#IxfZK

Znacie takie przypadki, kiedy tak zwani gejmerzy znęcają się nad sprzętem, kiedy coś im nie wychodzi? Nie mówię o całkowitym zdewastowaniu komputera, mam na myśli bardziej sytuację, kiedy gracz lub ktokolwiek uderzy w klawiaturę, myszką porządnie walnie w blat itd.

W takich momentach robi mi się trochę szkoda tych ludzi. Przypominam sobie, kiedy tak w wieku od 8 do 10 lat głaskałam stary komputer i prosiłam, aby się włączył i uspokajałam go, że wszystko będzie dobrze.

Nawet teraz kilka razy mi się to zdarzyło ;)

#3lnaL

Właśnie rozpoznano u mnie zespół MRKH. Od pewnego czasu podejrzewałam, że coś jest ze mną nie tak, w kwietniu skończyłam 15 lat i pomimo że rozwijam się normalnie, to nie miałam miesiączki. Wybrałam się do ginekolog i padła wyżej wspomniana diagnoza. Z tą wadą oczywiście żyje się normalnie, natomiast nigdy nie będę miesiączkować, nie zajdę w ciążę.
Pierwsza reakcja: rozpacz i niedowierzanie. Od postawienia diagnozy minęło już kilka tygodni, pogodziłam się tym, a nawet zaczęłam doszukiwać się plusów tej sytuacji (całkowity brak okresu). W tym trudnym czasie bardzo wspierały mnie mama i starsza siostra, jestem im za to bardzo wdzięczna. Cieszę się, że mam rodzinę, na którą mogę liczyć. Jest mi głupio, że wcześniej nie zawsze to doceniałam.

#1gSby

Od czasów szkoły podstawowej (obecnie zbliżam się do 30.) cierpię na nadmierną potliwość. Najbardziej pociłam się na dłoniach i pod pachami. Wszelkie antyperspiranty, blokery i inne smarowidła zawiodły, kolejne wizyty u lekarzy też nie wnosiły nic odkrywczego.
Tuż po maturze, przeglądając różne fora internetowe, natrafiłam na wpisy o zabiegu ETS, czyli inaczej sympatektomii piersiowej. W pierwszej chwili pomyślałam, że to pewnie jakaś droga procedura, którą można wykonać tylko za granicą, a tu zdziwienie, zabieg można wykonać w Polsce, i to na dodatek na NFZ. Nie wahałam się ani chwili, natychmiast umówiłam się na wizytę, dostałam skierowanie do szpitala, zabieg się odbył…
Teraz z perspektywy czasu wiem, że działałam zbyt pochopnie, nie poczytałam więcej, nie sprawdziłam opinii, nie poczytałam artykułów naukowych, po prostu usłyszałam, że ten zabieg działa, jest łatwo dostępny i refundowany, więc bez zastanowienia się zdecydowałam. Wtedy byłam bardzo zmęczona problemem nadmiernej potliwości i zdesperowana, by coś z tym zrobić, dlatego działałam tak pochopnie.
Po prawie 10 latach sytuacja wygląda tak: dłonie owszem, są suche, i to jedyny plus. Pachy po kilku latach zaczęły pocić się znowu (może nie tak jak przed zabiegiem, ale też nadmiernie) ,dodatkowo pojawiło się tzw pocenie kompensacyjne. Jest to najczęstsze powikłanie tego zabiegu – po przecięciu odpowiednich nerwów przestają się pocić np. dłonie, za to nadpotliwość pojawia się np. na plecach, brzuchu czy w jeszcze innym miejscu. Jak ktoś ma szczęście, to pocenie kompensacyjne jest minimalne i akceptowalne, ja tyle szczęścia nie miałam i nie mam.
Przez pierwsze dwa lata rzeczywiście prawie tego nie odczuwałam, ale później z roku na rok zaczęło się pogarszać. U mnie kompensacja występuje na plecach, pod biustem, na brzuchu, pośladkach. Wystarczy spacer szybszym krokiem czy wyższa temperatura i z człowieka się leje. Teraz latem każda koszulka, którą ubiorę, po 20 minutach od założenia jest po prostu mokra jak po praniu, nawet spodenki ubieram tylko czarne, bo na kolorowych widać, że mam mokrą plamę na tyłku, jakbym się zsikała.
Podsumowując, to bilans tego wszystkiego wychodzi na minus. Suche dłonie owszem, cieszą, ale co z tego, jak pot leje się z każdego innego miejsca na ciele.
Morał jest taki, że jak podejmuje się decyzje dotyczące ważnych spraw, np. własnego zdrowia, trzeba poczytać, dowiedzieć się, sprawdzić, poszukać i 100 razy się zastanowić. Niby oczywiste, ale ja tego nie zrobiłam i teraz płacę za to wysoką cenę.

