Centrum Warszawy.
Właśnie byłam świadkiem, jak chłopiec ok. 4 lat władował się prosto na ulicę pod koła rozpędzonej taksówki. Na szczęście taksówkarz gwałtownie zahamował, więc nic się nie stało.
Jak się okazało, 20 metrów dalej mamuśka z wózkiem (z młodszym dzieckiem) stała z telefonem i nawet nie podniosła głowy! Zauważyła synka, dopiero jak do niej podbiegł...
Kobieto, gratulacje. Wygrałaś konkurs na Rodzica Roku, nawet o tym nie wiedząc.
Jestem bardzo „duży” w oczach dzieci (mam 180 cm wzrostu) i ma to powiązanie z wyznaniem.
Ostatnio wracając z banku, wymijałem matkę z dzieckiem (dziecko miało około 6-8 lat). Przykułem wzrok dziecka swoim wzrostem, a następnie dziecko zapytało się swojej rodzicielki: „Dlaczego ten pan jest taki duży?”. Odpowiedź kobiety mnie zaskoczyła i zarazem zamurowała. „Widzisz, synuś, ten pan nie był szczepiony w dzieciństwie, tak jak ty, i dlatego jest taki duuuży”. Kobieta była w błędzie, bo miałem szczepienia. Zatrzymałem się i powiedziałem w kierunku dzieciaka: „Widzisz, młody... Byłem szczepiony, dużo warzyw jadłem, a gdyby nie to, że paliłem papierosy, mierzyłbym dzisiaj dwa metry...”.
Do dzisiaj mam wzrok matki tego dziecka przed oczyma. Za każdym razem, gdy mówię jej dzień dobry, ona uchyla głowę i udaje, że mnie nie zna.
Słyszeliście kiedyś o Pomidróżce? Nie? Już wyjaśniam.
Mój kuzyn, będąc w wieku powszechnej traumy natury stomatologicznej (czyli wypadania pierwszych mleczaków), miał niesłychaną awersję do warzyw, a szczególnie do pomidorów. No nie dało się go w żaden sposób przekonać do zjedzenia surówki albo warzyw w zupie. Ciotka z wujkiem próbowali różnych sposobów, lecz nic nie pomagało. W końcu ciotka, de facto rodzinny troll, obmyśliła plan doskonały... W tamtym okresie kuzyn nie miał już kilku dziewiczych zębów, więc wiedział, kim jest Wróżka Zębuszka, a za każdą dyszkę znalezioną pod poduszką dziękował całymi dniami (co, swoją drogą, było dość komiczne). Gdy kuzyn stracił kolejnego ząbka, ochoczo umieścił go tam gdzie zwykle i poszedł spać, marząc o tych wszystkich słodyczach kupionych za hajsy z zębowego handlu. I tutaj do akcji wkroczyła ciotka. Spod poduszki wyjęła ten nieszczęsny ząb, lecz zamiast pieniędzy zostawiła w zamian... pomidora koktajlowego. Ot, taka zmiana. Kuzyn zrozpaczony rano, bo, jak by nie patrzeć, hajs mu się nie zgadzał. A pomidor to obiekt godny wręcz najwyższej pogardy. I wtedy ciotka mu wyjaśniła, co się rzekomo stało: Według mojej cioci Wróżka Zębuszka ma wredną siostrę Pomidróżkę. Pomidróżka chodzi wszędzie za swoją siostrą i gdy widzi dziecko, które nie je warzyw, zabiera pieniążki od Wróżki Zębuszki i zamiast nich zostawia najbardziej znienawidzone warzywo danego dziecka. Ponadto, jeśli Pomidróżka pojawiła się raz w jakimś domu, nie odpuszcza już tak łatwo. By się odczepiła, dziecko musi zacząć jeść wszystkie warzywa, szczególnie te najbardziej znienawidzone.
Kuzyn, z bólem serca, jadł te nieszczęsne pomidory.
PS Ta historia jest tak głupia, że jeśli by się nie wydarzyła w mojej rodzinie, to sama bym pomyślała, że to fejk.
