#IV8aE

W dzieciństwie co roku jeździłam z mamą nad morze. Pewnego dnia urlopu mama źle się czuła i wysłała 12-letnią mnie do apteki z banknotem 100 zł po jakieś tabletki przeciwbólowe. W drodze zauważyłam grupę ludzi, którzy stali w kółku i się przekrzykiwali. Ciekawska ja podeszłam i zobaczyłam, że na samym środku stoi pan z trzema kubeczkami (na pewno każdy kojarzy tę zabawę, w której trzeba zgadnąć, w którym jest piłeczka). Jako nieco naiwna dziewczynka nie wiedziałam, że ten pan specjalnie wolno przesuwa kubki, aby zachęcić ludzi do zakładania się o większe sumy pieniędzy. Oczywiście podczas prezentacji za każdym razem odgadywałam gdzie jest kulka i postanowiłam powiększyć majątek mojej mamy o kolejne 100 zł. Dałam pieniądze, a tu o! Nagle facet dostał jakiegoś motorka w rękach i już kompletnie zgłupiałam. Wybrałam kubeczek po lewej... PUDŁO! Gotówka, za którą miałam kupić mamie leki, przepadła. Rozpłakałam się, bardzo. Kilkanaście par oczu na mnie spojrzało, po chwili jakiś pan wyciągnął z portfela swoje 100 zł i mi je podał: „Uciekaj stąd i już się w to nie baw”. Tak też zrobiłam.
Nikomu o tym nie powiedziałam. Wstyd mi, że jako dziecko byłam taka głupiutka i chciwa. Proszę, uważajcie na swoje dzieci, bo wiele jest takich zagrożeń i nie każda sytuacja może się tak skończyć jak moja.

#0JHtF

Kiedy miałam może z 6-7 lat, na polu niedaleko mojego domu wylądował helikopter (nie pamiętam z jakiej przyczyny, może awaryjnie). Bawiliśmy się z dzieciakami niedaleko i oczywiście dla nas było to wielkie łoooo. :D

Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale pobiegłam do domu po zeszyt i długopis, żeby wziąć od pilota autograf :D

#zf2f9

Mój ślub był katastrofą.

Tydzień przed ślubem sala odwołała nam termin – wypadek losowy po stronie sali. Musiałam kombinować coś na szybko albo przekładać, ale już raz przekładaliśmy, więc narzeczony się sprzeciwił, poza tym wszyscy mieli zaproszenia, było tak blisko. Nowa sala absolutnie nie spełniała moich wymagań, była to raczej przaśna restauracja, ale jedyna wolna w okolicy w tym terminie. Część rodziny i znajomych poprosiłam o zrozumienie, bo wyszło, że nie wszyscy goście zmieszczą się na nowej sali – obrazili się. Bliska mi osoba powiedziała, że nawymyślałam sobie pięknych ogrodów i girland, to teraz mam. W dzień ślubu lało. Rano kilku gości dało mi znać, że jednak ich nie będzie. Fryzjerka się rozchorowała, a druga nie potrafiła powtórzyć fryzury, którą chciałam. Goście, którzy przyszli tylko na uroczystość zaślubin do kościoła, ubrali ciuchy, w których ja bym poszła do parku z psem. Ktoś skrytykował moją suknię, mimo że była to jedyna rzecz na tym weselu, z której byłam zadowolona.
Nic z moich planów na piękne wesele się nie udało. Ostatni goście wyszli po 1:00 w nocy.

Minęło ponad 5 lat. Album ze zdjęciami otworzyłam tylko gdy przyszedł, od tamtej pory leży schowany z dala od moich oczu.