#MB1wl

Jestem najmłodsza z mojego licznego rodzeństwa, tak że często bawiłam się samotnie w oczekiwaniu, aż wrócą ze szkoły. Ponieważ zwykłe zabawki mi nie wystarczały, stworzyłam sobie wymyślonych przyjaciół... z części swojego ciała. Nadałam im imiona – dłonie to byli Michał i Pon (nie wiem czemu takie imię) i byli głównymi bohaterami moich zabaw. Układałam ręce tak, że drugi palec był głową, a reszta palców nogami i przeżywałam różne przygody. Od zwiedzania jaskini (pod kołdrą) i ujeżdżania zabawkowych koni, po bitwy morskie (w wannie). Stopy (nazywałam je Żabki, wtf?) nie umiały mówić, ale za to były bardzo pomocne przy budowaniu jaskini i zawsze Michał i Pon im dziękowali. Wszystkim sterowałam ja, czyli całe ciało o imieniu Potwór. Kiedy tylko powiedziałam magiczne hasło: „Pazury!”, to Michał i Pon zmieniali się w normalne ręce i mogłam się napić czegoś albo chociażby otworzyć drzwi.

Skończyłam te zabawy chyba jak poszłam do szkoły. Dziś już jestem normalna. Jeśli mój kuzyn (jedyna osoba, która o tym wie) to czyta, to serdecznie pozdrawiam :*

PS Wiem, z czym wam się skojarzy zwiedzanie jaskini i ujeżdżanie konia, wy sprośni anonimowicze.

#8PtTI

Przez ostatnie dwa lata tkwiłam w toksycznym związku. Dopiero teraz jestem w stanie o tym powiedzieć głośno i przyznać to przed samą sobą i o tym opowiadać.

Na samym początku zakochana ja biegałam za nim jak głupia, kiedy on mnie zwyczajnie olewał. Tłumaczyłam sobie jego zachowanie tym, że przecież poprzednia bardzo go zraniła. Byłam tak zakochana, że nawet wybaczyłam mu, kiedy pierwszy raz nazwał mnie szmatą. Chodziłam wtedy z nim do 1 klasy liceum. Zaczęłam się dowiadywać kim jest dopiero po roku, od kiedy zaczął mnie kontrolować. Nie jest informatykiem, jednak potrafił włamać mi się na Facebooka bez użycia hasła i czytać wiadomości. Potem zazwyczaj miał pretensje, bo nie podobało mu się z kim ja piszę. Wywierał na mnie presję, po czym ja z wyrzutami sumienia robiłam co chciał, żeby go nie stracić. Tłumaczyłam sobie, że przecież on mi pomaga i że mogę na niego liczyć.
W międzyczasie zachorowała moja mama. Rak. Szanse na przeżycie były znikome. Gdy dostała pierwszy wylew, jego wtedy nie było. Pojawił się jako dobry chłopak dopiero na pogrzebie. Ale potem, gdy w trakcie żałoby potrzebowałam jego pomocy, on wychodził sobie z kumplem. Raz wygarnęłam wtedy co o tym myślę, to dostawałam wiadomości o treści „Gdyby nie śmierć Twojej mamy, to już dawno nie bylibyśmy razem” lub „Chętnie pocieszyłoby cię pół osiedla”. Byłam w szoku, ryczałam jak głupia i wtedy postanowiłam, że to koniec. Jednak on miał inne plany i postanowił zagrać mi na emocjach. Codziennie przepraszał i płakał, obiecywał, że już takiej sytuacji nie będzie. W końcu uległam. 
Przy drugiej takiej kłótni już nie powtórzył tych słów, faktycznie. Wolał mnie zacząć szantażować, zastraszać i niszczyć moje rzeczy, a potem jeszcze szarpać. Chciałam zerwać, ale nie potrafiłam. Czułam i wiedziałam, że jak to zrobię, to zacznie się mścić. Teraz już wiem, do czego jest zdolny. Tym razem chciałam kategorycznie zerwać znajomość. Najpierw płakał i pytał dlaczego, przecież on mnie kocha, stara się dla mnie, robi co może. Twardo postawiłam na swoim i wtedy wpadł w szał. Farba, która leżała na podłodze, wylądowała na panelach i meblach. W ścianach, w miejscach gdzie był styropian, zrobił dziury. Na dodatek oblał ścianę rozpuszczalnikiem. Nie chciał wyjść, mimo że grzecznie o to prosiłam. W końcu zadzwonił po swoją mamę, by po niego przyjechała. Skorzystałam z okazji, gdy wyszedł po mamę i zatrzasnęłam drzwi, które oczywiście próbował otworzyć. Jego mama również. Nie otwarłam ich, a ona mi odpowiedziała, że tego pożałuję.

