#QvrRS

Od niedawna pracuję za granicą i co jakiś czas zdarza się, że przeżywam szok kulturowy. Jeden z przykładów poniżej.
Ostatnio inspektorce z firmy, w której jestem adminem, musiałem tłumaczyć, że z serwerowni, do której ją posłałem, żeby coś dla mnie sprawdziła (nie było mnie na miejscu), drzwi od wewnątrz mają klamkę. Ona tam siedziała zamknięta dwie godziny i czekała, aż ochroniarz będzie przechodził pod oknem... Rzuciła mu kartę wstępu, on wszedł do firmy i wypuścił ją z serwerowni. Dzwoni do mnie z pretensjami, że nie mogła wyjść, bo od wewnątrz nie było czytnika kart. Mówię jej, że tam jest klamka. Ona mówi, że nie ma. Mówię jej, że ta okrągła gałka to klamka i że to się obraca... Trawiła to z minutę, po czym poprosiła, żebym nikomu w pracy tego nie opowiadał :)

#dfwwF

Spotykałem się z bardzo fajną laską. Na początku wiadomo, powoli się poznajemy, mówimy o sobie, rodzinie itp. Zapowiadało się naprawdę nieźle i myślałem, że to może być to. Do czasu, gdy na kolejnej z randek rozochocona dwiema lampkami wina przyznała, że wierzy, że skamieniałe kości dinozaurów Bóg umieścił w ziemi, żeby testować wiarę ludzi wierzących...
Pięć minut później już się nie spotykaliśmy.

#WowKT

W przedszkolu dzieci mi dokuczały i odbiło się to na mnie. Byłam przez to spokojnym, odosobnionym dzieckiem, szukającym towarzystwa.
  Chyba w pierwszej klasie podstawówki zaczęliśmy omawiać „Plastusiowy pamiętnik”. Bardzo spodobał mi się tytułowy bohater i postanowiłam stworzyć sobie takiego małego, piórnikowego przyjaciela. Dbałam o niego, bawiliśmy się razem i nawet był pierwszym powiernikiem moich sekretów.
  Pewnego dnia mój ojciec zachowywał się wyjątkowo nerwowo i aby odreagować złość (bo tylko tak mogę to wytłumaczyć), wyrzucił mojego przyjaciela przez okno wprost na ruchliwą ulicę.
  Nie pamiętam, bym kiedykolwiek płakała tak jak wtedy. Straciłam coś najbliższego mojemu małemu serduszku. Próbowałam odnaleźć wyrzuconego przyjaciela, a później stworzyć nowego Plastusia, ale bez powodzenia. Ojciec natomiast widząc moje łzy, mówił: „Po cholerę ryczysz, przecież to tylko durny kawałek plasteliny”.
  Dzisiaj mam 19 lat i nadal mi smutno, gdy wspomnę o moim Plastusiu.

#iEU9n

Mam dwa duże psy. Owczarka 40 kg i sukę charta (szczeniak 8 mies).
Są to bardzo łagodne psy, ale młoda jest bardzo strachliwa i nie pozwalam jej głaskać.
Kiedy idę przez miasto i nie mam czasu tłumaczyć ludziom, żeby nie wystawiali rąk do psów, to... na głos z nimi rozmawiam, żeby nie ciągnęły np. w stronę dziecka czy małego psa, bo już dzisiaj jadły itp.

Ostatnio podszedł do mnie facet, że jego syn od kilku dni się zrywa w nocy, bo tak się wystraszył tego mojego gadania ;/

#8wSSH

Na początek istotny dla historii fakt: w tamtym czasie wraz z mężem i córką mieszkaliśmy na stancji, a nasze osiedle należało do dość specyficznych.

