Ostatnio rozmawiałyśmy w pracy o szefie, który, jak by to ująć... lubi szukać wrażeń. Taki typ pocieracza, co to dotknie, tak niewinnie, że niby nie ma się do czego przyczepić, ale jednak niesmak pozostaje.
Szef wszedł do hali, kiedy właśnie opowiadałam, jak to podejrzanie intensywnie badał zawartość regałów w magazynku, kiedy tam byłam, oczywiście ocierając się o mnie, jak to miał we zwyczaju.
Było oczywistym, że już dłuższą chwilę musiał tam stać i się przysłuchiwać... Cóż było robić, na jego niewinne pytanie: „Co słychać?”, odpowiedziałam: „Tak, o tobie opowiadamy, idź, nie podsłuchuj”.
Ciekawe, czy teraz zmieni swoje zachowanie ;)
W 2010 roku, kiedy chodziłam do 4 klasy, jechaliśmy na wycieczkę szkolną na 2-3 dni. Jestem ze wsi i wtedy ani ja nie jeździłam na żadne dalsze wyjazdy, ani moi rodzice, więc nie mieliśmy walizki ani nawet żadnej torby i mimo moich próśb o jej kupno, zostałam spakowana w zwykłą wieeeelką sklepową reklamówkę.
Nikt nie robił mi z tego żadnych docinek, ale i tak było mi wstyd.
Mój tata jest weterynarzem. Takim z poczuciem humoru. Wczoraj przyszedł do domu i miał dziwny wyraz twarzy, więc pytam, czy wszystko OK. Tata tylko westchnął i usiadł. No więc pytam, jak było w pracy, a on na jednym wdechu: „Musiałem dziś wytłumaczyć kobiecie, że kleszcze, które usuwała pęsetą z brzucha swojej suczki, w istocie były brodawkami...”.
To są takie momenty w życiu, kiedy wstaję bez słowa i otwieram tacie browarka :v
Moim marzeniem było mieć zwierzątko.
Spełniło się. Dostałam wszy...
Mój poziom niezdecydowania przekraczał już wszelkie granice. Potrafiłem kilkanaście razy zmieniać zdanie odnośnie do najprostszych zakupów – papieru toaletowego, masła, mleka... Powrót z połowy sklepu, by wymienić jakiś produkt dwa lub nawet trzy razy. Kupowanie ubrań to już totalna maskara. Obejście całej galerii po trzy, cztery razy i wyjście z niczym, choć buty znoszone, a T-shirt rozciągnięty.
Z tej sytuacji pomógł mi wyjść mój przyjaciel. Poprosił, bym mu zaufał i zdał na niego. Oczywiście długo się wahałem, ale w końcu uznałem, że już mam serdecznie dość siebie i zgodziłem się.
Podobno Winston Churchill podczas wojny ubierał się codziennie w ten sam kombinezon, twierdząc, że nie ma czasu na wybieranie ubrań... Przyjaciel wziął mnie do sklepu, przymierzyłem jeden T-shirt, jedną bluzę i jedne jeansy. Potem jedne buty. Jedną koszulę. Oraz jedną kurtkę. Po czym pojechaliśmy do sklepu spożywczego. Zrobiliśmy zakupy najbardziej podstawowych produktów. Masła, mleka itp. Wróciliśmy do mnie i przyjaciel powiedział, by dać mu dwa, może trzy dni.
Kupił mi zapas T-shirtów na rok. 10 czarnych, 10 białych i 10 beżowych (lubię ten kolor), do tego też bluzy męskie, spodnie identyczne cztery pary. Butów cztery pary, sneakersy, takie same wszystkie. I wiele innych podobnych zestawów. Wywalił wszystkie ciuchy z mojej szafy, ułożył wszystkie nowe, tak by miało to sens. Spędził na tym wszystkim ponad tydzień.
Moje życie stało się piękniejsze. Wybór ubrań rano nie trwa już godzinę lub dłużej, a 10 minut. Zakupy robię zawsze te same, zmieniając tylko składniki główne, np. kurczak zamiast wieprzowiny.