Dyktafon w telefonie to przydatna rzecz. Wszystko nagrane. Piszę to przed pójściem na komisariat. Trzymajcie kciuki!

#G0fHX

Nie planowaliśmy tego dziecka, ale stało się, jestem w ciąży. Ostatnich kilka dni pamiętam jak przez mgłę. Widziałam, że coś jest nie tak. Dwa miesiące bez okresu to trochę zbyt piękne, żeby było prawdziwe, więc tydzień temu zrobiłam test ciążowy.
Nie wiem czemu byłam w takim szoku, jak zobaczyłam dwie wyraźne kreski. Mój chłopak był w nie mniejszym, ale starał się być oparciem. Już na następny dzień umówiłam się prywatnie do ginekologa, jak na złość wszyscy na NFZ postanowili pojechać na urlop. Pierwsze USG i jest, malutki pęcherzyk, za malutki jak na prawie 9 tydzień ciąży, wyglądał na 6, nie było widać tętna.
Teraz muszę już tylko odczekać do soboty. Wtedy dowiem się, czy po prostu owulacja mi się przesunęła i rzeczywiście jest to dopiero 6-7 tydzień, czy ciąża jest martwa i pozostaje mi tylko czekać na samoistne poronienie.
Boję się. Nie planowaliśmy tego dziecka, ale już przywykliśmy do myśli o tej Kruszynce. Przeraża nas odpowiedzialność, ale tak naprawdę cieszyliśmy się na myśl o tym dziecku. Co będzie, jeśli na USG w sobotę nie będzie widać tętna?
Boję się. Nikomu o tym nie powiedziałam. Chodzę do pracy jak gdyby nigdy nic, siedzę tam grzecznie osiem godzin dziennie, a od środka aż mnie skręca. Każdy skurcz brzucha i zastanawiam się, czy to już koniec. Nie mówiłam nikomu, bo nie chcę robić wokół siebie cyrku. Wie tylko chłopak, który każdej nocy uspokaja mnie, bo nie daję rady.

#NhT0o

Mam do czynienia zarówno z uczniami, jak i z ich rodzicami. Ci pierwsi to często olewatorzy, dla których szczytem lansu jest mieć wszystko w czterech literach, a drudzy bywają niesamowicie naiwni.
Zastanawiam się, jak to jest, że my, pokolenie lat 70. i 80., szczycimy się tym, że mieliśmy normalne podwórkowe dzieciństwo, że uczono nas samodzielności i szacunku do ludzi, nauczycieli, do pewnych wartości etc., ale właśnie to my często wychowujemy nasze dzieci na bandę przygłupów.