Historia właściwa: Godzina 14, mąż w pracy, dziecko ucina sobie poobiednią drzemkę, ja ogarnęłam w domu, zupa na kuchence, wskakuję w dres i już, już kieruję się do pokoju po moje hantelki, coby sobie tłuszczyk „pociążowy” zamienić w jakiś tyci bicek... ale nie. Z podłogi w pokoju młodej złowieszczo spoglądają na mnie OKRUCHY Z CHLEBA. Jako chorobliwa pedantka zawracam do kuchni po zmiotkę i wtem słyszę pukanie do drzwi. Otwieram. W progu stoi kobieta pod pięćdziesiątkę, garsoneczka, okularki, w dłoniach dzierży ładną teczuszkę. Oho, czyżby świadek Jehowy?
– Dzień dobry – zaczynam miło.
– Dzień dobry, Alina Iksińska, Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Pścinie Dolnej.
W myślach robię rachunek sumienia: nie bijemy, nie krzyczymy, jak jedno wypije raz na tydzień piwo do wieczornego filmu, to drugie nawet języka nie zamoczy... Zasiłku też nie pobieramy (sytuacja miała miejsce, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o 500+, a mąż dobrze zarabiał). No jaki ch*j?
– Zapraszam. Kawy, herbaty?
Kompletnie nie wiem, jak się zachować.
– Chętnie, ale najpierw chcę zobaczyć dziecko.
– Oczywiście.
No ja wiem, z teściową się nie dogaduję, inne metody wychowawcze, ale żeby tak jawnie podpie*doliła?
– Zapraszam do sypialni, córka akurat śpi.
Podchodzimy do łóżeczka, odchylam kocyk, bo w sumie nawet nie wiem, co mam zrobić.
– O, jaka duża – uśmiecha się Alinka.
– No, wie pani, już półtora roku ma – Alinka jakoś podejrzliwie łypie oczami, ale nic to.
Idę do kuchni, wstawiam wodę na kawę, wyjmuję jakieś ciastka, a kobieta w tym czasie zagląda do drugiego pokoju, nawet do łazienek... Zawstydzona patrzę na swój dres, a Alinka siada z teczuszką na taborecie i wyciąga papiery.
– Przepraszam za strój, ślub kościelny za pasem, trzeba być w formie.
– O, to szybko!
Jakie, kutwa, szybko? Cywilniak już dwa lata temu, myślę sobie. Alinka tymczasem kontynuuje​:
– No, ale przygotowała się pani na moją wizytę – uśmiecha się cierpko.
– Hmm... Szczerze mówiąc, to nawet nic o niej nie wiedziałam.
– He, he, no co też pani, rozmawiałyśmy w zeszłym tygodniu.
– No, niestety...
Alinka trochę jakby blednie, zagląda w papiery i pyta:
– Brucka 7/29?
– Nie, proszę pani, Bucka 7/29, bez „r”.
Pani Alinka purpurowieje, blednie i znów purpurowieje, a ja w myślach przepraszam matkę mojego męża za takie niestworzone pomysły.
Alinka ochłonęła, pośmiałyśmy się trochę i nie wiem, czy to ze strony tej pani profesjonalne, ale powiedziała, że miała odwiedzić świeżo upieczoną rozwódkę z siedmiomiesięczną córką... Jest różnica, co?

#kqOsd

Byłem z kumplem daltonistą na komisji, no i okazało się, że zrobią nam test Ishihary (czyli zgadywanie cyferek na kolorowych tablicach).
– No i co pan tu widzi? – pytają kolegę, pokazując mu liczbę 21.
Kumpel mruży oczy, skupiony na maksa, stara się jak może. Po chwili nieśmiało odpowiada pytającym tonem:
– Kaczuszkę...?

Dawno nie słyszałem takiego wybuchu śmiechu :)

#FEgwO

Mój mąż pracuje kiedy chce, ma nienormowany czas pracy i wyszło tak, że najlepiej pracuje mu się w nocy. Od zawsze był nocnym markiem, ale nigdy mi to nie przeszkadzało – często siedziałam sobie z nim. Jednak przyszły dzieci, praca na etat i zaczęło mi przeszkadzać, że mąż gnije do 15. Najgorsze są weekendy, bo mąż snuje się po chacie do 5 rano, często przy tym budząc dzieci, a potem gdy ja idę z nimi na spacer, do zoo czy gotuję obiad, on odsypia. Już wielokrotnie robiłam z tego powodu problem i tłumaczyłam mu, że powinien się przestawić na normalny tryb pracy albo żeby chociaż kończył pracę o 1 czy 2 w nocy, żeby mógł sobie wstać o 9 czy 10. Mówiłam, że mija mu dzieciństwo naszych dzieci i nie będą z nim miały żadnych wspomnień, że i ja nie mam żadnej pomocy od niego, bo w środku nocy nie posprząta, nie ugotuje obiadu, no dosłownie nic. Jedyny plus, że odbiera czasami dzieci ze szkoły, ale to też rzadko. Ja pracuję od 9 do 15:30 i przez to nie mamy czasu dla siebie praktycznie w ogóle. Nie możemy sobie usiąść wieczorem obejrzeć filmu, bo mąż musi pracować. Kiedy mu to wypominam, to twierdzi, że on mi nie broni siedzieć ze sobą i dlaczego ja nie mogę się przestawić na jego tryb życia. Z tym że co to za życie... Okej, dobra, nie neguję, ale ciężko cokolwiek załatwić, nie widuje się rodziny, nic. Męczy mnie to strasznie.

