#npp0m

Iks lat temu (będzie z dziesięć?) mojego ówczesnego, ukochanego chłopaka (przyjaźnimy się do dziś) ciężko pobiły naćpane gnoje, kiedy wracał z nocnej zmiany w pracy. Przez nich do końca życia będzie miał problemy z oczami.

Pomimo złapania ich i zawleczenia przed sąd, zostali.... uniewinnieni! Plecy rodziców - o czym dowiedzieliśmy się później - wcześniejsza niekaralność i młody wiek, of kors...
Stwierdziłam, że tak tego nie zostawię. Popytałam gdzie trzeba, zbierałam pieniądze przez czas jakiś...

Ja wiem, jest to okropne, nikogo nie będę do tego namawiać, ale poprosiłam o "pomoc" pewnych panów. Wytłumaczyli im bardzo dosadnie, nie przesadzając, że odpowiedzialność za popełnione czyny należy ponieść, a nie zasłaniać się znajomościami tatusia...

Nikt o tym nie wie, nawet mój były partner.

#xLkRs

Jakiś czas temu postanowiłam pobawić się w Ivana Pawłowa. Nie mam psów, więc moją ofiarą padły rybki.

Najpierw gaszę im lampkę w akwarium, a dopiero po chwili wsypuję jedzonko.
Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie tej satysfakcji, gdy płyną ku górze za każdym razem, gdy odbiorę im światło. Póki co nikt, oprócz rybek, o tym nie wie.

#emW6t

Pierwszy raz ze śmiercią zetknęłam się, gdy miałam 12 lat. Zmarł mój ukochany dziadzio. Wszyscy myśleli, że będę płakać i rozpaczać, a ja nie czułam w ogóle smutku. Pamiętam, że czułam ciekawość. To były czasy, gdy od śmierci do pogrzebu ciało leżało w domu, w trumnie. Długo siedziałam przy dziadku i go obserwowałam. Dotykałam jego zimnej skóry, bo ciekawiło mnie, jak ją czuć po śmierci. Robiłam nawet zdjęcia, choć nigdy ich nie wywołałam. Na pogrzebie też nie płakałam. Śmierć po prostu już wtedy była dla mnie czymś normalnym, naturalną koleją rzeczy. 
Kilka lat po dziadku zmarła babcia. I znowu nie czułam w ogóle smutku, przyjęłam to ze spokojem. Cała rodzina płakała, a ja myłam i przebierałam babci ciało, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Tak samo mam ze zwierzętami. Miałam psa, był moim najlepszym przyjacielem przez 16 lat. Zawsze ze mną spał, razem przeżyliśmy milion pięknych przygód. Gdy zachorował, trafił do lecznicy. Codziennie przy nim siedziałam, gdy leżał pod kroplówką. Trzeba było go uśpić, miał nieoperacyjnego raka wątroby z przerzutami. I znowu nic. Trzymałam go za łapkę, gdy odchodził. Mówiłam do niego i głaskałam. I w ogóle nie było mi smutno. Cieszyłam się, że nie będzie już więcej cierpiał, cieszyłam się, że mogłam mu dać tyle szczęśliwych lat życia.
Miałam też koty, szczury, jaszczurki i króliki. Kochałam je wszystkie, dbałam o nie, miały najlepsze życie jakie tylko zwierzak może mieć, bo zawsze byłam odpowiedzialna, dużo czytałam o ich potrzebach i zapewniałam im najlepsze warunki. Ale gdy umierały, przyjmowałam to ze spokojem i bez smutku.
Nie wiem dlaczego tak mam. Dlaczego śmierć nie wzbudza we mnie smutku. Myślę czasem o śmierci moich rodziców i to też nie wzbudza we mnie emocji, choć bardzo ich kocham i są dla mnie najważniejszymi ludźmi na świecie. Mam tylko nadzieję, że mama umrze pierwsza. Bo wiem, że tata sobie bez niej poradzi, ale mama bez taty już nie.
Choroby i cierpienie wzbudzają we mnie ogromny smutek, ale śmierć nie. Gdy czytam, że jakiś człowiek, dziecko czy zwierzę cierpi, to czuję, jakby serce pękało mi na milion kawałków. Uważam, że jestem bardzo wrażliwa, czasem nawet za bardzo. Potrafię przepłakać całą noc, gdy przeczytam artykuł, że ktoś znęcał się nad psem. Gdy poznałam historię Kamila z Częstochowy, nad którym znęcał się ojczym, płakałam przez cały tydzień. Nie potrafię pogodzić się ze złem, nienawiścią, gwałtem, cierpieniem. Ale śmierć mnie nie boli, wręcz nie rusza. Gdy czytam historię, że ktoś zabił człowieka, dziecko lub zwierzę, ale stało się to szybko i bezboleśnie, to w ogóle nie wzbudza to we mnie emocji.
Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego tak mam, bo zdaję sobie sprawę, że nie jest to normalne, a przynajmniej nie powszechne.

