Jestem przegrywem życiowym.
Jedząc w pośpiechu makaron, widelec niefortunnie mi się przekręcił i tak go ugryzłam, że ułamałam sobie pół jedynki. Do tego miałam w tym czasie okres i na początku zaczęłam się śmiać, a potem płakać i tak w kółko.
Zacznijmy od tego, że już studiuję. Od ponad pół roku spotykałam się z Darkiem. Jesteśmy, a raczej byliśmy parą i się z tym nie kryliśmy.
Jakiś czas temu w czwartek wieczór zapytałam, czy się widzimy następnego dnia. Odpowiedź nie była taka jak sądziłam, bo umówił się z chłopakami na męski wieczór, czyli mecz PS4 i te sprawy. Stwierdziłam, że nie będę mu bronić, a piątkowy wieczór z dobrą książką jak najbardziej się przyda.
Nazajutrz dostaję telefon z restauracji, gdzie dorabiałam w liceum, że jest fucha, bo wpadła rezerwacja i musi być dodatkowa kelnerka - myślę sobie: spoko, kasa się przyda. Wieczorem w restauracji naszykowałam stolik itd., ponoć przyszła już para, a w rezerwacji było, że ów pan planuje się oświadczyć.
Podeszłam do stolika z kartą, a tam siedzi pani w widocznej już ciąży, pan ponoć akurat wyszedł do toalety. Zamówienia już złożyli u koleżanki, zjedli, a ja miałam zanieść tylko deser, gdzie była kartka z napisem "Iwona, czy zostaniesz moją żoną?", z pięknym pierścionkiem położonym na kawałku ciasta. Wszystkie z kelnerkami się zachwycałyśmy jak super słodko itd.
Nastała pora wyjścia. Podchodzę do stolika, kładę talerze i jednocześnie wycofuję się o krok. Zerkam na minę kobiety z lekką zazdrością i słyszę "Tak! Kochanie! Dareczku, kocham cię na zawsze!" i odruchowo zerknęłam na obecnego przy stole "pana". Jak się domyślacie, był to "mój" Darek. W imieniu personelu ładnie pogratulowałam zaręczyn kobiecie, również podałam dłoń jemu, po czym zdjęłam łańcuszek z literą D i położyłam na stole. Gdy mnie rozpoznał, minę miał jakby dostał w twarz z piłki do futbolu amerykańskiego...
Niby nic, ale ona była z nim w związku od 3 lat i spodziewała się jego dziecka... Nie wiem, czy się śmiać czy płakać.
Byłam dzisiaj świadkiem w pewnej księgarni takiej sytuacji.
Do kasy przyszedł starszy mężczyzna. Ledwo słyszalnym pomrukiem powiedział, że przyszedł odebrać zamówienie i powiedział swoje nazwisko. Dziewczyna za kasą poprosiła o powtórzenie nazwiska, gdyż zwyczajnie go nie dosłyszała. I tu zaczęła się tyrada dziadka "Czy pani ma niedosłuch? Nic dziwnego, teraz te słuchawki w uszy sobie zapakujecie i nic nie słyszycie" i coś tam jeszcze plótł.
Historia mogłaby się w tym momencie zakończyć z morałem, jacy to ci starsi ludzie są dzisiaj upierdliwi, ale zaimponowała mi postawa drugiego sprzedawcy - chłopaka.
Zajmował się tam jakimiś sklepowymi rzeczami, a słysząc całą sytuację natychmiast zareagował: "Wie pan co, nie wypada takimi tekstami rzucać do kogokolwiek, a już na pewno nie do kobiety", a do koleżanki powiedział, że pana obsłuży. Dziadek się zarumienił, dziwnie zamilkł. Chłopak upierdliwego klienta grzecznie obsłużył, podziękował, życzył dobrego dnia, a na koniec jeszcze stwierdził: "Takich to czasów dożyliśmy, że gówniarze muszą kultury starszych uczyć".
Wiecie, myślałam, że książęta na białych rumakach już wymarli, ale jeszcze żyją. A ja coraz częściej bywam w tej księgarni, żeby na tego księcia zapolować ;)
Moi „rodzice” od zawsze przekładali alkohol nad rodzinę. W lodówce mogło być samo światło (o ile prąd był aktualnie zapłacony), byle na wódkę starczyło.
Dzień Dziecka – nawet nie liczyłam, że ktoś będzie o mnie pamiętał. Aż tu nagle mama mojego chłopaka przynosi nam kawę i ciasto – a do tego mega porcję lodów, kładzie na stole, ściska mnie i mówi, że to na Dzień Dziecka.
