się w rozwoju, serio. Miała więcej rozsądku 10 lat temu niż teraz. Obwiniam o to brak zajęcia, brak koleżanek, chłopaka. No ale sama jej nie przymuszę do znalezienia znajomych. Kiedyś miała aplikację randkową, to każdy był nie taki. Kilka lat temu startował do niej też fajny gościu: prawnik, niebrzydki, poukładany, nastawiony na rodzinę. Był płacz i awantura, bo on jest brzydki, ona brzydala nie chce. Jakby sama wyglądała jak Miss Polonia. Po prostu ręce opadają...
Bardzo fajnie jest słyszeć co jakiś czas od matki, że żałuje, że cię urodziła i poświęciła tobie całe swoje życie, starając się jak może, zamiast oddać cię do domu dziecka po rozwodzie.
Wielkie dzięki, „kochana” mamo.
Moja narzeczona pragnie mieć dziecko, ja zresztą też. Staramy się i staramy już ze dwa lata i nic. Wiem, że to może być moja wina, bo nasze współżycie ostatnio ogranicza się do 2-4 razy w miesiącu, ale problemem jest to, jak narzeczona się zachowuje. Codzienny płacz i dogadywanie w moją stronę to norma. Gdy to piszę, to jesteśmy pokłóceni, a ona zapłakana, bo nie jest w ciąży. Nie pamiętam dnia, kiedy ona była szczęśliwa. Tracimy życie i ja to wiem. Jednak jej przytyki i obwinianie mnie sprawiają, że odechciewa mi się zbliżeń, a i wspólna przyszłość nie rysuje się już kolorowo.
Historia miała miejsce kilka dni temu.
Wracam nad ranem z imprezy w bardzo dobrym humorze, ale nawalony jak Messerschmitt, w kieszeni tylko dwa papierosy, i to w pogniecionej paczce, portfel i telefon zostawiłem u koleżanki, więc tylko żółciaki w kieszeni, może łącznie ze 2 zł. Przemierzam tak ulice, aż tu nagle wyskakuje do mnie trzech gości, wydziarani, w kapturach, ogólnie widać było, że patologiczne typki. Jeden z nich powiedział coś w stylu „Wyskakuj z fantów, chyba że chcesz dostać kosę”, na co pijany ja parsknąłem śmiechem, włożyłem rękę do kieszeni i wyjmuję im monety o nominałach 1, 2, 5,10 groszy i rzucam tekstem, że tyle ile mam to nie starczy nawet na piwo, ale jak chcą, to mogę dać też fajki i wyjmuję pogniecioną już pakę. Oni maksymalnie zdezorientowani, chwila konsternacji, uśmiech pojawił się na ich twarzy (widocznie moja szczerość ich rozbawiła) i jeden z nich mówi: „Masz szluga, zajaraj ode mnie, zachowaj swoje, to na kaca jutro będziesz miał”. Zapaliłem z nimi i już miałem odchodzić, kiedy na domiar tego wszystkiego dał mi jeszcze 2 złote i mówi, żebym kupił sobie piwo i wypił za ich zdrowie. Nie chciałem wziąć, to powiedział: „Nie dygaj, my i tak zaraz kogoś skroimy”.
Morału nie ma, ale myślę, że niecodziennie spotyka się gości, którzy chcą cię okraść i grożą, a parę minut później opowiadają ci żarty, częstują papierosem i dają pieniądze. Można powiedzieć, że koniec końców to ja ich skroiłem.
Mam 26 lat. Od 4 lat żyję ze świadomością, że umieram.
Jestem nieuleczalnie chora. 4 lata temu lekarz powiedział, że zostało mi około 5 lat życia. Dla 22-latki to ogromny cios, bo byłam na studiach, a całe życie miałam mieć jeszcze przed sobą. Chciałam kiedyś gdzieś wyjechać, zobaczyć chociaż skrawek świata. Niestety w domu się nie przelewa, a mam jeszcze młodsze rodzeństwo. Postanowiłam wykorzystać życie na maxa przed śmiercią, rzuciłam studia.
Możecie się teraz zgorszyć i pomyśleć o mnie jak o najgorszych, ale szybki i duży zarobek miałam w filmach dla dorosłych (w wolnych chwilach dorabiałam jako kelnerka), oczywiście pod pseudonimem i odpowiednią charakteryzacją. Nie chciałabym, żeby rodzina wiedziała jak zarobiłam, no i nie chciałam, żeby w restauracji ktoś rozpoznał, że obsługuje go pornogwiazdka. Zarabiałam tak niewiele ponad rok. Odłożyłam sporą sumkę.
Wyruszyłam w podróż po świecie, moim pierwszym przystankiem były Indie, później Chiny, Mongolia, Japonia, Indonezja, Afryka, Włochy i Brazylia, skąd wracałam już podłączona do kroplówek. Przez trzy lata moich podróży moje siły słabły na zewnątrz, ale wewnątrz naładowałam swoje baterie. Dzisiaj piszę do was z domowego szpitala, łysa, wychudzona, karmiona przez rurkę, podłączona do aparatury, ale spełniona. Powoli umieram, ale nie umieram pusta. Niczego nie żałuję, nie żałuję, że grałam w filmach dla dorosłych... Za te pieniądze spełniłam swoje marzenia, a reszta jest odłożona dla mojej siostry, kiedy pójdzie na studia.
Żegnajcie.
Cześć, mam 24 lata i jestem twardym sqrwielem.
Mój wujek ma 40 parę lat, od dziecka jest niepełnosprawny. Właśnie zostały mu ostatnie chwile życia, a ja ryczę jak bóbr, bo wiem, ile ten chłopak przeżył i wycierpiał. Moja mama zrobiła wszystko, żeby przenieść go do najlepszych placówek, żeby chociaż umarł, nie będąc głodnym i nie cierpiąc tak, jak cierpiał przez całe swoje życie.
Nie potrafię normalnie funkcjonować z tą myślą i po prostu chciałem to z siebie wydusić.
Doceniaj własne życie, to że możesz normalnie pójść do pracy, na zakupy, załatwić potrzebę fizjologiczną.
Życie to dziwka. Ilu opitych meneli można spotkać pod sklepem, a człowiek, który przez całe swoje życie nikomu nie zrobił krzywdy, musi tak cierpieć, a taka łajza chla od rana do wieczora i nic mu nie jest…
Dodaj anonimowe wyznanie