#bKNui

Rano, jak to zwykle bywa, trzeba iść się wysikać. A że kot darł ryja, że głodny, to wziąłem ze sobą pudełko na kocie chrupki, żeby mu po drodze wsypać, i zaspany powlokłem się do łazienki.
Dobudziłem się, stojąc nad kiblem i wsypując do niego chrupki, połowę pudełka już wsypałem... Najgorsze, że potem trzeba było to wyjmować, a że rękawic nie miałem, to przyjemnie nie było :/

#PrWFA

Mój mąż jest kierowcą ciężarówki. Czasami nie ma go tydzień, a czasami dwa. Jestem kobietą w kwiecie wieku, wiadomo, mam swoje potrzeby. Podczas jego nieobecności przeglądałam kilka stron dla pań i wtedy zapadła decyzja... kupię sobie wibrator. Ponieważ nigdy z nim o tym nie rozmawiałam, trzymałam to w tajemnicy, a ściślej mówiąc pod łóżkiem. 
Minęły dwa tygodnie i mąż wreszcie zjechał. Najpierw czułe przywitanie, potem jak zwykle zakupy, po prostu dzień jak co dzień. Tego wieczoru dzieci dały mi popalić i zasnęłam z książką na twarzy. Obudziłam się około pierwszej w nocy, a męża nie było obok mnie. Pomyślałam, że zasnął gdzieś w salonie, więc zeszłam, żeby go obudzić. Schodząc na dół, zorientowałam się, że światło w kuchni nie jest zgaszone. Kiedy tylko usłyszał skrzypienie schodów, zerwał się z fotela, usiadł przy kuchennym stole i mówi:
– Jak ci na imię, przyjacielu? Masz, napij się z Adasiem wódki. Długo się znacie? No my długo, za miesiąc będzie jedenaście lat... Fajna ta moja żona, nie? Chcesz zapalić? Nie palisz? Szczęściarz. Coś ty taki sztywny? A powiedz mi... kłócicie się? My tylko czasami.
Kiedy wreszcie zeszłam na dół (dobrze wiedział, że to wszystko słyszę), dodał, ciągle udając, że mnie nie widzi:
– A słuchaj, powiedziała ci o mnie? Bo mnie o tobie słówka nie pisnęła! Taka jest właśnie nasza żona. 
Po tym stwierdzeniu doszłam do wniosku, że jednak się z tym pogodził. Niestety byłam w błędzie. Mój mąż nazwał go Marian i teraz wykorzystuje każdą okazję, żeby mi dopiec...

Kochany mężu – DOROŚNIJ! :)

#DcMSb

Latem niemalże codziennie grupa studentów (około 7 osób) z bloku leżącego naprzeciw mojego słuchała dosyć głośno disco polo. Jako że otwierałam okna na oścież w swoim małym mieszkaniu, muzykę studentów słyszałam jeszcze głośniej. Uznałam, że nie zamierzam smażyć się w mieszkaniu jedynie po to, by słyszeć disco polo tylko trochę ciszej.
Jestem spokojną mieszkanką bloku, jednak słucham cięższej muzyki, jak najciszej się da, by nie zakłócać spokoju sąsiadów. Jednak w jeden weekend, mając okres (który swoją drogą przeżywam strasznie boleśnie), wku**iłam się maksymalnie na studentów, którzy już drugą godzinę zakłócali moje powolne umieranie.
W wieży umieściłam jedną z moich najcięższych metalowych płyt (oczywiście nie chodzi o wagę, a o brzmienie), otworzyłam balkon i ustawiłam głośność wystarczająco dużą, by cały blok obok (w szczególności studenci) usłyszeli.
Podziałało, teraz muzykę studentów słyszeć można jedynie przy otwartym oknie, gdy się odpowiednio wysili.

Do teraz żodyn nie wie, że to moja sprawka, żodyn.
Dodaj anonimowe wyznanie