#Vqblb

Ostatnio sprzedawałem samochód. Niedrogo, za 6500 zł. Napisał do mnie jakiś gościu, że czemu tak drogo, bo on widzi ogłoszenia po 4000 zł z autami w lepszym stanie. Na koniec powiedział, że on to moje auto kupi, ale za 5500 zł. Pytam więc, czemu sobie nie kupi któregoś z tych za 4000 zł, skoro są lepsze. A on na to, że za 6500 zł to ja nie sprzedam i on się o mnie martwi.
Nie powiem, zrobił mi dzień :)

#RRJPu

Jestem kosmetologiem z 10-letnim doświadczeniem. Od początku mojej kariery zawodowej trafiałam na same beznadziejne gabinety i sądząc po barwnych opisach moich koleżanek po fachu, to 99% gabinetów działa podobnie.
Opiszę kilka przykładów jako może przestrogę dla młodych osób, które chciałyby wiązać przyszłość z prężnie rozwijającą się branżą beauty.

1. Oszukiwanie klientów i współpracowników na wszystkim, co się da. Hitem były nieoryginalne podkłady do kriolipoliza, które chronią przed odmrożeniem. Oszczędności w tym było jakieś 20 zł na zabiegu (zabieg kosztuje 1200 zł), a powikłań dziesiątki. Skończyło się na kilku rozprawach w sądzie. Przelewanie płynów micelarnych z Lidla po butelkach po Biodermie to standard. Rozcieńczanie ampułek do mezoterapii solą fizjologiczną. Albo po prostu z jednej ampułki ostrzykiwało się kilku klientów, choć powinien być tylko jeden. Prośby do przełożonych o bycie po prostu uczciwym, nawet kosztem podniesienia cen, nie skutkowały. A były to gabinety najwyżej się ceniące.
2. Mniej niż najniższą krajową podstawy. No 1000 zł podstawy + 10% prowizji od zabiegu powyżej 20000 zł obrotu. Czyli szefostwo na konto przelewało tyle, ile w danym czasie wynosiła najniższa krajowa, czyli np. 2500, ale odciągało z prowizji różnicę od ustalonej stawki. Nie obchodziło ich, że najniższa krajowa rośnie, tak samo jak i koszty utrzymania. Gdy nie wyrobiło się progu, bo np. było się na urlopie albo L4, wprost mówili, że powinno im się jeszcze dopłacić za ZUS.
3. Wygląd, wygląd, wygląd. Sama słyszałam, jak szefowa potrafiła powiedzieć do koleżanki w zaawansowanej ciąży, że spasła się jak świnia. Albo że ma coś ze sobą zrobić, bo wygląda okropnie. Na moją egzemę na dłoniach, z którą nie mogłam sobie poradzić, usłyszałam, że mam łapska jak potwór.
4. Kiedy zaszłam w ciążę, trzeba było jeszcze dostarczać L4 bezpośrednio do pracodawcy, a on wysyłał to do ZUS-u. Po dwóch miesiącach bez kasy z ZUS-u zainteresowałam się tematem, czemu nie dostaję pieniędzy. Koleżanki z pracy niechętnie mi wyjaśniły, że to szefowa darła moje L4, mówiąc, że jak miałam siłę rozkładać nogi i łazić po lekarzach, to mogę sobie dalej chodzić. Po konfrontacji wysłała papiery. Oczywiście nie miałam po co wracać.

5. Nadgodziny wpisywane na życzenie szefa. Nie ma, że masz urodziny córki albo że zaplanowałaś wyjazd. Masz przyjść, bo jest klient. Jeden pracodawca nie chciał mi dać urlopu na własny ślub, bo klientka się chciała zapisać na ten termin.

Środowisko jest zepsute, chce zarabiać miliony, nie oferując nic w zamian. Babska są okropne. Nie znam w Warszawie i Poznaniu gabinetu, który by nie funkcjonował w podobny sposób. Ja nie wiem, czy tylko ja trafiam na swojej zawodowej drodze na same Januszexy, czy po prostu branża w jakiej pracuję jest totalnie zepsuta.

PS Ja się przebranżowiłam.

#3WvXS

Mam 21 lat i 4-letnią córkę, urodziłam ją, będąc nastolatką. Kiedy moja rodzina dowiedziała się o ciąży, zapewniała o pomocy, że damy sobie radę. Po porodzie praktycznie od razu zostałam sama.
Nie mogę sobie z tym wszystkim wewnętrznie poradzić. Pracuję i staram się dać dziecku wszystko, mam dwie dodatkowe prace, aby zapewnić jej byt, o którym ja mogłabym tylko pomarzyć. Muszę niestety zostać i mieszkać z rodziną. Daję najwięcej pieniędzy na dom i staram się ze wszystkich sił, ale wciąż jest mało i źle. Czuję się wykończona psychicznie, czasem myślę, czy po prostu tego nie skończyć.
Zastanawiam się, czy gdybym 5 lat temu podjęła decyzję o aborcji, czy nie byłabym szczęśliwsza. Oczywiście kocham moje dziecko ponad wszystko, ale jestem aktualnie wykończona. Dlaczego pomimo tych wszystkich starań wciąż jestem kopana w tyłek…