Chyba nie muszę pisać, że przez następne 10 minut uspokajał mnie chłopak, bo tak wzruszyła mnie ta sytuacja, że wyłam jak bóbr.
Czy to jest w porządku, że mój mąż, nauczyciel liceum, lajkuje zdjęcia uczennic na Facebooku?
Może brzmi to dziwnie, ale przeglądając znajomych mojego męża na Facebooku, zauważyłam wiele aktualnych i byłych uczennic liceum, w którym uczy. I nie byłoby w tym generalnie nic dziwnego z uwagi na to, że ma również w znajomych uczniów płci męskiej i jako wychowawca wykorzystuje Facebook i Messenger do kontaktu z uczniami (powszechna praktyka w jego szkole). Jednak przeglądając profile tych dziewczyn, zauważyłam, że mąż notorycznie lajkuje ich zdjęcia. To są takie selfie z dziubkiem, pupą do tyłu, jednej ostatnio było nawet widać nagie stopy.
Czy to jest stosowne? Znam się z nauczycielami z jego szkoły i widzę, że oni klikają „lubię to” co najwyżej w posty uczniów, które nie są szkodliwe, żadne tam selfie.
Wiem, że mój mężczyzna to w głębi kobieciarz. Często komentuje urodę aktorek, jego idolami i wzorami są na przykład piosenkarze, którzy śpiewają erotyczne piosenki, często o przeżyciach seksualnych z młodszymi kobietami. Przed małżeństwem taki nie był, ale jestem w stanie zrozumieć, że może doceniać estetycznie wygląd dorosłych kobiet. Wiem, że taka nastolatka jest teoretycznie dojrzała seksualnie, ale ja widzę ewidentną różnicę zarówno w wyglądzie, jak i w mentalności i uważam, że jeśli mężczyzna wzdycha do takich kobiet, to jest coś z nim nie tak.
To wszystko powoduje, że czuję się ze sobą gorzej. Mam już 40 parę lat, nie będę młodsza, boję się, że mnie zastąpi inną za parę lat. On trzyma się bardzo dobrze fizycznie, nawet lepiej niż ja, bo przeżyłam swoje psychicznie i przez to wydaję się starsza, niż jestem w rzeczywistości.
Próbowałam rozmawiać z nim na ten temat, ale raz powiedział, że nic takiego nie pamięta, że może to przypadkowo. No ale nie wierzę mu, skoro zdjęcia tej samej dziewczyny lajkuje któryś raz z rzędu. Innym razem przyznał: „Nawet jeśli jest ładna, to w czym masz problem?”.
Zatem czy moje obawy są słuszne, czy po prostu jestem zbytnio zazdrosna i przesadzam? Dodam jeszcze, że mój mąż jest mężczyzną bardzo kulturalnym i inteligentnym. Gdy zwierzyłam się z tego przyjaciółce i pokazałam jej te zdjęcia, stwierdziła, że nie spodziewała się tego po nim i źle to o nim świadczy. Mąż jest bardzo lubiany w szkole, potrafi bardzo dobrze rozumieć się z młodzieżą, ale dla mnie to pewne przekroczenie granicy i uważam, że nie powinien tego robić, nawet jeśli chce sprawiać wrażenie „tego fajnego nauczyciela”.
Zacznijmy od tego, że mam małą twarz i jestem drobna. Nawet jak mi się przytyje, to nie widać tego na mojej buzi.
Zaszłam w ciążę i urodziłam dziecko. Rodzina i najbliżsi przyjaciele wiedzieli. Na social mediach w tym czasie wstawiałam zdjęcia od biustu w górę albo siedząc za stołem, tyłem itd., więc jak ktoś nie wiedział, to i by się nie domyślił. Mam interesujący profil, bo dużo podróżuję i chodzę po fajnych restauracjach i miejscówkach, sporo ludzi mnie z tego względu „podgląda” (nie, nie jestem żadną influencerką ani nic w tym stylu).
Po porodzie nie zasypałam mojego profilu milionem zdjęć dzidziusia. Na dobrą sprawę kontynuowałam ten sam kontent co przed porodem.
Niedawno, po ponad roku od urodzenia, wstawiłam jedno zdjęcie z moją córeczką (dziecko tyłem, bo nie chciałam jej zdjęć w internecie) z podpisem, który potwierdzał, że to moje dziecko. I tu zaczęło się coś, co mnie rozwaliło, rozśmieszyło i pokazało, jak wiele żałosnych ludzi bez własnego życia jest w około. A mianowicie wiadro pomyj w komentarzach i wiadomości od znajomych, z którymi nie rozmawiałam wieczność (albo tacy, z którymi tylko wysyłamy sobie „wesołych świąt”). Byli oburzeni, że nic nie wiedzieli i jaka to ze mnie koleżanka, że nic im nie powiedziałam itd. Również obcy, z którymi nic mnie nie łączy, stwierdzili, że czują się oszukani... i jaka to ze mnie celebrytka, że twarz dziecka ukrywam...