Mam 23 lata. Gdy zmarł mój dziadek, mama wtedy strasznie się załamała – popadła w alkoholizm. Niecały rok później ojciec stwierdził, że nie kocha już mamy. Poszedł i zostawił mnie, 12-letniego dzieciaka, z matką alkoholiczką. Myślał, że jak będzie wpadał na 15 minut codziennie albo co dwa dni, to wszystko będzie w porządku. Nie było. Gdy poszedłem do gimnazjum, wracałem często o 18 do domu – taki podział godzin dla pierwszych klas, moim oczom po powrocie zazwyczaj ukazywał się obraz pijanej matki śpiącej na kanapie, butelki wódki w nieznacznej odległości i przypalonego garnka na kuchence z moim obiadem. Albo raczej z tym, co z niego zostało. Zwykle w takiej sytuacji brałem to co było „jadalne” z lodówki i szedłem do siebie do pokoju. Nie wychodziłem, nie spotykałem się ze znajomymi, bo ich nie miałem – wtedy gdy wszyscy przeżywali swoje pierwsze miłości, czerpali z życia, ja siedziałem w domu. W pokoju. Zapłakany. Nie potrafiłem z tym walczyć.
Taka sytuacja trwała do drugiej klasy technikum, mamie coś się odmieniło i pół roku nie piła. Przyjemnie było widzieć ją trzeźwą od rana do wieczora, nie musieć sprzątać butelek ze „skrytek”, no ale jak pewnie nietrudno się domyślić, sielanka długo nie trwała. Znowu zaczęło się picie, tym razem mniejszy kaliber – odstawiła wódkę i spirytus na rzecz piwa. I tak sytuacja trwa do dzisiaj, pomimo niezliczonych moich próśb, gróźb, że zrobię sobie krzywdę, „interwencji rodzinnych”.
Parę dni temu dowiedziałem się od matki, że jestem zerem, że nic nie osiągnąłem i nie osiągnę, że się mnie wstydzi. Co spowodowało taką reakcję? Ano to, że wylałem jej dwie puszki piwa na podłogę i wyszedłem. Przychodziła co chwilę do mnie, do mojego pokoju, i wyzywała mnie od debili, głupków, idiotów, zer i pijaków. Wszystko dlatego, że wylałem dwa piwa. Bo już nie mogłem tego wszystkiego znieść.
Do tego momentu wiedziały o mojej sytuacji dwie bliskie mi osoby. Teraz? Dowie się troszkę więcej. Może zrzucenie tego z siebie, wygadanie się, w jakimkolwiek stopniu mi pomoże. Może.
Gdy miałam 8 lat, mama wysłała mnie na kolonię. Dzieci z obozu mnie nie lubiły, ale miałam jedną koleżankę, Kasię, z którą spędzałam większość czasu.
W naszym pokoju było pięć dziewczynek i dwie „opiekunki” w wieku 16-17 lat. Każdego dnia po obiedzie było półtorej godziny czasu wolnego, tzw. cisza poobiednia. W tym właśnie czasie każdy kto chciał wychodził do innego pokoju – do sióstr, kuzynek czy przyjaciółek, które też były na tym obozie. Każdego dnia w czasie przerwy po obiedzie w pokoju zostawałam ja, Kasia i jedna z opiekunek – Asia. Każdego dnia do pokoju przychodził do nas chłopak Asi i kładł się do niej na łóżku. Najczęściej po chwili Asia z chłopakiem przechodzili do seksu, nie wiem jak mogli się skupić na sobie, gdy razem z nimi w pokoju siedziały dwie dziewczynki. Zawsze zamykali też drzwi kluczem, który miał chłopak Asi, więc nie miałyśmy szans na wyjście z pokoju. Działo się to prawie codziennie, a czasem budziłam się przez ich okrzyki w nocy.
Do dziś wszelkie nawiązanie do seksu mnie brzydzi.
Kiedy byłam mała, wszyscy mi powtarzali, że jak będę niegrzeczna, to nie urosnę. Pewnego dnia byłam z babcią na spacerze i minęła nas niskorosła dziewczyna, a ja pokazując na nią palcem krzyknęłam: „Ta pani była chyba bardzo niegrzeczna, skoro nie urosła!”.
