Czekałam na mamę i siostrę koło przymierzalni w jednej z warszawskich galerii. Obok mnie stał typowy Sebix. Czekał na swoją lubą, przeglądając coś na telefonie. Po kilkunastu minutach Karynka opuściła przymierzalnię i zwróciła się do dresika:
– Chodź już, nie chcę nic wziąść.
Sebix zmarszczył brwi i stanowczo odpowiedział:
– WZIĄĆ! Gdzie ty tu, kurna, widzisz „ś”?
Karynka spojrzała z grymasem na swego polonistę i odeszła z wyraźnym fochem na twarzy.
Tak więc już wiemy, jak wygląda życie po polonistyce :D
Nie lubię małych dzieci, bo za dużo hałasu i chaosu robią. Z drugiej strony rozśmiesza mnie ich płacz. Zawsze wygląda to podobnie – biegnie taki dzieciak, rozpędza się pokracznie na swoich krótkich nóżkach, następnie zalicza spektakularną glebę na betonie i wtedy nigdy nie następuje od razu płacz, tylko najpierw jest cisza jak na cmentarzu, wszystko zamiera, taki zonk, zanim do mózgu małego dziecka jeszcze nieukształtowanego na tyle, by zareagować błyskawicznie, dotrze prawda o potworności tego, co się właśnie stało. Jest gleba, potem 3... 2...1... i zaczyna się wycie. Takie ŁEEEEEEEE, na początku ciche, a potem przeradza się w istne larum, które ma ściągnąć uwagę dorosłych osobników, by zajęli się obrażeniami. Po pierwszej fali następuje na chwilę pauza na siąkniecie nosem i wtedy to podnosi się już ryk. ŁEEEEEEEE! MAAAAMOOOOOOOO!
Zawsze mam z tego bekę 🤣
Ostatnio leciałam odwiedzić mojego męża i byłam dość mocno zestresowana. Na tyle mocno, że jak dotarłam do kontroli bezpieczeństwa na lotnisku i pani ochroniarz stanęła przede mną i rozpostarła ramiona, aby wskazać mi, żebym zrobiła to samo, w swojej bezdennej bezmyślności pomyliłam to z gestem powitania i zaczęłam ją obejmować... Spojrzała na swojego kolegę i chyba nie mogła uwierzyć w to, co się stało.
Najgorsze, że byłam jedną z pierwszych osób w kolejce do kontroli, więc chyba wszyscy pasażerowie to widzieli i mieli niezły ubaw. Na samo wspomnienie do teraz mam ciarki.
Kot mi dzisiaj zaniemógł – coś z lewą tylną łapą, skakać nie może, więc poszedłem z nim do weta.
Siedzimy i czekamy, aż nas wezwie, a tu wchodzi babka z ratlerkiem (chyba, nie znam się zbytnio). Pies się trzęsie, ale właścicielka postawiła go na podłodze. A ten z japą do największego psa w poczekalni! A potem do nieco mniejszych. W końcu znowu wylądował u pańci na rękach, bo inaczej by go coś zeżarło.
Nagle otwierają się drzwi gabinetu, wychodzi wet i mówi: „Rambo proszony na wizytę”.
Okazało się, że to ten jazgotliwy ratler... Ktoś miał niezłe poczucie humoru :)
Jakiś czas temu dostałam od mamy bon podarunkowy, który mogłam wykorzystać w jednej ze znanych sieciówek odzieżowych. Stwierdziłam, że kupię jakiś strój kąpielowy, więc wzięłam co lepsze i poszłam do przymierzalni.
Mam przyjaciółkę, z którą lubimy wysyłać sobie zdjęcia w rozmaitych sytuacjach, typowe śmieszki, ale zdarzają się też takie poważne sytuacje, jak pomóc w dobraniu kostiumu, który najmniej uwydatnia fałdki. A więc wizyta w przymierzalni była okazją do prawdziwej sesji zdjęciowej. Na początku normalnie, bo zależało mi na poradzie. Potem postanowiłam zostać modelką z instagrama i pozy stały się ciekawsze. Niestety nie zauważyłam, że te przymierzalnie są nieco niestandardowe – od podłogi w górę jest odsłonięte jakieś 40 cm, czyli dość dużo. Więc kiedy zrobiłam standardowy przykuc, to było tam widać część moich wygibasów.
Kiedy wyszłam zadowolona ze śmieszków, podszedł do mnie jakiś chłopak, mrugnął i powiedział, żebym wzięła czarny...
Już dawno nie było mi tak głupio... I nie wzięłam żadnego :(
Byłam dzisiaj w popularnej restauracji, jaką jest McDonald's. Zjadłam dosyć dużo i przez to widać było brzuszek. Dodam, że jestem bardzo, bardzo szczupła.
Idę przez park z fajeczką w ustach, gdy słyszę obok siebie głos starszej pani: „Kobieta w ciąży nie ma prawa palić!”. Odpowiedziałam krótko i zwięźle: „Nie jestem w ciąży, tylko się nażarłam”. Niedowierzanie i oburzenie tej kobiety było bezcenne :')
Pewnych deszczowych wakacji babcia zabrała mnie do swojej siostry na wieś. Do tej pory nie rozumiem idei porwania się na 2-tygodniowy wyjazd z dzieckiem, które w szczycie świetności destrukcyjnego knucia doprowadziło do wydalenia go z placówki... przedszkolnej, ale to historia na inne wyznanie.
Niespełna 15 minut po dotarciu na miejsce bardzo chciałam wyjść na dwór zobaczyć okolicę, byłam dzieckiem z miasta, jednak niesłychanie żądnym przygód i nie bojącym się ani fauny, ani flory. Babcia nie mogła dotrzymać mi towarzystwa, bo ktoś musiał przygotować strawę, więc ubrała mi kalosze, wychyliła się tylko na ganek i krzyknęła za mną :
– Możesz się bawić przed albo za domem, tylko nie idź tam za oborę, dobrze?