To tylko wierzchołek góry lodowej, którą jest praca, jaką dla mnie wykonał. Takiego przyjaciela ma się jednego na całe życie...
Tomku, wiem, że czasem tu zaglądasz – dziękuję. Jesteś moim wybawieniem.
Spotykałam się z pewnym człowiekiem. Było nam naprawdę dobrze pod wieloma względami, podobne poczucie humoru, wspólne hobby, muzyka i filmy.
Ale oczywiście musi być jakieś „ale”. U nas problemem okazały się poglądy.
Od razu mówię, że nie oceniam ludzi po poglądach. Każdy może myśleć co chce i żyć jak chce. Mam znajomych i osoby w rodzinie o zupełnie innych poglądach i w ogóle mi to nie przeszkadza. Jednak życie chciałabym spędzić z kimś, kto myśli podobnie do mnie.
Pierwszym problem było podejście do homoseksualizmu i osób innych ras. Ja jestem tolerancyjna, uważam, że wszyscy jesteśmy równi, bez względu na płeć, kolor skóry, czy orientację. On był bardzo anty. Obraźliwie i pogardliwie wypowiadał się o czarnoskórych i Azjatach. Twierdził też, że nie chciałby, aby jego dzieci wychowywały się w świecie, w którym homoseksualizm jest czymś normalnym. Ja nie chcę, by moje dzieci wychowywały się w świecie, w którym homoseksualizm jest czymś nienormalnym. Gdy pytałam, co w przypadku, gdyby nasze potencjalne dziecko okazało się homo, odpowiadał, że tak by się nie stało, bo on swoje dzieci będzie wychowywał na osoby hetero. Dla mnie już to było pierwszym znakiem, że nie możemy tego ciągnąć, bo nie dogadamy się w kwestii wychowania ewentualnych dzieci. Ale on prosił, bym dała mu szansę i nie oceniała przez pryzmat poglądów.
Drugą sprawą było podejście do zwierząt. Mam kota, niewychodzącego. On twierdził, że go krzywdzę, że mój kot jest nieszczęśliwy, bo nie może sobie pobiegać, polować, ani bzykać, a taka jest natura kotów. I że kot zamknięty w domu nigdy nie będzie szczęśliwy. Mówił też, że nie chce mieć w domu psów, psy tylko przy budzie albo w kojcu. Ja zawsze miałam zwierzęta, które spały ze mną w łóżku i w przyszłości mam w planach adoptować psa. I mój pies będzie spał ze mną w łóżku.
To był drugi argument, dlaczego nie możemy być razem. Po prostu nie dogadalibyśmy się w przyszłości.
W końcu zerwałam tę znajomość, a on opowiadał o mnie znajomym i rodzinie, że jestem nawiedzoną feministką, nie toleruję jego poglądów i chciałam go na siłę zmienić. A to właśnie było wręcz przeciwnie. Dlatego, że toleruję odmienne poglądy i nie chcę, by je dla mnie zmieniał, uznałam, że lepiej to zakończyć. Bo swoich poglądów też zmieniać nie zamierzam, a pola do kompromisów tutaj nie widzę. Powiedziałam mu, że obojgu nam będzie lepiej, gdy znajdziemy sobie kogoś o podobnym światopoglądzie.
A jedyne co usłyszałam w odpowiedzi, to wyzwiska i oskarżenia, że jestem typową lewaczką, która wymaga tolerancji swoich poglądów, ale nie toleruje poglądów innych.
Nie toleruję to ja braku logicznego myślenia.
Moje wieloletnie małżeństwo przez długi czas bardzo powoli opuszczało gorącą i wilgotną strefę klimatyczną, docierając na dość daleką, jesienną północ, gdzie jest szaro, ponuro, a wiatr duje, jakby się kto powiesił. Rutyna, wpełzająca w zakamarki świadomości obojętność, przyzwyczajenia i dogorywające po kątach marzenia w subtelny, ale skuteczny sposób wypędziły z naszego życia radość, namiętność i parę innych pozytywów. Uświadomiłem to sobie pewnego dnia, gdy syn wyjechał na studia i zostawił pusty pokój, w którym od zawsze chciałem mieć mój hobbystyczny kącik. Teraz wreszcie mogłem go mieć, ale już mi się właściwie odechciało.