#aUMyt

Oddział Neurologii w Szpitalu Bielańskim. Wakacyjne praktyki pielęgniarskie po pierwszym roku studiów na kierunku lekarskim, kilkanaście lat temu, ja w fartuchu chemicznym, w którym byłem 20 lat wcześniej podczas ciąży mojej matki. 40 pacjentów na oddziale, każdemu zmierzyć temperaturę i ciśnienie i wpisać na taką kartę, która wisi z przodu łóżka. Ostatnia sala, pierwsza pacjentka, zmierzone. „Podprowadzi mnie pan do toalety” – prosi starsza pani. Toaleta wewnętrzna, w tej samej sali, czyli dosłownie dwa metry od łóżka. Babcia robi swoje, ja wpisuję pomiary na kartę, patrzę na PESEL XX0708XXXXX – dzisiaj ma urodziny! Pani otwiera drzwi, odprowadzam ją do łóżka, przy czym ona mi bardzo, bardzo dziękuje za pomoc. „Drobiazg. To z okazji urodzin” – palnąłem. Straszna głupota palnięta, a do tego pani wystraszona, jakby ducha zobaczyła: „Skąd pan wie?”. „Spojrzałem sobie na PESEL” – nie pocieszyło jej to, oczy tak samo szeroko otwarte. Koniec zadania, wszyscy pomierzeni, kolejne zadanie – zawieźć jakiegoś pacjenta na badanie w innym miejscu szpitala. Bierzemy łóżko w dwie osoby i jedziemy. Nie ma nas pół godziny. 
Wracam, patrzę – wszyscy pacjenci mają pozakrywane karty przy łóżkach. Zakryte prowizorycznie, takimi jakby miękkimi segregatorami, tak samo wpina się kartki, ale nie jest to bryła grubego segregatora, tylko okładka, nie wiem jak to się nazywa. Pytam, co się stało?. „Był jakiś rzecznik i kazał pozakrywać”. 
Od tamtej pory w całej Polsce karty przyłóżkowe są pozakrywane, już nie prowizorycznie, ale fabrycznie produkują takie ze zrobionymi od razu zakryciami. Do dziś nie wiem, czy to przeze mnie, czy sytuacja jak filmowego Franka Dolasa, co wystrzelił z karabinu 01.09.1939 i myślał, że rozpętał II wojnę światową.

#uMekL

Jestem brzydki. Mam krzywe zęby, wadę postawy, problemy z cerą, nadwagę, krzywe nogi, cienie pod oczami, cały tłuszcz zgromadzony na brzuchu, a ręce i nogi jak patyczki. Nie mogę uprawiać praktycznie żadnego sportu ze względu na chorobę płuc.
Chodzę na rehabilitację, do ortodonty, ubieram się dobrze, ale i tak nie podobam się żadnej dziewczynie. Nie jest to mój wymysł. Kiedyś np. mieliśmy grać ze znajomymi w butelkę na całowanie, ale musiałem wyjść do domu. Koleżanki, które myślały, że już wyszedłem z korytarza, zaczęły rozmawiać na mój temat. Cieszyły się, że już sobie poszedłem i żadna z nich mnie nie wylosuje. Usłyszałem, że całowanie się ze mną byłoby dla nich obrzydliwe i głupio byłoby im wymyślać jakieś wymówki. One się przy tym nie naśmiewały, mówiły to z pewną troską. Widać, że bały się co zrobić, żeby nie było głupio.
Zdarzyło mi się, że dziecko pokazało mnie palcem i powiedziało coś w stylu: „Mamo, zobacz, jaki brzydki pan”.
W szkole też byłem pośmiewiskiem ze względu na swój wygląd. Mam zdjęcie grupowe, gdzie jestem z 60 innymi osobami z koła naukowego i poprosiłem kiedyś anonimowo na pewnym forum, żeby ludzie wskazali najbardziej atrakcyjną i najmniej atrakcyjną osobę z tego zdjęcia. Oczywiście nie wiedzieli, że na nim jestem. Udawałem, że to ankieta na potrzeby pracy magisterskiej.
Prawie wszyscy wskazali mnie. Za wyjątkiem dwóch osób, które wskazały na kolegę z roku, który jest strasznie otyły i ma zdeformowaną w wyniku pożaru twarz.

Kiedyś to wypierałem i próbowałem jeszcze znaleźć sobie kogoś, ale po setkach wyjść do klubu, tysiącach godzin na portalach randkowych zakończonych zerowym zainteresowaniem poddałem się.
Najgorsza jednak jest samotność, z którą nic nie mogę zrobić.