#MYVt6

Lata temu w podstawówce miałem nauczycielkę, której jedną z metod pedagogicznych było szarpanie za włosy. Zemsty (spontanicznej) dokonałem w trakcie cyklicznej wizytacji kontrolnej pani z Kuratorium Oświaty. 
Pani nauczycielka oczywiście obłudnie milusia, grzeczna, do rany przyłóż, bo w ostatniej ławce siedzi pani kontrolerka. W połowie lekcji jakiś mój kolega zaczął dokazywać, a nauczycielka wtedy oczywiście grzeczniutko-milutko zwraca mu uwagę. Wtedy odzywam się ja: A dlaczego nie poszarpie go pani za włosy, tak jak zwykle to pani z nami robi?
Kontrolerka robi wielkie oczy, nauczycielka czerwona na obliczu jak flaga ZSRR, klasa ryczy ze śmiechu.

Po tej wizytacji już nigdy nie było przemocy ze strony tej nauczycielki w klasie. Babka nie śmiała też uskuteczniać wobec mnie żadnej zemsty. Po tej całej akcji nieco przytyłem, bo klasa jeszcze chyba z tydzień kupowała mi, jako bohaterowi, przysmaki w szkolnym sklepiku.

#9JiJe

Gdzieś tak rok temu spotkała mnie pewna trochę wstydliwa, ale też całkiem przyjemna sytuacja.

Gdy byłam w szkole, chciało mi się bardzo siku, ale postanowiłam wstrzymać się z pójściem do łazienki, bo przecież i tak miałam za niedługo wracać do domu. Po lekcjach, jak to zwykle było, musiałam wracać do domu pieszo, a mam do niego 3 km. Pierwszy kilometr nie był jeszcze taki zły, bo już nieco mniej chciało mi się siku, jednak już po dwóch kilometrach poczułam, że zaraz nie wytrzymam, ale mimo to próbowałam dać radę się nie posikać. Jakoś wytrzymałam, ale okazało się, że rodziców nie ma akurat w domu... Zadzwoniłam do nich i powiedzieli mi że za godzinę będą i mam poczekać pod domem. Już naprawdę nie mogłam wytrzymać, ale niestety nie miałam gdzie się wysikać, bo jakbym poszła w krzaki, to każdy by widział, co robię. Z minuty na minutę coraz bardziej mi się chciało siusiu, aż po 30 minutach postanowiłam się poddać i po prostu się zsikać w spodnie. Miałam wtedy jasne jeansy na sobie, ale na szczęście nikt nic nie zauważył. Na początku mi było wstyd za to, co zrobiłam, ale w sumie po chwili zauważyłam, że to jest strasznie przyjemne, a jaką ulgę w tamtej chwili poczułam... Po 30 minutach rodzice wrócili do domu, ale na szczęście spodnie zdążyły mi wyschnąć, bo na dworze było ciepło.

I przez taką sytuacje lubię czasem sikać w majteczki, jak jestem sama w domu, bo to naprawdę jest całkiem przyjemne uczucie :)

#PNQY8

„Przerażające. Ty nie straciłaś części życia, tylko już na zawsze (bez urazy) masz życie zniszczone.
Życzę ci, żebyś znalazła osobę, której będziesz w stanie to opowiedzieć na żywo”.

To komentarz, który ktoś lata temu dodał do mojego wyznania, nqsPf. Dziś natknęłam się na zapisany kod, wkleiłam w przeglądarkę, nie wiedząc, co tam znajdę, i przeczytałam je ponownie.

To historia o tym, jak okrutne znęcanie się nade mną ze strony rodziny doprowadziło mnie do PTSD, niemożności nawiązania bliskich relacji, uważania się za osobę niegodną miłości i wsparcia.

Zszokowało mnie to, co tam przeczytałam. Lata terapii ze specjalistą, samopomocy i medytacji zatarły te wspomnienia w moje głowie, nie mam już flashbacków, za to mam przyjaciół. Tylu, że znajomi pytają mnie, jak ja to robię, że w dorosłym życiu jestem w stanie utrzymywać tyle bliskich relacji. Przeszłam szalenie długą drogę, jestem szczęśliwa. Aby wyleczyć moją traumę, musiałam poświęcić lata na zrozumienie ludzkich emocji, relacji, naukę współczucia dla samej siebie oraz dla innych, a to poskutkowało rozwinięciem naprawdę dobrej umiejętności tworzenia i utrzymywania ciepłych, zdrowych relacji.

Dalej wybucham, dalej się czasem wstydzę, dalej jestem niepewna siebie i obwiniam się bez sensu. Ale w każdym momencie, kiedy jest mi trudniej, mam więcej wsparcia, niż potrzebuję. Wiedzą o tym, co przeszłam – jedni trochę, inni wszystko.

