Krótka historia o tym, że dzieci są jednak cudowne.
W sobotę wracałam z wyjazdu do domu z gorączką, katarem i zawalonym gardłem, ponieważ dzień wcześniej porządnie mnie przewiało. Zanim zajechaliśmy do domu, postanowiłam jeszcze wstąpić do apteki. Zawlokłam swoje obolałe po paru godzinach jazdy i rozpalone gorączką ciało do budynku, w którym znajdowała się apteka. Nie czułam się, i z pewnością nie wyglądałam, najlepiej. W kolejce przede mną stał młody tata z kilkuletnią córeczką. Mała, gdy tylko mnie zobaczyła (a raczej to, co ze mnie zostało), podeszła bliżej i powiedziała: „Dzień dobry”. Kiedy odpowiedziałam jej tym samym, szybciutko się do mnie przytuliła i poleciała z powrotem do taty.
Ten prosty gest wykonany przez tę maleńką osóbkę sprawił, że choć przez chwilę w ciągu tego całego dnia poczułam się lepiej. I odzyskałam trochę wiary w ludzi, zwłaszcza tych ciutkę mniejszych.
Dziś podczas jazdy za autobusem szkolnym byłem świadkiem dość niecodziennej sceny. Grupa uczniów bawiła się na tylnym siedzeniu, rozbawiona do granic możliwości. Niektórzy z nich przyciskali twarze do szyby, inni machali rękami i pokazywali obraźliwe gesty. W pewnym momencie dostrzegłem, jak jedno z dzieci, wyraźnie bawiąc się najlepiej, pokazało przez szybę tyłek. To był mój syn...
Mam dopiero 20 lat. Pracuję ile mogę, jestem kierowniczką sali i mam na utrzymaniu mieszkanie. Sama sobie radzę ze wszystkim. Nie powiem, lubię się napić. I mam z tym już problem. Nie wiem w sumie, czego oczekuję od tej strony. Szukam już gdziekolwiek pomocy. Zapisałam się na terapię i dwa razy odwołano mi wizytę. Niby mam już kolejną na środę. Zobaczymy, na pewno to pierwsza i ostatnia, bo mnie nie stać. Da się jakoś wyjść z tego wszystkiego inaczej? Przestawałam pić, jest jedynie ciężej.
Dziś miał być super dzień – od miesiąca czekałam na chwilę, żeby spędzić trochę czasu sam na sam z szefem, który bardzo mi się podoba. W końcu się udało! Poprosił mnie, abym po pracy pomogła mu w wyborze zdrowego żarcia w sklepie. Wystroiłam się jak głupia, a on tuż przed wyjściem rzucił: „Poczekajmy jeszcze chwilę, zaraz dołączy do nas moja żona”. No i tyle z mojego planu na romantyczne chwile z szefem. No, ale cóż... przynajmniej wyglądałam dobrze!
Mam 34 lata, żonę oraz kochane dzieciaki. Przez całe moje dorosłe życie uważałem, że alkohol jest moim nierozłącznym atrybutem. Nie było dnia, abym po niego nie sięgał. Głównie piłem piwo, lecz nigdy nie kończyło się na jednym. Później 4-pak, następnie 8-pak i więcej, i tak dzień w dzień. Jak brakowało piwa, to w grę już wchodziła wódka, drinki.
Trafiłem tu kiedyś na post pewnego członka, który opisywał swoją sytuację związaną ze swoim uzależnieniem alkoholowym. Czytałem go jak mantrę każdego dnia. Jak bardzo ja mu wtedy zazdrościłem, że się mu udało... Myślałem, czy ja kiedyś będę miał na tyle wewnętrznej siły i odwagi, aby pokonać głód alkoholowy, aby nie sięgnąć po alkohol, aby następnego dnia obudzić się trzeźwym, aby moje dziecko nie widziało mnie pijącego, aby spojrzeć w lustro i być z siebie chociaż troszkę dumnym, że zrobiłem malutki krok do lepszego jutra, do trzeźwego jutra.
Dzisiaj mija 10 miesięcy, odkąd jestem trzeźwy. Starsze dziecko „odzyskało” ojca. Poświęcam mu więcej czasu na zabawę, spacerki, spędzanie wspólnego czasu. Młodsza urodziła się, jak już nie piłem, więc nie widziała nigdy ojca z alkoholem, z czego jestem cholernie dumny. Bardzo żałuję czasu straconego przy starszym dziecku, że zamiast wspólnie go spędzać, wybierałem alkohol.
