Moja babcia jest ultra kochana!
Od jakiegoś czasu mieszkam sama – duże nowe miasto, brak dużej ilości znajomych, generalnie czuję się dość samotnie.
Dziś miałam dość słaby humor z tego właśnie powodu, samotność i natłok myśli nie idą w parze :)) Zadzwoniłam do babci, wiadomo, jak na plotki i głupotki. Wywiązała się między nami taka rozmowa:
– No a nie czujesz się tak samotnie, babciu?
– A czemu miałabym czuć się samotnie? Puszczę bąka, kiedy chcę i nikt mi nic nie powie…
Kocham tę kobietę, niby nie świadomie, a jednak babcie wiedzą, co jest grane i zawsze potrafią odpowiednio poprawić humor <3
Od dłuższego czasu mam ciężki okres, powiedzmy że mało spraw idzie po mojej myśli, przez co jestem dużo bardziej zestresowana, nerwowa. W ten weekend wybrałam się do domu rodzinnego, by trochę odpocząć. Wieczór z winem, dobrą książką i następnego randka stwierdziłam, że nie jest tak źle, że sobie poradzę, bo przecież gorzej już nie będzie, więc może być tylko lepiej.
Mój napad optymizmu trwał pół godziny – do czasu kiedy nie złamałam sobie górnej dwójki. Łyżką, jedząc budyń.
Siedzę do teraz w ciężkim szoku, jest mi niedobrze i nie wiem kiedy się otrząsnę.
Poprzedniego dnia wieczorem, gdy już się zakopałam pod kołdrą przygotowana do spania, poczułam chęć na małe co nieco z wibrującym kolegą. Włączyłam sobie do tego na telefonie pewną stronkę, coby dodać sobie inspiracji. Przykuł mój wzrok filmik, z którego miniatury wynikało, że jest to jakieś bdsm. Jako że trochę mnie to kręci, włączyłam film.
Okazało się, że było to nagranie faceta duszącego linką dwie kobiety i gwałcącego ich zwłoki.
W ciężkim szoku film wyłączyłam, a zanim otrząsnęłam się na tyle, żeby pomyśleć o jego zgłoszeniu, zniknął on ze strony. Była to kwestia dosłownie 1-2 minut, nie miałam jak tego odzyskać w celu ewentualnego pokazania odpowiednim służbom. Użyłam też trybu incognito, więc nic nie zapisało się w historii przeglądarki.
Nie mogę przestać myśleć o tych biednych dziewczynach i mam tylko nadzieję, że ktoś inny szybko zareagował i jest jakakolwiek szansa na złapanie tego zwyrodnialca - na filmie była dobrze widoczna twarz.
Niektórzy ludzie to potwory.
Pamiętam, że kiedy miałem około 7 lat, uwielbiałem siadać na łóżku, gasić światło w pokoju i wsadzać sobie pluszową piłkę między nogi i udawać, że jestem kurą, która właśnie znosi jaja. Dochodziłem wtedy do czegoś, co można nazwać orgazmem.
Historia o tym, jak firma piekarnicza, która od lat jest na polskim rynku, została zamknięta przeze mnie :)
Praca była naprawdę fajna, dostawy świeżego pieczywa oraz ciast tylko zachęcały do przychodzenia tutaj. Problem był w najstarszym pracowniku, który tam pracował, i kierowniczce. Starszy pracownik tej firmy poczuwał się za bardzo i myślał, że jest kimś, gdy tak sobie ustawiał wszystkich po kątach, a kierowniczce to odpowiadało, bo nie musiała nic robić. Ogólnie było źle.
Wszystko zaczęło się, gdy dostali moje wypowiedzenie, a jego okres się zakończył. Minęło kilka tygodni, a o świadectwie pracy ani widu, ani słychu. Fiszki, które dostaje się każdego miesiąca do wypłaty, by przeczytać ile i na co pracodawca płaci z naszej wypłaty, wyjątkowo mnie wtedy zainteresowały. Wiadomo – jest suma, ubezpieczyciel, płatnik i suma końcowa, która jest przelewana na konto. I tak jak suma końcowa się zgadzała, tak cała reszta ni hu hu, jakby ktoś wpisywał losowe cyferki. Okazało się, że przez cały mój staż pracy tam okradali mnie na kwoty do tysiąca złotych, czasem poniżej. By mieć pewność, wszystkie papierki zostały wysłane do rodzinnej księgowej, która tylko potwierdziła moje przypuszczenia.