Po dłuższych przemyśleniach zrezygnowałem z działań typowych dla kryzysu średniego wieku i postanowiłem spróbować reanimować nasz związek. Dlaczego nie umówić się na randkę? Po raz pierwszy od wielu wielu lat. Zamówiłem stolik w dobrej restauracji i zadzwoniłem do żony z prośbą, aby po pracy do niej przyszła. Była mocno zaskoczona, ale zgodziła się bez marudzenia. Przyszedłem odrobinę po czasie, rozejrzałem się, szukając jej na sali i nie znalazłszy, usiadłem przy stoliku.
Chwilę później podeszła nieznajoma mi kobieta, uśmiechnęła się promiennie, przywitała i zajęła miejsce po drugiej stronie. Totalnie zaskoczony odwzajemniłem uśmiech i słuchałem, co mówi, starając się ogarnąć rzeczywistość. Po chwili domyśliłem się, że pomyliła nie tyle stoliki, co osobę, z którą miała się spotkać. Okazało się, że moje domysły były słuszne, a ona faktycznie przyszła na randkę w ciemno. Udało mi się w dowcipny sposób wyjaśnić nieporozumienie i tajemnicza dama, dość mocno rozbawiona, przesiadła się na właściwe miejsce.
Po chwili podeszła moja żona, która, jak się okazało, od początku obserwowała całą sytuację, ponieważ weszła na salę krótko po mnie. Była mocno wkurzona, choć wyraźnie powściągała ekspresję emocji. Mimo że wyjaśniłem genezę zdarzenia, miała do mnie poważne pretensje. Jej monolog był mocno dołujący i krzywdzący. Mój radosny nastrój uleciał i ustąpił miejsca dość zimnym przemyśleniom. Siedząc i słuchając jej marudzenia, zauważyłem, że tajemnicza nieznajoma dość często popatruje w moim kierunku, najwyraźniej niespecjalnie zainteresowana mężczyzną, z którym się spotkała. W pewnym momencie wszedłem dość brutalnie żonie w słowo pytając: Jak sądzisz, jeśli podejdę do tej kobiety i zaproponuję jej, aby ze mną poszła... Zostawi tego człowieka i pójdzie ze mną?
Reakcja była zdumiewająca. Żona umilkła, spojrzała na mnie bardzo uważnie i po dłuższej chwili odpowiedziała: Tak, pójdzie bez wahania.
W otwarty sposób otaksowałem spojrzeniem atrakcyjną nieznajomą, następnie spojrzawszy żonie w oczy, stwierdziłem: Wolę, abyś to ty poszła ze mną.
Minęło już sporo czasu od tego zdarzenia. Klimat nie jest tropikalny, rzecz jasna. Za to mamy piękną, złotą polską jesień. Żona przestała farbować włosy, aby sprawić mi przyjemność. Praktycznie wszystko jest możliwe, jeśli dwojgu ludzi chce się chcieć. Ewentualnie znowu zachce się chcieć. Uwielbiam babie lato.
Niedawno obchodziłam swoje 18. urodziny. Rodzina ciągle się mnie pytała co takiego chcę na nie dostać, ale akurat zbierałam na coś, więc prosiłam wszystkich o pieniądze. Ale nie wszystkim się to spodobało, bo to osiemnastka, to trzeba prezent. Więc wymyślili, że kupią mi lekcje, żebym się uczyła jeździć i zdała na prawko. Moja mama sikała ze szczęścia normalnie, bo od dawna już mi zawracała głowę tym prawem jazdy, że mam zrobić, bo to super, że będę mogła wszędzie jeździć i bla bla. Problem w tym jest taki, że nigdy nie przeszkadzała mi jazda autobusem czy tramwajem i nie wyobrażam sobie siebie jako kierowcy. Po prostu. Mam dwie lewe nogi, brak koordynacji ręka-oko, a jak siedzę na miejscu pasażera, to moja mama ma mnie dość, bo jak jedziemy, to zawsze mówię: „Jedź wolniej, zaraz wjedziesz mu w dupę” i ogólnie sram w gacie. Więc rodzince kategorycznie zabroniłam kupowania mi lekcji itp. W dniu urodzin, podczas wręczania mi do rąk koperty, już wiedziałam, co to jest. Więc jednak mi kupili. Potem, gdy rozmawiałam z mamą, zostałam nazywana egoistką, bo nie doceniam prezentu, że rodzina się tak wykosztowała.