Na początku wchodziłam w niezdrowe relacje, z ludźmi traktującymi mnie źle, ale stopniowo zaczęli się pojawiać w moim życiu ludzie, którzy są dla mnie po prostu dobrzy, a ci, którzy nie byli, nagle zaczęli odchodzić. Teraz szokuje mnie i wzrusza ten cały szacunek, wsparcie i dobroć, którą otrzymuję. Niedawno rozstałam się z chłopakiem po długim związku, i ból, który czułam, był niczym w porównaniu ze szczęściem i wzruszeniem wywołanymi pomocą, którą otrzymałam od moich przyjaciół. Czuję, że póki mam ich, wszystko przetrwam.

Ogromną satysfakcję sprawiło mi przeczytanie tego komentarza kilka lat później. Okazuje się, że nawet po czymś takim można się pozbierać i być szczęśliwym. Może doda to trochę otuchy komuś, kto przeszedł przez coś podobnego i nie widzi dla siebie nadziei. Ja też nie widziałam, ale moje życie jest teraz lepsze, niż kiedykolwiek sobie to wyobrażałam. Mam przyjaciół, wygodne i dość dostatnie życie, pracę, w której czuję się spełniona, potrafię miło spędzać wolny czas sama i z innymi. Do wszystkiego doszłam sama, mimo wszystkich utrudnień. Nie tak łatwo jest zniszczyć człowieka.

#KgvmJ

Historia z mojej strony może nie za bardzo anonimowa, ale dla jej bohatera na pewno :) Całość dzieje się za granicą, w pewnym niemieckojęzycznym kraju.

Mieszkamy na dużym osiedlu, na drugim piętrze. Po jednej stronie bloku są balkony, ale umiejscowione w ten sposób, że nie da się między nimi przeskoczyć czy po nich wejść. Teoretycznie.

Którejś nocy wychodzę zapalić na balkon. Godzina grubo po północy, więc całe osiedle śpi, oświetlone słabymi lampami. Między nimi przechadza się jakiś człowiek, jego krok wskazuje, iż powraca właśnie z ciężkiej libacji. Jakoś tak wyszło, że zrobiłam lekki hałas, co przyciągnęło uwagę delikwenta. Patrzy na mnie spod lampy i woła do mnie po niemiecku. Ogólnie rzecz biorąc rozpływał się nad moją urodą (co ciekawe, bo nie był w stanie mnie widzieć w ciemności), wyznawał mi miłość i pytał, czy zejdę do niego. Ja mu mówię, że nie, więc Romeo proponuje, że sam do mnie przyjdzie. Dogasiłam papierosa, zawołałam, że niech przychodzi, ja czekam, i udałam się do łóżka.

Obudziło mnie stukanie do okna. Zerwałam się jak oparzona - podkreślam, mieszkamy na drugim piętrze. Na balkonie tymczasem stał mój Romeo i prosił, żebym go wpuściła do środka. Pobiegłam przerażona do taty, który spał w pokoju obok. Mówię mu, że ktoś jest na balkonie, a on rzuca tekstem w stylu "nie rób sobie jaj o tej godzinie". W końcu jednak udaje się go przekonać, żeby podszedł do mojego pokoju... no a potem rzucił się w stronę balkonu. Podchodzi do kolesia i rzuca mu wiązankę po niemiecku o własności prywatnej. Jednakże, jak każdy Polak w chwilach uniesienia, przeplata je "sk***ami" i "ch***ami za***ymi". Facet stoi w drzwiach i ma minę, jakby łączył wątki. W końcu, gdy tata robi przerwę na oddech, patrzy na niego i mówi po polsku: "Panie! Gdybym wiedział, że Polacy, to bym drzwiami wszedł! Flaszkę bym przyniósł! To miłość jest, nie można z tym walczyć! Pan rozumie!".

Tate na chwilę zatkało, ja parsknęłam śmiechem. Ogólnie rzecz biorąc atmosfera się rozluźniła, więc po prostu zaprowadziliśmy delikwenta do drzwi wejściowych i poprosiliśmy, żeby następnym razem po prostu zadzwonił. On zapisał sobie nasz adres w telefonie i obiecał, że jutro przyjdzie i mi kwiaty na przeprosiny przyniesie, i ojcu flaszkę wódki.

Nie przyszedł, zapomniał o swojej Julii na balkonie, albo zeżarł go kac. A my nazajutrz zrobiliśmy z tatą dokładny przegląd bloku i dalej nie mamy pojęcia, jak on mógł się wdrapać na to drugie piętro.

#vVEon

Parę lat temu spędzałem wakacje z moją ówczesną dziewczyną, mieliśmy taką wakacyjną pracę. Któregoś razu, wróciliśmy dość późno z rozklejania plakatów i marzyłem tylko o tym, żeby iść spać, ale jej zachciało się amorów. Ostatecznie się zgodziłem i zabrałem się do dzieła, schodząc coraz niżej, żeby zrobić jej dobrze, ale poczułem wielką senność. Po chwili obudziło mnie walnięcie w głowę i krzyk: ''Nie śpij!''. Tak, zasnąłem z palcem w pochwie mojej dziewczyny.

Nie odzywała się do mnie trzy dni.
Dodaj anonimowe wyznanie