#Mq6n5

Jestem 14-latką, której zmarł tata. Chciałabym napisać moją historię, żeby dostać rady od innych. Nie jestem dobra w pisani, więc mam nadzieję, że wszystko będzie do zrozumienia i bez większych błędów. 
Mój tata był normalny do 2015, wiadomo, czasem coś popił, czasem uderzył za większe błędy, ale było wszystko dobrze do końca 2015. Nagle mój tata zaczął zachowywać się dziwne. Był bardziej agresywny, kontrolował moją mamę, pił więcej itp. Moja mama myślała, że to przez alkohol, więc zaczęła się martwić, ale mój tata nie chciał się badać. Przychodzi wrzesień 2016, mój tata leży w salonie, rozmawia ze mną i coś robi na telefonie. Gdy poszłam do innego pokoju, usłyszałam, jak coś spada, a moja mama zaczyna krzyczeć. Pobiegłam zobaczyć z siostrą co się dzieje i zobaczyłyśmy mojego tatę, który się trzęsie i inne rzeczy (nie pamiętam zbyt dobrze, bo miałam 6 lat). Mama kazała mi i jednej siostrze zamknąć się w pokoju, a najstarszej zadzwonić na karetkę. Jedyne co pamiętam potem było to, jak klęczałam z siostrą i się modliłam o zdrowie taty. Karetka zabrała tatę i po kilku dniach okazało się, że tata ma guza mózgu (raka) 2-3 stopnia i ma padaczkę. Nie wiedziałam co to znaczy, więc się jakoś bardzo nie przejęłam. Operacje się udały, a tata wrócił, ale z niewładną ręką i prawie niemówiący (musiał od nowa się uczyć mówić i czytać). Wszystko zaczęło się polepszać, a mój tata był prawie jak zdrowy. Aż przyszedł październik 2022, wróciłam z treningu, a moja mama zawołała nas do salonu i powiedziała: „Tata znów ma guza, musi jechać na operację w poniedziałek”. Moje siostry zaczęły płakać, a ja nie wiedziałam czemu, przecież mój tata już jest zdrowy, ma tylko padaczkę. Wtedy mama mnie uświadomiła, czym jest rak mózgu, byłam załamana i nie wiedziałam co robić. Operacja się udała, w grudniu tata wrócił do domu, lecz znów inny, tym razem ledwo chodził i mówił. Od grudnia do października było świetnie, dobrze mówił itp., lecz w listopadzie nagle przestał, umiał powiedzieć tylko imię mamy i „sobie sam”. Nie umiał wstać, trzeba było go podnosić, a moja mama robiła to sama bez pomocy. Moja psychika była bardzo słaba, widok taty, który płacze, bo wie, że umrze był okropny, a ja mogłam tylko się uśmiechać i go pocieszać. W sylwestra chciałam się wykończyć, bo nie dawałam rady, lecz nie miałam jak, zawsze ktoś był w domu i byłam pilnowana. Tata został oddany na oddział do szpitala, gdzie już nie było szans na ratunek i był tam przez miesiąc. Przyjechałam do niego 7 lutego w południe, nie wiedział, kim jestem. Byłam u niego dwie minuty, bo więcej nie wytrzymałam, i wróciłam do domu. Obudziłam się rano i dowiedziałam się, że zmarł o 0:15. I tak się kończy moja historia. Nie umiem sobie poradzić z żałobą, dlatego proszę o porady dla mnie. Mam nadzieję, że mi pomożecie.

#ocqUp

Mam dużo rodzeństwa, przez co często zajmuję się młodszymi (dwójką 2-6 lat). Niby to nic dziwnego, jednak zajmuję się nimi tak często, że wiem, że nie chcę mieć dzieci w przyszłości, po prostu mi się już odechciało. Żadne z moich znajomych tak nie ma. Często jak przychodzą do mnie znajomi, to ja muszę zajmować się moim młodszym rodzeństwem. Jest to czasami frustrujące.
Wiem, że kiedyś to było normalne, że starsze rodzeństwo zajmuje się młodszymi i w ogóle, ale mam wrażenie, że to ja wychowuję moje młodsze rodzeństwo.
Mam dość dzieci i boję się macierzyństwa, że jak już będę miała swoje dzieci, to nie będę potrafiła ich kochać, cieszyć się z nimi, bo będę już tym zmęczona.
Nie mam chłopaka, bo nie mam czasu poznać nikogo nowego.
Za niedługo kończę 18 lat, nie chcę być jeszcze dorosła, ale z drugiej strony chcę trochę wolności.

Przesadzam? Może ktoś też tak ma?

PS. Moja rodzina to nie jest żadna patologia.
Dodaj anonimowe wyznanie