Ja to naprawdę doceniam, uwierzcie mi, wiem, jaki to był wydatek i to naprawdę miły gest... ale ja się do tego nie nadaję. Boję się, że prędzej zabiję siebie i instruktora, niż zdam to prawko.
Uczęszczam do technikum na kierunku informatycznym. Dzisiaj nauczyciel polecił mi podłączyć kompa, sprawdzić, czy działa, wziąłem się więc do roboty! Przewodzik zasilający, przewodzik do monitora, mysz, klawiatura i w sumie nic więcej nie potrzeba!!
Odpalam więc listwę zasilającą i nagle moje bębenki uszne wypełnia całkiem donośny huk, potem cisza w klasie i zapach spalonego kurczaka... Szybkie rozeznanie, bezpiecznik i rezystor w zasilaczu będzie do wymiany. Próba reanimacji wspomnianego elementu – znowu huk, tym razem większy niż poprzednio, tak wielki, że nauczyciel, który całą lekcję przesiaduje na swoim fotelu, podniósł się z płomykami w oczach, krytykując naszą akcję ratowniczą z brzydkim słowem na „k” w zdaniu.
Okazało się, że ktoś wcześniej przełączył standardowe napięcie wejściowe zasilacza na 115 V – którego, co ciekawe, używa się tylko w Trynidad i Tobago oraz Barbadosie (na co komu takie funkcje?!). Oczywiście ta anonimowa osoba była wielokrotnie nazywana debilem przez całe trzy godziny lekcyjne, na szczęście ja próbowałem uratować sprzęt, więc do mnie nikt nie miał pretensji...
Nikt nie wie, że to byłem ja...
...Nikt ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Od dziecka mieszkam w maleńkim miasteczku, rzadko przyjeżdża do nas ktoś nowy, ogółem taka wieś – wszędzie daleko, ale jednak blisko. Ludzie są w porządku i wszyscy się znają.
Ostatnio rodzice mojej koleżanki postanowili adoptować dziecko. Wszyscy zachwyceni, bo w końcu takie to wielkoduszne i tak dalej. Koleżanka nie była zachwycona, mamy obie dopiero po czternaście lat i była pewna, że rodzice będą próbowali ją zaciągnąć do zmieniania pieluch, podobnie jak moi mnie (mam dwanaście lat młodszą siostrę). Chciałam jej wytłumaczyć, że wcale nie jest tak źle, ale sobie odpuściłam, bo czasami rzeczywiście jest. W wielkim dniu jej rodzice w końcu mieli przywieźć jej nowego braciszka, koleżanka była troszku przestraszona, a że jesteśmy ze sobą blisko, to mnie zaprosiła, abym pomogła jej się skonfrontować, podobno mam rękę do dzieci.
Na miejscu okazało się, że moja „ręka” i tak niewiele by się zdała. Nowy braciszek mojej koleżanki ma prawie szesnaście lat, a to oznacza, że jest od nas starszy. Rodzice chcieli zrobić jej niespodziankę i nie zdradzili jej wieku nowego członka rodziny.
Chłopak okazał się naprawdę przyjemnym i przyjaznym osobnikiem. Wprawdzie na początku był ociupinkę zestresowany, ale potem poszło łatwo. Bardzo miło nam się rozmawiało.
I chyba jedynym, kto u nas na wsi nie polubił Franka, jest okoliczny ksiądz, ponieważ chłopak podobnie do mnie kategorycznie odmawia chodzenia do kościoła. Przynajmniej mam towarzysza do walki :)
Dodaj anonimowe wyznanie