Historia sprzed chwili.
Siedzę sobie spokojnie u siebie w domu, pracując na komputerze. Godzina 11:00, komputer się wyłącza. Pierwsza myśl: „O k****, co ja takiego zrobiłem?”, połączona z goryczą związaną z brakiem sejwa z ostatniej godziny roboty (mam automatycznego co godzinę i zabrakło około minuty). No ale tak na logikę, nic nie powinno się było aż tak sypnąć. Tknęło mnie, żeby sprawdzić inne urządzenia elektroniczne. Oczywiście – brak prądu. Idę do drzwi wyjściowych z zamiarem sprawdzenia bezpieczników. Wychodzę i staję jak wryty. Przy rozmontowanej skrzynce siedzi sobie pan elektryk. Wściekłość (za skasowaną pracę) i niepomierne zdziwienie pozwoliły mi tylko wykrztusić: „To nie mógł pan zadzwonić, zanim wziął się pan do roboty?!”.
I teraz uwaga, hicior dnia.
Poirytowana odpowiedź pana elektryka: „No właśnie dzwoniłem, potem pukałem, a pan co?”. Pomijając głupotę pukania do drzwi dwupiętrowego domu, zastanowiłem się przez chwilę, dlaczego nie usłyszałem dzwonka (jest bardzo głośny). Wtedy tknęło mnie irracjonalne przeczucie. Mimo jego absurdalności, pytam jednak: „A dzwonił pan przed czy po wyłączeniu prądu?”.
Mina elektryka – bezcenna.
Moja siostra (19 lat) i jej chłopak (18 lat) przybyli do domu zadowoleni. Wieczorem w naszym pokoju (dzielę go z siostrą) nie mogłem zasnąć, a usypiając, nie przekręcam się co 10 sekund, więc chyba myśleli, że śpię. Otwarli jakąś paczuszkę. Było słychać odgłos wciągania. Chyba vibovit zakupili...
Jeszcze jedna paczka. Odgłos pocierania balonu o balon i stękania. Przewróciłem się na drugą stronę. Przestali na chwilę. I za chwilę zaczęli na nowo dbać o nasz gatunek... Po odliczeniu owiec do 13 wkurwiłem się nie na żarty.
Zerwałem się z łóżka, zapaliłem światło (włącznik tuż nad głową) i krzyknąłem na cały dom:
– No, panie i panowie, koniec tego pierdolenia!!!
I głos mamy:
– Już, już, synku, zaraz kończymy!
Kutwa padłem!
Mam 33 lata, pół roku temu wyszłam za mąż, nie mamy dzieci.
I śmiem twierdzić, że wyszłam za mąż za alkoholika. Bo jak inaczej nazwać osobę, która mniej więcej co trzeci dzień sięga po alkohol? Mąż pije po 2-3 piwka lub drineczki przed snem lub organizuje imprezkę pijacką z kolegami. Nie awanturuje się, nie ma bijatyk.
Czy wiedziałam to przed ślubem? Tak, wiedziałam, że pije, ale nie wiedziałam, że to jest tak często, bo się ukrywał i jeździł do swojego mieszkania.
Namawiam go na terapię, na którą nie jest chętny. Wiem, że ten problemem alkoholowy zawsze będzie istniał…
Zastanawiam się nad rozwodem. Nie wiem, czy chcę skazywać przyszłe hipotetyczne dziecko na życie z ojcem alkoholikiem. Jestem młoda jeszcze, mam szansę z kimś innym ułożyć sobie życie, a nie z alkoholikiem.
Wstyd mi, że nie czuję się na tyle dobrze ze sobą, żeby gdzieś pojechać w pojedynkę.
W ten weekend mam urodziny i z tej okazji mieliśmy z moim chłopakiem i znajomymi jechać do innego miasta do kolegi (ma większe mieszkanie i nas wszystkich pomieści). Niestety chłopak po raz kolejny ma gorszy okres i mówi, że mam sama sobie jechać. Nie chcę imprezy bez niego, ale z doświadczenia wiem, że jeśli zostanę w domu, to i tak te dwa dni przesiedzimy przed telewizorem bez słowa, albo on będzie spał do wieczora.
Odwołałam imprezę, ale naprawdę mam dosyć siedzenia w domu i nicnierobienia. Chciałabym, żeby ten dzień był wyjątkowy, bo na co dzień zapieprzam na dwa etaty. Planowałam jechać nad morze, ale boję się, że przesiedzę ten czas w hotelu, scrollując telefon i nic sensownego nie zrobię.
