#aiNEa

Sytuacja zaczęła się około 12 lat temu. Jako ambitnej nastolatce zależało mi na swoich pieniądzach. Nie miałam w zasadzie przeszkód w zarabianiu, ponieważ mój dziadek miał hotel w górach. Pracy zawsze było dużo – sprzątanie pokoi czy obsługa restauracji. Jednak pojawiało się jedno wielkie utrudnienie. Bogaci i rozpieszczeni kuzyni, którzy tam mieszkali. Zawsze bardzo mi przeszkadzali i utrudniali pracę, a oprócz tego bardzo mi ubliżali ze względu na mój gorszy stan materialny. Dziadek nie reagował zbyt mocno – poklepywał mnie po ramieniu i mówił: „Bądź silna”.
Jak wyjechałam na studia do Warszawy, to przestałam pracować w hotelu, ale utrzymywałam (telefoniczny) kontakt z dziadkiem. Po jakimś czasie przestał się odzywać. Nie odbierał ani nie oddzwaniał. Po kilku tygodniach pojechałam do Karpacza. Zobaczyłam dziadka bladego, głodnego i bez siły, leżącego w łóżku bez szklanki wody obok siebie. Dramat. Poszłam do kuzynów do pokoju OBOK – obłożeni najnowszymi nowinkami technologii, nie przeszło im nawet przez myśl, żeby pomóc dziadkowi. Jak zawiozłam dziadka do lekarza, okazało się, że jest za późno... Po kilku dniach niestety umarł.

Kilka miesięcy po pogrzebie, dostałam list od prawnika dziadka. Dostałam hotel w spadku.
Tak, mieszkam w Karpaczu.
Tak, moi kuzyni pracują u mnie na pokojach i płacą mi za wynajem mieszkania. I już od kilku lat nie mają prawa powiedzieć do mnie złego słowa, bo grozi im dyscyplinarka.

#AULt5

Mam problem. Ze sobą. Jakiś czas temu wykryto u mnie chorobę. Niby nic poważnego, ale dziadostwo jest dość odporne na leki. Jedyne leki, które choć trochę mi pomagają, sprawiają jednocześnie, że czuję się źle. Ciągle wymiotuję, mam biegunki, mdłości. Dodatkowo w ciągu roku utyłam 20 kilo (przed wykryciem choroby). Nienawidzę tego, że jeszcze dwa, trzy lata wbiegałam po schodach, a dziś dostaję zadyszki od wejścia na drugie piętro. Dodatkowo lekarz zabronił mi uprawiania większości sportów, które uprawiałam wcześniej, bo są zbyt obciążające dla organizmu. I tak sobie chudnę pół kilo na miesiąc, wymiotuję i trenuję pływanie i spacery. Brakuje mi tych ciężkich treningów, które kształtowały moje ciało. Czuję się kompletnie nieatrakcyjna i bezsilna. I zaczynam nienawidzić siebie i mojej słabości.

#0ckOo

Wracając do domu autobusem po pracy, mimowolnie usłyszałam rozmowę dzieci z przedszkola, tak na oko 4-, 5-letnich. Zawzięcie kłóciły się o nazwę przystanku, na którym wysiadają – czy jest to Plebicka, czy Chlebicka.

Wyobraźcie sobie ich zdziwienie i rozczarowanie, gdy żadne z nich nie miało racji i w autobusie rozbrzmiało: „Lechicka” :D