#DzoHN

14 lutego zapowiadał się nudny wieczór z lampką mojego ulubionego wina, jednak ktoś zapukał do moich drzwi...! Kiedy wyszłam by zaprosić gościa do domu, zobaczyłam, że nikogo tam nie ma. Przyszło mi na myśl, żeby zajrzeć do skrzynki z listami. Wyciągnęłam plik listów, większość z nich było zaadresowanych do mojej ciotki, a kilka do wuja. Ku mojemu zdziwieniu jeden z listów był do mnie!! Z ciekawością otworzyłam go. Jak się okazało była to kartką walentynkowa, na której ktoś napisał: Hej! :) Jeśli chcesz spędzić miły wieczór z fajnym chłopakiem, który ma poczucie humoru, przyjdź do Inspiracji o 19. Będę czekać! :) X.
Była godzina 17, kiedy przeczytałam krótki liścik. Przez pół godziny zastanawiałam się – iść czy nie iść... Zdecydowałam, że pójdę, bo i tak nie mam nic lepszego do zrobienia. Punktualnie o umówionej godzinie byłam na miejscu. Zastałam tam stolik, wokół niego pełno róż i świeczek. Przy stoliku, ku mojemu zaskoczeniu, siedział chłopak, w którym jestem zauroczona od dawna! X był także zaskoczony i zapytał mnie, czy sama to wymyśliłam. Pomyślałam sobie, że to jakiś idiota! Najpierw zaprasza mnie na randkę, po czym mówi, że to był mój pomysł. Okazało się, że on dostał podobną kartkę! Od pani Y (czyli mnie).

Jak na końcu się okazało, był to pomysł mojej przyjaciółki i jego przyjaciela! Gdyby nie tamte walentynki, pewnie do dziś nie bylibyśmy szczęśliwą parą. Dbajmy o naszych przyjaciół :)

#GfZLS

Opowiem, jak to nie warto być dobrym i że karma wraca.

Ponad 7 lat temu poznałem dziewczynę w ciąży.
Miałem dobrą pracę (własna firma), własne mieszkanie i spore oszczędności.
Spotykaliśmy się coraz częściej, aż postanowiliśmy razem spędzić życie.
Wzięliśmy ślub jeszcze przed narodzinami dziecka. Pomimo że nie było one moje biologicznie, czułem się tak, jakby było moje w 100%, pokochałem ją i dziecko z całego serca. Kiedy się poznaliśmy, ona mieszkała z rodzicami i bratem w małym 2-pokojowym mieszkaniu. Jako że ja posiadałem mieszkanie 2-pokojowe (salon i sypialnia), postanowiłem, że mieszkanie sprzedam i przy pomocy oszczędności wybudujemy dom.

Gdy urodził "mi" się syn, zwariowałem na jego punkcie. Dałem mu nawet swoje nazwisko, a rodzinie i znajomym powiedziałem, że to moje. Wyobraźcie sobie teraz sytuację, że nie minęło nawet pół roku od wybudowania domu, a rok od porodu, jak ona wniosła o rozwód z mojej winy, o czym dowiedziałem się za pośrednictwem poczty, mimo że nadal razem mieszkaliśmy. Pomijając wszystko, rozprawa zakończyła się podziałem majątku (mimo że udowodniłem, że wszelkie środki na wybudowanie domu posiadałem jeszcze przed ślubem), dostałem prawie 1,5 tys. złotych alimentów.

Wynająłem detektywów. Okazało się, że wróciła do biologicznego ojca dziecka - to był prawdziwy cios w serce. Uznałem, że tak się bawić nie będziemy i za pośrednictwem testów DNA założyłem sprawę o usunięcie mnie z aktu jako ojca, wstrzymanie jak i zwrot alimentów za tamten okres czasu. Wyobraźcie sobie, że mimo ponownych testów zleconych przez sąd i potwierdzeniu mojej wersji, zostałem zobowiązany do dalszego płacenia alimentów. Coraz bardziej stawałem się wrakiem człowieka. Firma dzięki byłej żonie upadła, dom został sprzedany. Pieniądze ze sprzedaży "mojej" części domu poszły na alimenty i kolejne rozprawy, które ciągle przegrywałem. Nie miałem pracy, z czasem brakło pieniędzy całkowicie. Pewnej nocy poszedłem do baru i porządnie się opiłem, w drodze do wynajętego mieszkania przewróciłem się i uderzając w coś straciłem przytomność. Ocuciła mnie kobieta. Jak się później okazało - sąsiadka. Zaczęliśmy się spotykać na kawę, później zostaliśmy przyjaciółmi. Pomogła mi się podnieść, znaleźć pracę. W końcu zostaliśmy parą.