Wstydzę się tego, że nie pojadę do jakiegokolwiek innego miasta pozwiedzać czy po prostu pochodzić po mieście, bo niezręcznie bym się czuła. Mam 26 lat, a czuję się trochę jak jakaś mała dziewczynka, która nie potrafi nic zrobić sama.
Spotykałem się kiedyś z pewną Moniką. Zaproponowała, że zrobi frytki. Obrała ziemniaki, pokroiła na plastry, po czym brała każdy z tych plastrów i trzymając w powietrzu, drugą ręką za pomocą noża odkrajała po kawałku coś na kształt frytek. Myślałem, że się wygłupia, więc zaproponowałem, że jej pomogę i zacząłem kroić te plastry ziemniaków na desce do krojenia.
Jak to zobaczyła, spojrzała na mnie jak na jakiegoś geniusza i zapytała (z euforią w glosie), skąd znam tak szybki sposób na krojenie frytek.
Najlepsze, że ona skończyła szkołę gastronomiczną... Do tej pory czasem się zastanawiam, jakim cudem.
Niektóre doświadczenia zmieniają ludzi na zawsze. Niestety.
W podstawówce byłem dosyć dobrym uczniem. Była tylko jedna osoba, która miała wyższą średnią ode mnie. I to o niej będzie historia.
Nazwijmy go Darek. Ja i Darek byliśmy przyjaciółmi. Mieliśmy wspólne tematy do rozmowy, prawie te same zainteresowania i nawet ulubione książki. Normalnie bratnie dusze. Jako że byliśmy "kujonami", to często za to obrywaliśmy od rówieśników. Jednak to znosiliśmy. Częściej obrywał jednak on, ponieważ był chudziutki. Ja byłem nieco bardziej krępy, ale i tak słabszy od tej szajki. Nauczyciele nic z tym nie robili. Psycholog bezradna, choć mocno się starała, muszę przyznać (rozmawiała pokojowo z wszystkimi, prowadziła dyskusje, mówiła jakie konsekwencje może przynieść ich zachowanie, pokazała nawet jak działa znęcanie się nad ofiarą na jej uczucia i zdrowie, bezskutecznie).
To był styczeń albo luty. Zachorowałem po feriach i nie było mnie z 2 tygodnie w szkole. Wróciłem do szkoły, a Darek wyglądał na wrak człowieka. To co oni z nim zrobili wołało o pomstę do nieba. Pewnego dnia został złapany od tyłu i rzucono go w śnieg. Zrobiono mu "natrę", po czym wyjęto wszystkie jego książki z plecaka i porozrzucano po całym śniegu. Kilka wylądowało na jezdni. Działo się, co prawda, więcej, ale to było moim zdaniem najgorsze. Coś w Darku pękło. Nie był już tym samym, fajnym chłopakiem. Stał się nieco bardziej poddenerwowany. Przestał czytać książki, zaczął wsłuchiwać się w rap. Jego słownictwo stawało się coraz gorsze. Pod koniec szóstej klasy miał średnią 4.80, więc zaliczył spory spadek. Po wakacjach trafiliśmy do tego samego gimnazjum. Jako iż nie widzieliśmy się całe 2 miesiące, nie widziałem tego co sobie zrobił. Był cały ogolony na łyso, wyglądał jak Sebek spod bloku. Dziewczyny były nim zachwycone, on sam był coraz bardziej pewny siebie. Zyskał popularność. W drugiej gimnazjum zaczął chodzić na siłownię. Kończąc szkołę był już bardzo spory. A kiedy kończył zawodówkę, był już takim karkiem, że ja sam się zacząłem go bać.
Dlaczego to sobie przypomniałem? Szedłem dzisiaj ulicą. Darek koło innych łysych dresiarzy śmiał się wniebogłosy, bo "zaliczył loszkę 11/10". Miał całe wytatuowane ramiona, a z jego telefonu wydostawały się dźwięki disco polo. Dresiki chciały mnie zaatakować, ale on ich powstrzymał mówiąc: "Tego ziomka to szanuję. To mój przyjaciel z podstawówki, który jako jedyny bronił mnie przed tymi chu*ami, którzy mnie bili". Wtem dresiki zmieniły zdanie, powiedziały do mnie: "No elo mordo".
Godzinę temu Darek napisał do mnie na Facebooku, że mógłbym dołączyć do jego ekipy prawilnych ziomków. Odmówiłem, na co on powiedział: "Szkoda, ale jakby jakiś lamus się do mnie przyczepi, to z chęcią mu naj*bie".