Ludzie, naprawdę?!
Z Mają braliśmy ślub 2 lata temu. Planowaliśmy niewielkie wesele (max 40 osób) z powodu finansów. Chcieliśmy kupić mieszkanie i żal nam było wywalać kasę na nie wiadomo jak duże przyjęcie. Wtedy do akcji wkroczył jej ojciec, który powiedział, że w ramach prezentu dołoży nam brakującą kwotę do wesela marzeń swojej córki. Znałem go już trochę i wiedziałem, że może się to źle skończyć, może nam to potem wypominać itp., Maja jednak szła w zawarte, że ojciec tego nie zrobi, że skoro go stać i sam oferuje, to możemy przyjąć taki prezent. Przystałem na propozycję, w końcu to jej rodzina. Doprosiliśmy kolejne 30 osób, wynajęliśmy inną salę i lepszego fotografa – wyszło za to około 15 tysięcy (już dokładnie nie pamiętam). Ojciec mojej lubej jeszcze się dopominał, że co tak mało, on planował co najmniej 30 tysięcy dać.
Tydzień przed weselem, kiedy całość już była zapłacona, lista gości klepnięta, a wódka się mroziła, szanowny ojczulek zażądał zwrotu pieniędzy. I to natychmiast! Bez żadnego konkretnego powodu. Maja błagała go, żeby się wstrzymał i że oddamy wszystko po weselu. Nie zgodził się. Zaczął układać bajeczkę o długach, że mu nogi połamią, jak nie odda, i tym podobny szajs. Pożyczaliśmy od kogo się da, w tym i z chwilówek, żeby oddać dług. Ja wiem, że to nie jest jakaś bardzo szałowa kwota, ale tuż przed weselem, kiedy też wpłaciliśmy zaliczkę na mieszkanie, obydwoje byliśmy goli i weseli.
Oczywiście, teściowi nic nie groziło. Chciał sobie kupić lepsze auto na wesele, żeby mieć czym błyskać przy rodzinie.
Po namowach narzeczonej (nadal byliśmy przekonani, że teść wmieszał się w jakieś podejrzane towarzystwo) zaprosiliśmy go na wesele. Był dumny jak paw. Kilku gościom nawet powiedział, że to za jego pieniądze. Kiedy prawda wyszła na jaw, to znaczy kiedy zobaczyliśmy nowe auto pod kościołem, wpadłem w szał. Już nie chodziło o pieniądze, choć zaczynać życie małżeńskie od długów nie jest szczytem marzeń, to najbardziej bolało mnie to, ile Maja wylała łez przez ostatnie dni. Zamiast cieszyć się z wesela i ślubu, obydwoje myśleliśmy, jak my spłacimy te zobowiązania z kredytem za mieszkanie na karku i dodatkowymi obciążeniami. Teściu za to dumny z siebie, jeszcze chciał prowadzić Maję do ołtarza.
Po weselu ucięliśmy kontakt. Oczywiście teściu nie przyznał się, że chciał zwrotu pożyczki i cała rodzina po dziś dzień myśli, że to my jesteśmy niewdzięczni i wypięliśmy się na niego. Maja, choć z żalem, także urwała kontakt. Jej mama jest po rozwodzie i zawsze jest mile widziana w naszym domu, ale teść nie ma wstępu.
Co w tym aminowego? Ano to, że już mu się tak nie powodzi. Jako typowy Janusz mataczył w swojej firmie ile się da. I o wszystkim jeszcze opowiadał. Cóż, Maja o tym nie wie, ale nasłałem na niego tyle kontroli, że do dzisiaj łazi po urzędach i sądach i się tłumaczy.
Kilka lat temu zaczynałam gimnazjum.
Wiecie nowi ludzie, nowy świat. Chcesz się przypodobać.
Więc zaczęło się "że ja tego nie zrobię!? a założymy się?".
I wtedy takie niewinne "denerwuj pana od matematyki" albo "wyznaj panu od matematyki miłość" miało nie zmienić mi życia.
