Pomimo że mam 33 lata, to życie zdążyło już wykończyć mnie psychicznie, a zdrowie też się popsuło.
Żyję z dnia na dzień, bez większych planów na przyszłość. Ciągle jestem o coś bezpodstawnie oskarżany, gnębiony, nękany. Nikt nie chce mi pomóc. Sam muszę udowadniać swoją niewinność.
Mam już dosyć. Nie wiem co dalej będzie, nie widzę w niczym sensu.
Jedyną osobą, która trzyma mnie przy życiu, jest wspaniała córeczka, którą bardzo kocham. Niestety bezpodstawnie mam ograniczone do niej prawa.
Nie proponujcie mi psychologów ani psychiatrów, bo tam już byłem. Wiem, jak oni działają – leczą potęga podświadomości. Albo przepisują jakieś leki. Już z tego korzystałem.
Bardziej by mi pomógł zwykły człowiek, zwykła rozmowa, bratnia dusza...
Jak długo jeszcze wytrzymam... Nie wiem.
Jak byłam mała, to przyłapałam przypadkiem rodziców w łóżku. Żadnej traumy z tego powodu nie miałam, ale przez długi czas myślałam, że ja też będę to z nim robić, jak trochę dorosnę. Przecież skoro tata kocha mamę, a mama tatę i to robią, a ja też kocham tatę, a on kocha mnie, to też będziemy to robić...
Mieszkam ze swoim narzeczonym. Czasem bywało źle, czasem dobrze, ale był dla mnie wszystkim. W tych dobrych chwilach także. Zawsze nierozłączni, kochający się, słodcy. Wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko... nie komputer. Ale nie praca przy nim, tylko gry.
Nasza relacja przez ostatni rok ograniczyła się do słów „cześć” i „zaraz”. Częściej rozmawiamy przez messengera, gdy jestem w pracy, niż w normalnym świecie. Budzę się – widzę go przy ekranie. Idę sprzątać, gotować, idę do pracy lub z niej wracam czy idę spać – komputer. Nie ma tu żadnego naciągania. Czasem myślę, że rozmawia więcej z innymi ludźmi w grach niż ze mną. Śmieje się przy nich, a przy mnie nie. Trochę mnie to boli. Aczkolwiek stawałam się coraz bardziej obojętna.
Dziś spakowałam rzeczy. Po roku prób. Nie mogę tak dalej wytrzymać. Czuję, że rozmawiam ze ścianą. Usunęłam wszelkie konta z portali społecznościowych, zniknęłam z wirtualnego świata w większej mierze, zmieniłam numer.
Może kochanie to czytasz, czasem odwiedzasz tę stronę. Normalnie pewnie byś mnie nie słyszał. Zastanawiam się, czy wyjść rano, gdy będziesz spał, chociaż rzadko o tej porze śpisz. Pewnie i tak nie zauważysz...
Kiedy byłam mała, kochałam wszelkiego rodzaju rośliny.
Gdy rodzice zgadzali się kupić mi kolejną roślinę do mojej kolekcji na parapecie, zawsze upierałam się przy wyborze najmniejszej i najbardziej chorej, żeby ją wyleczyć i zapewnić w przyszłości godne życie.
Byłam zdolną uczennicą i matury poszły mi wspaniale, ale jedna, ustna z polskiego, wypadła koszmarnie. Stres spowodował atak paniki, zdałam minimalnie, a potem byłam w szoku, zaskoczona i sfrustrowana własną indolencją i z uczuciem fuksa, że mimo to się udało. Wróciłam do domu, warknęłam do mamy „Nawet nie pytaj”, rzuciłam torebką i szpilkami i uciekłam do salonu. Położyłam się w fotelu i wywaliłam zmęczone nogi na stół. Wtedy weszła moja mama, nic nie powiedziała, wręczyła mi kieliszek wina i wyszła.
To było 10 lat temu. Ostatnio z okazji Dnia Matki przypomniałam jej to zdarzenie i podziękowałam, że zrobiła najlepszą rzecz, jakiej wtedy potrzebowałam.
Co roku w jej święto opowiadam jej jakąś drobną sytuację, której bardzo często ona wcale nie pamięta, ale która wg mnie świadczy o tym, jaką jest wspaniałą mamą. To dla niej zawsze zaskakujące i sympatyczne.
Wcale nierzadko zastanawiałam się, czy nie mam problemu z alkoholem. Piłam średnio butelkę wina/kilka piw na tydzień. Mocny alkohol raczej przy okazjach typu impreza, urodziny.
Czasem nawet chciałam ograniczyć spożycie, ale przychodził dzień wolny, jakiś wieczór przy pizzy – to przecież świetna okazja na jakieś piwko... Stresujący dzień? Zasłużyłam na kieliszek wina lub może dwa.
Gdy zaszłam w ciążę, bardzo bałam się, czy uda mi się wytrwać w trzeźwości. I wiecie co? Udało się. Jestem już na końcówce i ani razu nie wypiłam nawet kropli.