Szybka akcja do ZUS-u, PIP-u, na policję i do sądu. Okazało się, że nie tylko mnie tak okradali, a wszystkich swoich pracowników, w tym tego starszego, a nawet kierowniczkę :) Kary, jakie wtedy zapłacili, opiewały na grube miliony, firma się zamknęła, a wszyscy pracownicy zostali bez pracy.
Morał jest taki, że gdyby nie te fiszki, to do tej pory żylibyśmy w niewiedzy, że jesteśmy rżnięci w głupa przez szefa. Czytajcie je, szczególnie wy młodzi, bo skoro młody,
to się nie połapie;))
Pracuję jako weterynarz i czasem mam dość niektórych właścicieli zwierząt. Dobrze, że są też normalni opiekunowie, bo człowiek by oszalał.
Jakiś czas temu przyjeżdża pies z wypadku. Krwawi jak diabli, ledwo dycha - wiadomo, pacjenci planowo umówieni muszą czekać. Po pół godziny przychodzi informacja z recepcji, że ktoś się piekli, bo musi czekać. Co 10 minut kobita się przypomina, że jest opóźnienie, że jak to tak!
Finalnie po godzinie udało mi się pacjenta ustabilizować na tyle, że wróciłam do gabinetu. I wiecie kto się pienił? Nie właściciel owczarka onkologicznego, który ma pogorszenie, nie Pani z dwójką dzieci, która czekała grzecznie na swoją kolej rozumiejąc zaistniałą sytuację - była to baba, którą ktoś wpisał w lukę między pacjentami, która zapomniała zaszczepić fafika, a miała jutro pojechać z nim za granicę...
Dobrze, że szefa mam normalnego, bo jak zobaczył za to potem jedną gwiazdkę na Googlach, to tylko machnął ręką na debilkę.
Mój mąż wypomina mi WSZYSTKO.
Jesteśmy młodym małżeństwem, dopiero 1,5 roku po ślubie. Przed zamążpójściem byliśmy parą przez 5 lat. Zawsze było OK, ale odkąd wzięliśmy ślub, mój mąż wypomina mi i narzeka na rzeczy, za które nie do końca odpowiadam lub nie są w stu procentach moją winą. Dla przykładu: rok temu zostałam zwolniona z ukochanej pracy, a moi rodzice mieli poważny wypadek. Wszystko stało się w przeciągu kilku dni. Stanęłam na wysokości zadania, szybko znalazłam pracę, pomogłam rodzicom jak tylko mogłam, ale cztery miesiące po tym zdarzeniu przeszłam atak paniki – pierwszy w życiu. Myślałam w środku nocy, że mam udar. Mąż był ze mną, pomagał mi się uspokoić (całość trwała około 3h) i do teraz mi wypomina, że on musiał ze mną siedzieć, a ja sobie wkręcałam, że miałam udar i jestem niestabilna psychicznie. Lubi to wyciągać zwłaszcza w trakcie kłótni.
Wypomniał mi, kiedy dzwoniłam do niego spanikowana, bo bezdomny leżał pijany na schodach w bloku i bałam się sama koło niego przejść (miał tylko wyjść z mieszkania i patrzeć, czy aby gościu mnie nie zaatakuje). Do dzisiaj wypominanie, że sama sobie nie radzę.
Poprosiłam go kiedyś, żeby przywiózł mi do pracy coś do jedzenia (siedział w domu, miał wolne, a do mojej pracy spod domu są 3 km), bo zapomniałam portfela i nie mogłam sobie kupić. A i owszem, przywiózł, ale miałam wypominane, że jestem nieodpowiedzialna i nie pilnuję swoich rzeczy. Zmieniałam po prostu torebki i zapomniałam przełożyć portfel.
Z zawodu jestem kosmetologiem. Szkoliłam się z nowej maszyny i potrzebowałam modelki. Moja koleżanka się rozchorowała i poprosiłam męża, żeby przyszedł na darmowy zabieg. Trwał on jakieś niecałe dwie godzinki, a koszt takiego jednego zabiegu to około 1800 zł. Przyszedł, owszem, ale miałam wypominane.