Pan od matmy był najlepszym nauczycielem na świecie. Może trochę nieogarnięty, ale tłumaczył świetnie. Był jednym z tych nauczycieli, który nie wstawiał uwag, ale spokojnie tłumaczył i droczył się z uczniami. Ale niestety w drugiej klasie gimnazjum nas opuścił. Akurat wtedy moje "chyba się w panu zakochałam" podczas zakładu
przerodziło się w coś jakby znajomość. Ostatni miesiąc siedziałam z nim przy biurku i przegadałam.
Zostawił nas w trzeciej klasie, ale dla nikogo tajemnicą nie było w jakim LO teraz uczy.
Wybrałam je. Nie ze względu na niego, ale na kierunek. W sumie myślałam, że nawet nie będziemy na siebie wpadać.
Jak bardzo się myliłam. Przez 3 lata liceum stał się moim najlepszym przyjacielem. Powiernikiem tajemnic i osobą, której ufam bardziej niż zgrai gówniarzy w moim wieku. Spędzałam z nim dużo czasu. Prawie 25 lat różnicy między nami nie sprawiało problemu.
Nie. Nie był moim kochankiem. Jako gówniara może o tym myślałam. Potem poznałam jego dzieciaki i żonę. Uwielbiam ich. Tak cholernie lubię jego rodzinę.
Prezenty na urodziny, Dzień Nauczyciela, święta - to już tradycja.
Teraz, gdy w tym roku skończyłam szkołę i już nie widzę codziennie tego jego uśmiechu, głupiej miny, którą robiliśmy do siebie mijając się na korytarzu, zaczynam rozumieć co to tęsknota. Chodziłam do szkoły w sumie tylko po to, żeby powiedzieć mu "uśmiechnij się".
Moja klasa już o mnie zapomniała. A dziś obudziłam się, a na telefonie wiadomością od byłego nauczyciela, żebym się uśmiechnęła.
To jest prawdziwy przyjaciel, a nie "przyjaciele z klasy", którzy zapominają cię 2 tygodnie po maturze.
Czasami warto powiedzieć do nauczyciela coś miłego. W moim wypadku wystarczył jeden durny zakład.
Oto jak przypadki wpływają na nasze życie.
Mój mąż ostatnio zaczął chodzić na siłownię. W sumie to się z tego cieszę, bo przez ostatnich kilka miesięcy marudził, jaki to on ma brzuch, że forma nie taka (dla mnie nadal jest najprzystojniejszy). Na ową siłownię chodził wieczorami, bo czasu do południa nie było. Po kilku tygodniach zauważyłam, że coraz częściej pisze z kimś SMS-y. Nie jestem wścibska, nie zaglądam do jego telefonu. Zauważyłam tylko, że kontakt zapisany jest jako Misiek. Pierwsza myśl wiadomo jaka – zdradza mnie. Ba! Nawet zaczął wychodzić wcześniej na tę swoją siłownię, wracał też później. Nie chciałam robić mu awantury o coś, co mogło być pierdołą. Miałam jednak plan – mieliśmy jechać do moich rodziców. Mój luby jednak nie pojechał, bo nie dostał urlopu. „Jasne, nie dostał” – myślałam. Chciałam go z nią przyłapać. Nie wiem jak, po prostu chciałam mieć dowód. Wróciłam dzień wcześniej i przyłapałam mojego męża z Miśkiem. Misiek okazał się facetem. Nie, nie przyłapałam ich razem w łóżku. Przyłapałam ich na remoncie mojej kuchni, na remoncie, o którym marzyłam od dwóch lat.
Co się okazało?
Mój mąż przypadkiem spotkał na siłowni, do której chodził, kolegę ze studiów. Kolega potrzebował pomocy w remoncie pokoju dla dziecka i się dogadali. Jeden pomaga drugiemu, żeby zaoszczędzić na pieniądzach, a mój kochany mąż postanowił zrobić mi niespodziankę. A Misiek? To pseudonim od nazwiska, wołano na niego tak już od podstawówki i tak się przedstawiał wszystkim.
Czekałam na mamę i siostrę koło przymierzalni w jednej z warszawskich galerii. Obok mnie stał typowy Sebix. Czekał na swoją lubą, przeglądając coś na telefonie. Po kilkunastu minutach Karynka opuściła przymierzalnię i zwróciła się do dresika:
– Chodź już, nie chcę nic wziąść.
Sebix zmarszczył brwi i stanowczo odpowiedział:
– WZIĄĆ! Gdzie ty tu, kurna, widzisz „ś”?
Karynka spojrzała z grymasem na swego polonistę i odeszła z wyraźnym fochem na twarzy.
Tak więc już wiemy, jak wygląda życie po polonistyce :D
Dodaj anonimowe wyznanie