Jedynym powodem, który mnie realnie zniechęcał, było to, że jako nastolatka byłam wolontariuszką w domu dziecka i napatrzyłam się wystarczająco na dzieci z FAS-em. Bardzo nie chciałabym mieć dziecka z tą przypadłością, bo widziałam, z czym się wiąże. Nie chciałabym później cierpieć razem z dzieckiem...
Ten strach pozwolił mi wytrwać w trzeźwości! Oczywiście znajomym nie powiem, że nie wynika to czysto z troski o dobro mojego dziecka i że czasem naprawdę tęskniłam za kieliszkiem dobrego winka...
Wyobraź sobie, że idziesz za rękę ze swoim mężem i dzieckiem w wózku i widzisz swojego byłego, z którym rozstałaś się 6 lat temu, a któremu poświęciłaś 8 lat życia. Poświęciłaś dlatego, że nic dzięki temu nie zyskałaś, zmarnowałaś tylko czas na faceta, który wolał kolegów od ciebie, bywał wobec ciebie chamski, rzucał ci kłody pod nogi, zamiast wspierać. Z facetem, który nie przyszedł na urodziny twojej mamy, bo zwyczajnie mu się nie chciało. Z facetem, który traktował cię tak, jakbyś była stałym elementem jego życia. Widzisz go, jest przepity po wczorajszej nocy, nieogolony, w podartej bluzie. Uśmiechasz się do niego, przystajesz, przedstawiasz mu męża, chwalisz się dzieckiem oraz tym, że przyjechaliście na małą pipidówę na weekend, żeby odwiedzić twoich rodziców. Zachowujesz się normalnie, przyjaźnie, jakbyś wcale nie żałowała straconych lat, tylko stęskniła się za starym kumplem. Twój mąż wydaje się być sympatyczny, wygląda dużo lepiej od twojego byłego, jest w eleganckiej koszuli i beżowym płaszczu. Dziecko zaczyna płakać, więc rozchodzicie się, obiecując sobie, że na pewno umówicie się na kawę.
Nie wiem, czy się domyśliliście, ale tym byłym jestem ja. To ja olałem miłość swojego życia, kobietę, która chciała ze mnie zrobić przystojnego pana w kremowym płaszczu, która kochała mnie i znosiła do pewnego czasu wszystkie moje chore akcje. Kiedy ja wolałem balować razem z kumplami, ona uczyła się na studia. Kiedy ja grałem w gry, ona jeździła do rodziny i odwiedzała przyjaciół. Odwiedzała na kawę, a nie po to, żeby chlać do nieprzytomności.
Kumple się ożenili, wyglądają jak mąż mojej byłej, a ja ciągle wyglądam jak szczyl w dziurawej bluzie. Koledzy nie mają już czasu. Mają rodziny, kariery, kredyty i poukładane życie. A ja ciągle w tym samym miejscu. Z pracą za najniższą krajową, bez pasji, mieszkając kątem u mamy, bo przecież mnie nie wyrzuci. I dzisiaj dopiero tak naprawdę do mnie dotarło, że wstydzę się tego, kim się stałem. Gdy ją zobaczyłem, miałem ochotę uciec, zapaść się pod ziemię. Było mi wstyd, tak strasznie wstyd, że ogląda mnie takim. Nienawidzę siebie.
Nie mam kogo zaprosić na ślub.
Planujemy z narzeczonym wziąć ślub za 2 lata. Problem w tym, że nigdy nie umiałam zawierać relacji. Nawet jeśli początek zaczynał się dobrze, w końcu coś palnęłam albo zrobiłam i... samoistnie relacja się urywała. O ile nie przepadam o tym mówić, w tej historii to dość istotne – mam ASD (Aspergera). To powoduje, że nie czuję się komfortowo, poznając kogoś, a przede wszystkim utrwalając poznane znajomości. Nie wiem, jak to się robi. A brutalna prawda jest taka, że albo wyjdziesz z inicjatywą, albo nikt się do ciebie nie odzywa. Nie udało mi się na studiach nikogo poznać. Pewnie głównie z mojej winy, ale ja nie o tym.
Stresuje mnie sama myśl o ślubie z jednego powodu. Gdy powiedziałam mojej znajomej o zaręczynach, spytała się sarkastycznie, czy będzie jedyna na tym weselu (widzimy się raz na ruski rok, trochę piszemy, kontakt się lekko urwał po liceum). Zaśmiałam się i zmieniłam temat. Ale od tej pory faktycznie zaczęłam się martwić. Nie mam nikogo, kto mógłby być moją druhną. Pierwotnie planowałam ją poprosić, skoro znamy się od... 5 lat? Jakoś tak. Ale po tym żarcie już sama nie wiem. Może przesadzam? Mój narzeczony to z kolei całkowite moje przeciwieństwo; multum znajomych, dusza towarzystwa. Wstępnie wygląda to tak, że z mojej strony będzie tylko rodzina i ta koleżanka.