#WZksp

Mieszkam za granicą od kilku lat. Generalnie już się tu zadomowiłam, mam fajną pracę, znalazłam przyjaciół, dobrze mi tu. Jakiś czas temu moja przyjaciółka z czasów szkolnych zagadała, że też się zastanawia nad wyjazdem, więc oczywiście zaproponowałam, że jej pomogę. Na początek przyjechała do mnie. Pokazałam jej miasto, zaprowadziłam do agencji pracy, no i zapoznałam z moimi przyjaciółmi. Jeszcze zanim przyjechała, dużo im o niej opowiadałam, zależało mi, żeby się dobrze czuła za granicą. Później zabierałam ją na wszystkie nasze spotkania i starałam się robić wszystko, żeby nie czuła się odrzucona i żeby moi przyjaciele ją polubili i zaakceptowali w naszej paczce. Gdy już znalazła pracę i zaczęła zarabiać, pomogłam jej też znaleźć pokój do wynajęcia.
No i cóż, minęły trzy miesiące, a ja się dowiedziałam, że polubili ją, i to bardzo. Teraz mają swoją własną grupę na WhatsApp – beze mnie, spotykają się – beze mnie, jeżdżą na wycieczki – beze mnie. Po prostu świetnie się bawią. Beze mnie. Właściwie dowiedziałam się przypadkiem, tuż przed świętami. Spotkałam ich na Christmas Market w naszym mieście. Wcześniej pisałam do wszystkich, czy się ktoś wybiera, ale nikt nie miał czasu, więc poszłam sobie sama. A oni siedzieli tam, popijali grzane wino i śmiali się w najlepsze. Oczywiście zapytałam ich wszystkich, dlaczego nic mi nie powiedzieli. Stwierdzili, że jakoś tak wyszło.

Wygląda na to, że nie mam już przyjaciół.

#IhOxs

Zacznę od tego, że od zawsze niezwykle żal mi było niepełnosprawnych dzieci. Pomagam jak mogę wszelkim fundacjom, choć na wiele mnie nie stać. Parę(dziesiąt) lat temu urodziłam niepełnosprawnego synka – skazany był na wózek. Z racji, że wtedy technologia nie była tak do przodu, choroba ujawniła się dopiero po porodzie. Od tamtego czasu płakałam bez przerwy. Nie mogłam się pogodzić z tym, że mój syn jest inny, nigdy nie będzie mógł biegać...

Rok temu doszła do mnie wiadomość, że pewna fundacja zdobyła wystarczająco dużo pieniędzy na skomplikowaną operację mojego synka i rehabilitację.

Dwa słowa: kocham Was.

#jsJDu

Trzy lata temu byłam w klasie maturalnej i jak większość rówieśników nie mogłam się zdecydować na to, co chcę robić w przyszłości. Postanowiłam więc wybrać się na dni otwarte jednej z pobliskich uczelni. Rozmawiałam tam z ludźmi studiującymi prawo i szczęśliwa, że odkryłam swoje powołanie, zmierzałam do wyjścia. Wtedy to zaczepił mnie student, proponując wzięcie udziału w wykładzie o języku chorwackim. Kompletnie nie interesował mnie ten temat, ale zauroczona chłopakiem i przekonana, że to on będzie prowadził ten wykład, zgodziłam się bez wahania. Wykład prowadził jednak jakiś starszy profesor i myślałam tylko o tym, jak się szybko zmyć.
Rok później faktycznie dostałam się na prawo i zamieszkałam w akademiku z nieznajoma dziewczyną. Kiedyś odwiedził nas jej brat... którym był właśnie chłopak od chorwackiego. Nie mogłam uwierzyć, że znowu go spotkałam, i to w takich okolicznościach. Później dowiedziałam się, że wcale nie studiuje chorwackiego, a zaprosił mnie na wykłady, bo nie miał innego pomysłu, jak do mnie zagadać, a bardzo mu się spodobałam.
Oryginalny podryw na chorwacki zadziałał, bo rok temu mi się oświadczył... Zresztą właśnie w Chorwacji :)

#l7CTB

Męczy mnie rola tej złej. Mój mąż to bardzo ciepły, kochany człowiek. To ten typ, który zawsze pomoże, nawet kosztem siebie. Nigdy nie odmówi, nawet jeśli osoba, której wyświadcza uprzejmość, nie docenia jego pomocy. Innymi słowy: daje sobie wchodzić na głowę. Nasze dzieci też sobie z nim robią co chcą, niby go słuchają, ale kiedy są problemy, to ja jestem tym złym policjantem. Dlatego wśród znajomych i rodziny to ja uchodzę za tę złą, bo jako jedyna w naszej rodzinie jestem od stawiania granic. Kiedy mąż komuś pomagał, notorycznie sam zaczynał marudzić, że nie ma czasu już albo ktoś go wykorzystuje – i wtedy na scenę wchodziłam ja, mówiąc grzecznie, że nie mamy czasu, już dość tego itp. Kiedy jeszcze przed ślubem rodzina próbowała jakoś nami rządzić, układać życie, to też ja musiałam zdusić takie pragnienia w zarodku i grzecznie zwracać uwagę, że nie chcemy ani nie potrzebujemy cudzych rad. To dlatego to ja jestem uważana za tę problemową i wredną. Rodzina jest wobec mnie miła, ale wiem, że swoje sobie tam myślą i zapraszają nas wszędzie ze względu na mojego męża. Bo on taki dobry, pomocny, jak ktoś mu w twarz napluje, to pomyśli, że deszcz pada.