Kocham go, i to mocno, ale męczy mnie to strasznie. Wiecznie czuję się niedostateczna i głupia. A nigdy przedtem się taka nie czułam. Miałam zawsze naprawdę wysokie poczucie własnej wartości. I nie wiem, czy to ja przesadzam, czy mąż... Moje koleżanki bagatelizują to i twierdzą, że na tym między innymi polega małżeństwo i bycie z kimś. Mnie się to nie podoba, bo co z tego, jak wiem, że mogę na niego liczyć, skoro strach o cokolwiek poprosić?
Ostatnio razem z kilkoma klasami udaliśmy się na wycieczkę czterodniową do Łeby.
Wszystko fajnie, wycieczka udana, lecz sam dojazd był dość emocjonujący.
Pierwszy autokar doznał stłuczki z barierką na autostradzie, a gdy dostaliśmy drugi, ten trochę się podpalił.
Ostatecznie dojechaliśmy trzecim autokarem bez problemów.
A taka sobie ciekawa wycieczka :)
Moja koleżanka z ławki gimnazjalnej zawsze uczyła się ode mnie gorzej. Nie byłam jakimś kujonem, co roku miałam średnią wahającą się między 4,2-4,6, ona natomiast ledwo co dobiegała do 3,0. Nigdy nie była zbytnio pracowita, a szkołę miała w nosie. Nieobecnościami nadrabiała za wszystkich w klasie.
Trzecia gimnazjum, zaczął się nabór do liceów. Pełna optymizmu z samymi piątkami z przedmiotów, które były punktowane w rekrutacji i bardzo dobrymi wynikami z większości egzaminów (przeklęta matematyka), złożyłam papiery do wymarzonego liceum. Nie było ono wybitne, ale poziom był nieco wyższy. Koleżanka złożyła papiery do tej samej szkoły co ja, a nawet klasy. Dziwiło mnie to, bo wybrałam rozszerzenie z geografii i biologii – przedmiotów, z których ona miała cudem dwóje.
Jakie było moje rozgoryczenie, kiedy okazało się, że nie dostałam się do tego liceum, ale ona tak. Harowałam całą trzecią klasę, robiłam prezentacje, poprawiałam wszystko, co się da, zgłaszałam się do odpowiedzi, ponieważ naprawdę zależało mi na tej szkole. Ona za to nic nie robiła, a wybrała to liceum „bo tak”, bo ja też je wybrałam, a jej nie obchodziło, gdzie się dostanie. A dostała się tylko dlatego, że jej rodzice byli po rozwodzie. Tylko dlatego, że miała ten fantastyczny dodatek na papierku do rekrutacji. Rozumiem, że wychowywanie się bez jednego rodzica może być ciężkie, ale co ma życie prywatne do edukacji?
Mając lat niewiele, kiedy to asysta przy kąpieli była jeszcze konieczna, wymyśliłem pewną teorię na temat higieny jamy ustnej. Szczotkowanie przecież niewiele pomaga zębom – małe bakterie przecież mogą trzymać się zębów, więc przesuwając szczoteczką po zębach, możemy co najwyżej przenieść je w inne miejsce. Co innego guma do żucia. Bakterie przyczepiają się do gumy i toną w niej jak w ruchomym piasku. Gumę potem wypluwamy, więc pozbywamy się również zarazków.
Musicie wiedzieć, że mój dziadek w tamtym czasie chciał w krótkim czasie zaskarbić sobie moją sympatię, więc zgodził się z moją teorią i namówił mnie do używania gumy do żucia zamiast szczoteczki i pasty!
I tak pewnie długo jeszcze bym upierał się przy tej genialnej teorii, gdyby nie moja nikczemna mama sprawdzająca, czy aby na pewno dbam o swoją higienę. Wykupiła chyba wszystkie dostępne VHS-y z bajkami o dbaniu o zęby, więc w krótkim czasie zostałem przedszkolnym ekspertem w myciu zębów. Tak bardzo mnie to wciągnęło, że studiuję teraz kierunek lekarsko-dentystyczny...
Dodaj anonimowe wyznanie