Zazwyczaj nie potrzebuję innych, dobrze mi w „swoim świecie”. Ale jak tylko myślę o tym, że nie mam z kim zrobić wieczoru panieńskiego, nie będę miała zdjęć z druhnami... jest mi przykro. Uderzają wtedy wszystkie kompleksy naraz. Że nigdy nie będę na tyle ciekawa i „normalna”, aby udało mi się zdobyć relację na dłużej. I że na starość będę sama. Nie dlatego, że wszyscy są źli. To będzie tylko i wyłącznie moja wina.
Uwaga, jedzący anonimowi! Odłóżcie to, co teraz konsumujecie albo omińcie to wyznanie. Historia o kupie i dupie.
Pamiętam, jak od małego miałam problemy z zatwardzeniem. Pewnego dnia klocek zrobił się tak wielki, że nie mogłam wydalić go swoim małym dupalem. Mama podawała chyba już wszystko na zaparcia, nawet lewatywę robiła i nadal nic. No to tata wpadł na mądry pomysł i zaczął mi wyciągać to gówno siłą... ręką. Bądź co bądź kupa wyszła, a moje dupsko chyba ma nadal traumę. Ciekawe, czy tata to jeszcze pamięta.
Między mną a moją najmłodszą siostrą jest 15 lat różnicy. Jakoś tak naturalnie wyszło, że dość mocno jej matkowałam (mama po porodzie szybko wróciła do pracy, a ja miałam już doświadczenie w karmieniu, przewijaniu czy myciu niemowlaka), jednak siostra zawsze wiedziała, kto jest jej rodzicem i że ja jestem tylko siostrą.
Gdy miała 5 lat, była przeziębiona, nie chciała iść do przedszkola i uparła się, że pójdzie ze mną do „mojej szkoły”. Zgodziłam się, bo w końcu studiowałam pedagogikę, tego dnia miałam tylko dwa wykłady i myślałam, że jakoś „przemycę” dzieciaka, a nawet gdyby ktoś się kapnął, to przecież na takim kierunku studiów nie powinien się przyczepić. Przed wykładem zainstalowałam Młodą pod ławką, zaopatrzyłam w kredki, kolorowanki i plastelinę i miałam nadzieję, że jakoś wytrzyma, nie ujawniając się. Dodatkowo poinstruowałam, że gdyby nauczyciel pytał ją, z kim przyszła, to ma powiedzieć, że nie powie, nie może powiedzieć itp.
Pierwszym wykładem była filozofia, wykładowca tak dużo i szybko gadał, że skupiłam się na notowaniu, tylko co pewien czas zerkając pod ławkę i na profesora. W pewnym momencie zbladłam, bo zobaczyłam, że Młoda siedzi profesorowi na kolanach. W trakcie wykładu przeczołgała się spod ostatniej ławki do biurka profesora i wdrapała mu się na kolana. Wykładowca był tak zaangażowany w wykład, że niemal mechanicznie poprawił dzieciaka na kolanach i bez zająknięcia mówił nam dalej o tajnikach filozofii. Młoda grzecznie siedziała do przerwy, a potem wykładowca „obudził się”, zrobił zdziwioną minę i zaczął wypytywać, z kim przyszła, prosić, by wskazała, a Młoda dzielnie odpowiadała, że nie powie, nie może pokazać, że „ma zakazane”. Wykładowców mieliśmy inteligentnych, więc facet zapytał: „A jak masz na nazwisko?”, na co Młoda: „No oczywiście, że Kowalska”. W odpowiedzi padło tylko: „Pani Aniu, dziecko do odebrania”.
Następy wykład minął lepiej, a po nim poszłam zobaczyć coś na tablicy pod dziekanatem i tu kompletna porażka. Czytam ogłoszenia, Młoda obok mnie stoi i nagle otwierają się drzwi i wypływa Pani Dziekan w całej okazałości swoich ponad 100 kg. Patrzy na mnie, na Młodą, jeszcze raz na mnie (podobieństwa nie da się zaprzeczyć) i słodkim głosem mówi:
– Ojej, jaką ma pani piękną córeczkę!
– To nie córeczka, to siostra – odpowiadam równie słodkim głosem.
Młoda patrzy się na mnie, robi oczy kota ze Shreka i ze łzami w oczach mówi:
– Mamusiu, ale dlaczego tak mówisz?
Myślałam, że zabiję, wyszłam na niewdzięcznego, zakłamanego przyszłego pedagoga, który nie przyznaje się do własnego dziecka. Pani Dziekan do końca studiów krzywo na mnie patrzyła i serio zastanawiałam się nad tym, czy mam szanse na obronę magisterki.
Nie wiem skąd się to wzięło Młodej, ale miałam ochotę ją utopić w uczelnianym kiblu.
Dodaj anonimowe wyznanie