Dla mnie jest to przykre. Ale to w końcu jego życie. Nie moje.
Wiele tu wyznań o seksie, kupach itd. Ale moje będzie chyba pierwsze o zabijaniu.
Przez dwa lata pływałem jako ochroniarz na statkach wokół Rogu Afryki.
Moje zadanie było proste: bronić statku, załogi i ładunku przed piratami z Somalii.
Nasze uzbrojenie stanowią karabiny M16 i broń osobista. Ale czasem przy niektórych przewoźnikach wysokiego ryzyka dozbrajamy się także w M134 Minigun.
Atak piratów jest prosty. Szybka motorówka z około 20 mężczyzn szybko chce dobić do burty. I wtedy się zaczyna. Przeważnie pierwsze padają strzały w sterówkę, by zatrzymać okręt, czasem odpalane są też rakiety RPG. My natomiast widząc zbliżającą się szybko łódź strzelamy w wodę przed nią, by napastnicy zrozumieli, że z nami żartów nie ma. W 90% przypadków to lub kilka strzałów w łódź i jakimś zabitym lub rannym odpuszczają.
Problem jest, jak wysyłają do piracenia dzieci po około 15-16 lat. Są one niesamowicie zdeterminowane do porwania statku. A kula z karabinu od 15-latka daje taki sam efekt jak od 20-latka. W 2016 był transport i mieliśmy atak takich młodocianych piratów. Zaczęli strzelać do nas i nie mieli zamiaru odpuścić bez zdobycia okrętu.
Pamiętam jak dziś widok tych dzieci szatkowanych przeze mnie pociskami 7.62 mm. Tonącą łódź i ocean o barwie krwi.
A i powiem wam, korporacje wręcz zachęcają, by piraci nie wracali na brzeg...
W ostatnią sobotę byłam na weselu swojej siostry.
W kościele podczas najważniejszej chwili, czyli przysięgi, moja siostra pomyliła się. Do teraźniejszego już męża zamiast powiedzieć „i że cię nie opuszczę aż do śmierci” powiedziała „i że ci nie odpuszczę aż do śmierci”. Ksiądz zdziwiony, a goście nie wytrzymali ze śmiechu.
Nie wiem, czy celowo czy nie, ale trzymaj się, Robert. Znając moją siostrę, to była celowa gra słów :D
Pamiętam, jak idąc do liceum, bez zgody moich rodziców poszłam do klasy mundurowej. Było to moje marzenie. Całą ósmą klasę jak i wakacje pracowałam, by mieć wystarczająco dużo kasy, by kupić sobie mundur (ponad 800 zł kosztował). Zgody na wycieczki i takie tam podpisywałam sobie sama. Moi rodzice nigdy nie chodzili na wywiadówki, a o tym, że jestem na mundurowej, dowiedzieli się dopiero w połowie roku, gdy wychowawca zadzwonił do matki, bo złamałam sobie nogę na WF-ie.
Pamiętam ten zajebisty dialog z ojcem:
– To ty na mundurową chodzisz? A nie na biolchem?
– No jakoś tak.
– Matka cię zabije.
– No wiem.
Końcowo matka mnie nie zabiła, ale owszem, była wku***ona. I to mocno. Początkowo próbowała mnie zmusić do zmiany profilu, ale teraz dotrwałam i jestem już w maturalnej. Dziękuję za uwagę XD
Od niedawna pracuję za granicą i co jakiś czas zdarza się, że przeżywam szok kulturowy. Jeden z przykładów poniżej.
Ostatnio inspektorce z firmy, w której jestem adminem, musiałem tłumaczyć, że z serwerowni, do której ją posłałem, żeby coś dla mnie sprawdziła (nie było mnie na miejscu), drzwi od wewnątrz mają klamkę. Ona tam siedziała zamknięta dwie godziny i czekała, aż ochroniarz będzie przechodził pod oknem... Rzuciła mu kartę wstępu, on wszedł do firmy i wypuścił ją z serwerowni. Dzwoni do mnie z pretensjami, że nie mogła wyjść, bo od wewnątrz nie było czytnika kart. Mówię jej, że tam jest klamka. Ona mówi, że nie ma. Mówię jej, że ta okrągła gałka to klamka i że to się obraca... Trawiła to z minutę, po czym poprosiła, żebym nikomu w pracy tego nie opowiadał :)
Dodaj anonimowe wyznanie