Dzisiaj jestem szczęśliwym człowiekiem.
Wygrałem w końcu rozprawę, ponownie założyłem firmę, która na chwilę obecną, dorobiła się kilku filii. Wybudowałem kolejny dom i żyję z moją ukochaną, która wspiera mnie do dziś, wraz z naszymi małymi pociechami.

A ona? Z relacji znajomego wiem, że mieszka znów u rodziców, bo facet zostawił ją zaraz jak skończyły się pieniądze. Tak że no... Karma wraca.

#3jf86

Mam bardzo ciężką anemię. Z tego powodu często choruję i jestem dosyć słaba.

Pewnego razu wsiadłam do autobusu, którym miałam pojechać na badania, i pojawił się problem z zamknięciem drzwi. Nie zatrzasnęły się dobrze, więc kierowca kazał mi je otworzyć i zamknąć jeszcze raz. Niestety nie mogłam włożyć w to dostatecznie dużo siły, więc sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie. Kierowca w końcu ruszył swój szanowny zadek i wstał z siedzenia. Odepchnął mnie, przez co prawie się przewróciłam i zamykając drzwi rzucił (dostatecznie głośno, aby wypełniony po brzegi autobus usłyszał): „Ku*wa, dziecko, szkoda, że do szkoły chodzisz, a nawet drzwi nikt cię nie nauczył zamykać!”. Ludzie zaczęli chichotać, ja zrobiłam się czerwona i zastanawiałam się nad tym, czy po prostu nie wysiąść. Wtedy jakiś starszy pan, siedzący gdzieś na końcu autobusu, wstał, ustępując mi miejsca, i podszedł do kierowcy: „Pan może i chodził, ale jak widać, kultury to pan się tam nie nauczył”. Po czym wrócił do mnie, mrucząc pod nosem obelgi w temacie kompetencji kierowcy. Kazał zostać na miejscu i poczęstował mnie czekoladą. Potem wysiadł ze mną na przystanku i jak się okazało, również szedł do przychodni. Trochę rozmawialiśmy w drodze, a na miejscu podziękowałam mu i się rozstaliśmy.

Kiedy zostałam poproszona do gabinetu, okazało się, że jest moim nowym lekarzem.
I że ma uczulenie na znieczulicę społeczną :)

#2lcjG

Boję się swojej mamy. Mam 18 lat i boję się cokolwiek zrobić lub odezwać, bo od razu jest awantura. Cokolwiek zrobię, jest źle. Źle myję podłogę, źle wycieram kurze, nawet jeśli robię coś pierwszy raz, mama nie wytłumaczy mi jak mam to zrobić, a ja o to nie zapytam, bo od razu awantura. Jeśli mama coś źle zrobi, to jest OK. Od małego boję się wychodzić z domu nawet jeśli mama mi pozwoli, bo boję się awantury po powrocie. Wolę siedzieć cały dzień sama niż z nią. Nigdy mnie nie pochwaliła nawet za najlepiej zdane egzaminy itd. Mam chore serce (choroba nerwowa) i wydaje mi się, że to przez ciągły stres od małego. 
Dziś już nie wytrzymałam, gdy po moim pytaniu, czy umyć wszystkie podłogi, zrobiła się taka awantura, że serce boli mnie od kilku godzin, nie mogłam oddychać i drętwiały mi ręce i twarz. Podjęłam decyzję o rzuceniu szkoły, pójściu do pracy i wyprowadzeniu się od niej.
Niestety nie mam rodziny, która by mi pomogła, a ojciec od 7 lat się ze mną nie kontaktował.
O tym jaka jest naprawdę wiecie tylko ja i wy, bo dla innych to wzorowa matka.

#TvwtJ

Gdy byłam dzieckiem, chciałam zostać kierowcą tirów. Myślałam, że damska wersja kierowcy nazywa się tirówka... Wyobraźcie sobie 8-letnie dziecko chodzące i mówiące, że zostanie tirówką. Niby śmieszne, ale dopiero w wieku 14 lat dowiedziałam się, kto to jest tirówka.

Minęło już 10 lat, a rodzina dalej się śmieje się z tego i pytają, czy zostałam tirówką...
Dodaj anonimowe wyznanie