Myślałem, że nie ma dla mnie nadziei, że już nie wyjdę z tego gówna. Panowie, walczcie o to, co w życiu ważne. Nie poddawajcie się. Zawsze tli się iskierka nadziei. Ja swoją szansę wykorzystałem. Teraz po czasie uważam, że życie w trzeźwości jest dużo piękniejsze. Świat bez alkoholu jest jeszcze piękniejszy. Dziękuję wszystkim, których posty i komentarze pod nimi motywowały mnie do własnej walki z uzależnieniem. 💪Pozdrawiam
Ostatnio kichnęłam tak zamaszyście, że pękł mi drut w staniku.
Pozdrawiam.
Na WDŻR dowiedziałam się wielu „mondrych” rzeczy. Między innymi, że in vitro to nic innego jak czysty rasizm, a nauczycielka argumentowała to tym, że rodzice sobie wybierają, jak ma wyglądać ich dziecko i wybiorą najładniejszy zarodek, a oprócz tego takie dzieci są gorsze od innych i jakby się dowiedziały, skąd są, to odebrałyby sobie życie.
Najgorsze jest to, że – ku mojego zdumieniu – dwie osoby z klasy się co do tego ZGODZIŁY!!! Aborcja i antykoncepcja powodują raka szyjki macicy oraz wiele innych... Ciekawe, jakie rewelacje usłyszymy jutro i skąd ona, do cholery, bierze te bzdety!!! Całe szczęście, że już kończę tę durną szkołę.
Wstydzę się siebie.
Analizuję każde wypowiedziane na głos słowo, każdy ruch, wygląd, dosłownie wszystko. I zawsze jest mi wstyd.
Wstydzę się na tyle, że na anonimowych dodaję wyznania bez zakładania konta, żeby nie musieć wstydzić się, kiedy jakieś zostanie odrzucone.
Od pięciu lat przez alkoholizm mojej matki mieszkam z rodzeństwem w domu dziecka. W tym roku kończę 18 lat i nie wiem, co dalej mam robić. Nie podobają mi się zasady panujące w domu dziecka, dlatego chcę się wyprowadzić, ale boję się zostawić moje rodzeństwo, bo wiem, że psychicznie nie dam sobie rady bez mojej ukochanej siostry, która jest dla mnie wszystkim i wszystko jej mówię, oraz brata, który ma skończone 12 lat. Jest mi ciężko z myślą, że sobie nie poradzę w życiu dorosłym oraz skończę na ulicy. Mimo że mam plany na przyszłość, to boję się, że to mi się nie uda.
Będzie o tym, jak wyleczyłem się ze słodyczy.
Jeszcze w czasach PRL zatrudniłem się w fabryce słodyczy. Dla tych, którzy nie pamiętają tych słusznie minionych czasów: zakup większości produktów był prawie niemożliwy. Zdobycie słodyczy, które były w tamtych czasach dobrem luksusowym, powodowało ekstazę łowcy – człowiek chwalił się wszystkim dookoła, że dzięki swojej zaradności i szczęściu zdobył cukierki, draże, a może nawet czekoladę (tak mówiono na produkt czekoladopodobny).
W fabryce słodyczy dostęp do tego dobra był nieograniczony. Był tylko jeden, ale za to ściśle przestrzegany wymóg. Można było jeść odrzuty produkcyjne, ale tylko w specjalnym pomieszczeniu magazynowym i nic nie można było wynosić poza teren zakładu.
Pierwszego dnia zjadłem kilka cukierków, bo to pierwsza praca i człowiek nie chciał wyjść na dzikusa. W kolejnych dniach pozwalałem sobie na coraz więcej, ale ciągle jeszcze w granicach przyzwoitości. Działo się tak aż do pamiętnego dnia, kiedy do magicznego pokoju trafiłem sam i nikt mnie nie pilnował. Zdziwilibyście się, że można zjeść aż tyle. Wpadłem w dziki szał pożerania cukierków i innych łakoci. Nie powstrzymało mnie nawet to, że byłem już pełen i naprawdę do mojego żołądka nie miało się prawa zmieścić nic więcej.
Przeżyłem najgorszy wieczór i noc w życiu. Wymioty, zatwardzenie i biegunka jednocześnie, potworne bóle brzucha.
Z perspektywy dojrzałego człowieka mogę być tylko szczęśliwy, że nie przyprawiło to tego dwudziestoletniego przygłupa, jakim byłem, o śmierć.
Od tamtego czasu nie jem słodyczy. Nawet herbaty nie słodzę.
Dodaj anonimowe wyznanie