Znam swoją rolę w związku i wiem, że muszę taka być, inaczej część osób weszłaby nam na głowę. Zwłaszcza że z mężem dobrze się nam powodzi i wielokrotnie pożyczaliśmy pieniądze rodzinie na wieczne oddanie. I ja mam zasadę, że jak ktoś mnie raz oszukał, nie oddał pieniędzy, to też więcej nie pożyczę. A mąż to by oddał komuś ostatnią złotówkę i jeszcze nie domagałby się zwrotu.

Dzieci też wiedzą, że mąż zrobi dla nich wszystko i zręcznie to wykorzystują. Mąż już się nauczył, że w kwestiach zarządzania mają dzwonić do mnie. Przez to też jestem tym gorszym rodzicem, co psuje zabawę, bo nie pozwolę jechać mojej 16-letniej córce na imprezę 50 km dalej.

Męczy mnie to już, choć nie mogę wyjść ze swojej roli. Czuje się, jakbym była jedyną dorosłą osobą w domu. Nie chcę być wiecznie tą złą. Pocieszam się, że jak dzieci pójdą na studia, moja władza rodzicielska będzie mocno ograniczona i wtedy będę mogła sobie pozwolić na bycie „spoko mamą”. Jednak boję się, że to będzie już za późno i dzieci na zawsze będą miały mój obraz w głowie jako tej, która wiecznie się o coś czepiała, nie pozwalała na coś lub wymagała. I nie zrozumcie mnie źle, nie miałam wobec nich jakichś wygórowanych oczekiwań, ale pomimo tego wielokrotnie musiałam im zabronić czegoś, co bardzo chciały, a było niebezpieczne lub bardzo drogie.

#ud2qW

Pracowałam kiedyś jako manager w firmie, która miała kilka lokalizacji. Większość moich współpracowników była płci męskiej. Większość z nich to panowie, z którymi można było konie kraść i iść na koniec świata. Miałam naprawdę zgrany zespół. Czasem odwiedzał nas kierownik regionalny, z nim również mieliśmy dobre relacje. Traktowałam go tak samo jak pozostałych kolegów. Nie wyróżniałam go i nie dałam mu odczuć, że mi się podoba, wręcz przeciwnie, nie był w moim typie. Po prostu odpowiadało mi towarzystwo zdominowane przez płeć przeciwną, ale miałam również dwie koleżanki. 
Dostaliśmy zaproszenie na imprezę firmową, która odbyła się w mieście kierownika regionalnego. Przysłał mi wiadomość w stylu „skoro przyjedziesz, to oczywiście, że będę”. Potraktowałam to jako komplement. Zorganizowaliśmy busika i pojechaliśmy. Niestety ja następnego dnia musiałam od siódmej rano być już w pracy. Z wyżej wspomnianym kolegą wypiliśmy po drinku razem, przyznaję, miło się rozmawiało... ale zupełnie tak samo miło jak z innymi kolegami. Wybiła północ i zbieraliśmy się do naszego miasta, gdy kolega kierownik regionalny wybełkotał do mnie: „Tooooo nie jedziesz do mnie?”. Nawet gdybym chciała, gdyby była taka możliwość, gdyby dał mi znać, że czegoś oczekuje ode mnie... to nie mogłam. 
Obraził się zarówno na mnie, jak i na moich współpracowników i usilnie starał się utrudniać nam pracę.
Dodaj anonimowe wyznanie