– Tak babciu, dobrze – odpowiedziałam i jak tylko babcia zamknęła za sobą drzwi, popląsałam radośnie w zakazanym przez opiekunkę kierunku.
Moim oczom ukazało się bagno. Bagno Rozpaczy, przez które dzielny Atreju przeprawiał się w swej heroicznej podróży na zmęczonej odtwarzaniem do znudzenia (rzecz jasna – znudzenia rodziców) taśmach kasety z filmem „Niekończąca się opowieść”. Będę jak Atreju, pokonam te bagna! – z tą myślą dziarsko zrobiłam dwa susy ku cudownej magicznej przygodzie. Zapach aż zaszczypał mnie w nos. Jedną nogą ledwo mogłam ruszyć, czując niepokojącą miękkość wznoszącą się coraz wyżej, w stronę kolana. Serce zabiło mi szybciej, gdy okazało się, że nie jestem w stanie podążać dalej. Szarpnęłam nerwowo ciałem, co poskutkowało utratą równowagi i upadkiem. Na szczęście stopy wyskoczyły wówczas z kaloszy. Wyczołgawszy się z Bagien Rozpaczy, pobiegłam poinformować babcię, że potrzebujemy nowych gumiaków. Biedna przeżegnała się na mój widok i z obrzydzeniem jęła zdzierać ze mnie nasiąknięte krowim moczem i kałem warstwy.
By babcia zabrała mnie znów na Mazury, musiało minąć +/- 20 lat. Pojechałyśmy tam w zeszłym roku i nawet cyknęłyśmy pamiątkową fotkę przy nieszczęsnym zbiorniku.
Mieszkamy razem z chłopakiem. Czasem się kłócimy, ale na ogół się dogadujemy. Uważam, że jest wspaniałym mężczyzną, a mimo to rozważam, czy z nim zerwać. Kocham go i miałam ogromne szczęście, że go poznałam, ale jesteśmy swoimi przeciwieństwami. Mamy inne charaktery, inne plany i marzenia. O ile wiele jestem w stanie zaakceptować, to jest jedna kwestia, w której nie mogę pójść na kompromis. Dzieci. Decyzję, że nie chcę mieć dzieci podjęłam już dawno, kilka lat temu doszłam też do wniosku, że chcę się poddać zabiegowi podwiązania jajników. Rozmawiałam z nim na ten temat, on chce kaszojada i już. Żadne z moich argumentów go nie przekonują, bo on chce „małą wersję siebie”. Kocham go, ale nie poświęcę zdrowia psychicznego i fizycznego dla jego widzimisię. Wiem, że powinniśmy się rozstać, bo inaczej jedno z nas obudzi się za 30 lat zgorzkniałe i nieszczęśliwe. Nie chcę go też pozbawić szansy na zostanie ojcem. Serce mi pęka na myśl, że nie będziemy razem, ale wiem, że tak będzie dla niego lepiej.
Trochę narzekania na młodsze pokolenie.
Jestem serwisantem jednej z większych kablówek w naszym kraju i to co nieraz widzę przeraża mnie ogromnie. Oto kilka przykładów, z czym się spotkałem.
Odkurzacz typu roomba niedokładnie odkurza – wina internetu.
Dekoder się zawiesił, pytam, czy go resetowali – to ja mam to zrobić?
Moim ulubionym tekstem zamiast „dzień dobry” jest „ja płacę, a mi nie działa, ja złożę skargę”, aby po pięciu minutach słuchania, jaki to jestem zły i brzydki, zobaczyć, że ktoś wypiął wtyczkę z kontaktu.
Chodzę po różnorakich wiekiem osób i te starsze, mimo że mają pretensje, okazują je w sposób kulturalny, a osoby tak do 30 na oko, to głównie wyzwiska, groźby, przeklinanie.
Sytuacja z wczoraj, która sprawiła, że zdecydowałem się to opisać.
Wchodzę do mieszkania i już w przedpokoju słyszę, jaki to zły jestem, w końcu chłopak nazwał mnie złodziejem, a dziewczyna co stała obok niego zaczęła to powtarzać. Zrobiłem krok w tył i wyszedłem z mieszkania. Oni zdziwieni pytają, co ja robię, a ja kulturalnie im odpowiedziałem, że skoro uważają mnie za złodzieja, to nie będę wchodził, bo coś im ukradnę w ich mniemaniu, życzyłem miłego dnia i poszedłem na następne zlecenie. Zgłosiłem sytuację do szefa, pół godziny później telefon z centrali. Wytłumaczyłem sytuację i powiedziałem, że jeśli mnie nie przeproszą, to do nich nie wejdę – i nastała cisza.
Wyzywać ludzi to chętnie, ale przyznać się do błędu – nigdy.
Wczoraj do butiku, w którym pracuję, przyszła jakaś babeczka. Zaczęła przeglądać rzeczy, wybrała kilka i poszła do przymierzalni. Potem podeszła do kasy, a ja, jako że zawsze staram się coś zagadać, nabijając towar, jakoś tak bezmyślnie powiedziałam do niej: „Fajnie, że wybrała pani czarny, wyszczupla i bardzo ładnie wygląda, ludzie rzadko wybierają ten kolor, a ten zestaw w sam raz, żeby zawrócić w głowie jakiemuś przystojniakowi”. Na co pani mi odpowiedziała: „Ja jutro mam pogrzeb męża...”.
Chyba nigdy w życiu nie było mi tak głupio. Resztę zakupów kasowałam czerwona na twarzy i w kompletnej ciszy.
Dodaj anonimowe wyznanie