#EvCWK

Będąc w gimnazjum, chciałyśmy pierwszy raz napić się alkoholu. Jako że wydawało nam się to super pomysłem i chciałyśmy pochwalić się tym, że jesteśmy takie dorosłe, głośno rozmawialiśmy o tym na przerwie w szatni szkolnej. Zastanawiałyśmy się, skąd weźmiemy naszą „wódę”. Wtedy chłopak ze starszej klasy podszedł do nas i zażartował, że może sprzedać nam „wódę 40”, bo jego tata ma jej dużo w piwnicy. Zrozumiałyśmy, że będzie to wódka 40%. Kolega oczywiście miał na myśli WD-40, ale widząc, że jesteśmy niezbyt ogarnięte, postanowił, że oszuka małolaty. 

Takim oto sposobem wydałyśmy 60 zł na dwie puszki WD-40... Oczywiście chłopak nie chciał nam zwrócić pieniędzy, a ja swój pierwszy alkohol wypiłam trzy dni później z barku rodziców mojej koleżanki.

#TuJTW

Kilka miesięcy temu poznałam fajnego chłopaka i cóż... sytuacja zaczęła się rozwijać. Wtedy, jeszcze jako kolega, zaprosił mnie na koncert, oboje słuchamy metalu, chociaż ja wolę lżejsze odmiany, gdy on siedzi w tych najmocniejszych. Normalnie na tego typu koncert bym nie poszła, bo to za mocne kapele dla mnie, więc zespołów nie kojarzyłam w ogóle, ale z opisu wynikało, że jedna z kapel pochodzi z mojego rodzinnego miasta.

Koncert jak koncert. Poznałam kilku nowych znajomych, wypiłam parę piw, kiedy nagle, gdy czekałam w kolejce do toalety, ktoś puknął mnie w ramię. Obracam się i widzę swojego nauczyciela chemii z liceum... Jeden z lepszych i fajniejszych nauczycieli, jakich miałam w czasie całej swojej edukacji. Ubrany był w koszulkę jakiejś kapeli, okazało się też, że ma tatuaże po nadgarstki... Dopiero wtedy sobie uświadomiłam, że nigdy nie widzieliśmy go ubranego inaczej niż w koszulę na długi rękaw.
Żywo wypytał mnie o to, na jakie studia ja trafiłam, gdzie trafiły inne osoby z mojej klasy. A ja cóż... nie wiedziałam, że mój nauczyciel siedzi w takiej muzyce. Trochę mnie to zaskoczyło. Jeszcze bardziej się zdziwiłam, gdy zobaczyłam go na scenie jako wokalistę, wymalowanego na biało-czarno i obwieszonego ćwiekami i pasami :)

#sTowG

W podstawówce chodziłam do klasy z pewną dziewczyną, nazwijmy ją Kinga. Kinga wtedy otwarcie mnie nie lubiła. Dopiero w 6 klasie zaczęłyśmy normalnie rozmawiać. W szkole średniej znałyśmy tylko siebie, więc poniekąd byłyśmy na siebie skazane. W połowie pierwszej klasy już byłyśmy całkiem blisko, a wkrótce stałyśmy się nierozłączne, wszystko robiłyśmy razem. Kinga na pierwszy rzut oka wydaje się roztrzepana, lekkomyślna i powierzchowna... Generalnie carpe diem. Mimo że jej rodzice nie zarabiają dużo, kupowali jej dosłownie wszystko, co chciała. Nieraz mama dawała jej swoją kartę kredytową, a ta wydawała duże sumy. Mogłoby się wydawać, że ją rozpieścili, sama tak przez jakiś czas myślałam. 
Odkąd skończyła 16 lat, myślała o tym, żeby poszukać jakiejś pracy, no i znalazła, nawet dwie. Przestała brać od mamy kartę kredytową. Od lutego opiekowała się małą dziewczynką, a przez ferie pracowała w kawiarni. Prawie codziennie wracała do domu o 23, a do tego jeszcze musiała znaleźć czas na naukę. Gdy jej mówiłam, że cały czas jest zmęczona i powinna odpocząć, ona trwała przy tym, że chce mieć swoją małą niezależność.
Gdy zapytałam się jej, co zamierza kupić za swoją wypłatę, odpowiedziała: „Zbieram na nowe meble do pokoju mojej mamy, bo tamte są stare, oraz dywan, bo od kilku lat narzeka, że go nie lubi”. Dodała też, że robi tak, bo chce się mamie odwdzięczyć za wszystko, co jej do tej pory dała.

Zatkało mnie. Wstyd się przyznać, ale gdybym ja zarabiała, najpewniej odkładałabym wszystko na nowy telefon. Nie powiem jej tego, ale bardzo ją podziwiam.
Dodaj anonimowe wyznanie