Nie, nie było mi wstyd, za to babci bardzo...
Przedwczoraj nocowałam u swojej siostry w mieszkaniu, jako że musiałam załatwić parę spraw w naszym rodzinnym mieście. Była godzina 21, gdy do drzwi zapukała grupka dresów + 3 Karyny do kompletu. Nie miałam najmniejszej ochoty ich wpuszczać, ale bałam się, że waleniem w drzwi pobudzą sąsiadów, więc otworzyłam.
Jakież było moje zdziwienie, gdy w jednej z tych dziewczyn rozpoznałam swoją... 14-letnią siostrzenicę. Okazało się, że dostała się na domówkę do jednego z tych chłopaków (kłamiąc przy tym, że ma 18 lat) i próbowała przespać się z jednym z nich. Nie wiem, w jaki sposób odkryli jej prawdziwy wiek, w każdym razie ów dres postanowił natychmiast odeskortować ją do domu, zabierając ze sobą sporą grupkę osób, „żeby nie próbowała oskarżyć go o niecne czyny czy coś”.
Dodam przy tym, że w takim stroju i makijażu sama nie miałabym wątpliwości co do jej pełnoletności.
Podziękowałam im, przeprosiłam i już chciałam zamknąć drzwi, gdy do przedpokoju weszła moja siostra i po zapoznaniu się z sytuacją zrobiła awanturę... temu chłopakowi! Zarzuciła mu w tym m.in. pociąg do dzieci i groziła policją.
Z siostrą się do siebie nie odzywamy, bo stanęłam w obronie chłopaka i obarczyłam winą gówniarę.
Wniosek mam jeden: jeśli pedofile lecą na duże, wypchane cycki i widoczne stringi, to nie są pedofilami. Nawet jeśli dziewczyna ledwo co skończyła szkołę podstawową.
W kościele, w mojej miejscowości na ścianie wisi skarbonka z napisem: „S.O.S. dla dzieci nienarodzonych”. Kiedy byłam małą dziewczynką dumną z tego, że nauczyłam się czytać, czytałam wszystkie napisy, dosłownie wszystkie. Raz stałam obok tej skarbonki i czytałam ten napis z parę razy i ciągle nie pasował mi ten „S.O.S.”, w końcu zniecierpliwiona zapytałam mamy, bardzo głośno, po co tym dzieciom sos, skoro się jeszcze nie urodziły.
Cóż, ksiądz musiał mi pozazdrościć, bo wszystkie osoby dotąd patrzące na niego spojrzały na mnie.
Moja babcia miała dziś pewien dylemat. Chodziło o wybranie koloru miski: różowa czy zielona. Mówiłam jej, że ładniejsza jest różowa, wtedy włączyła się jakaś nieznajoma, typowy moher: różowy jest gejowski!
Dużo jeszcze jest tych homofobów?... Kolor to kolor.
Jak byłam mała, to czasem rano chowałam się pod kołdrą i leżałam płasko na łóżku. Robiłam tak, bo miałam nadzieję, że mama nie zauważy mnie tam i ominie mnie dzień szkoły.
Nienawidziłam szkoły. Byłam wyśmiewana za ciuchy (pochodzę z biednej rodziny), za to, że na nic mnie nie stać, za ojca alkoholika. Za moją rodzinę.
I o dziwo, gdy tak robiłam, zawsze w domu zostawałam. Mama widać widziała, że boję się szkoły i nie chcę tam iść. I za to jej dziękuję, że rozumiała.
Dziś jestem dorosła i pnę się wyżej i wyżej. Poznałam miłość mojego życia, która mnie wspiera. Daje mi nadzieję i siłę na kolejny dzień. Dzięki niemu ani nie boję się już ludzi, ani spojrzeć im w twarz, ani wyrazić swego zdania.
Rozumiem i współczuję wszystkim, którzy byli poniżani w szkole. Jestem jedną z nich.
Dodaj anonimowe wyznanie