Na jednym z czatów założyłam sobie kilka kont. Zawsze ustawiam swoje zdjęcie. Z jednego konta mnie uwielbiają, z drugiego jestem tam nikim. Mam ustawione zdjęcie na obu kontach, inne, ale na obu jestem ja. Nikt się nie zorientował, że z obu piszę ja.
Jestem przegrywem tylko w połowie :D
Jako dzieciak bardzo nie przepadałam za pewnym muzykiem. Pośrednio doprowadził do śmierci mojej ówcześnie ulubionej artystki, znany był jedynie z ćpania i rozdmuchiwania afer. Należałam nawet do jego antyklubu! Naprawdę go nie znosiłam, nie wiem nawet skąd były we mnie tak duże pokłady gniewu. Jednak lata minęły, dorosłam, zapomniałam o nim.
Pół roku temu wyprowadziłam się do Francji, do małej wsi, a raczej dziury zabitej dechami, pod Paryżem. Jakież było moje zdziwienie po przeprowadzce, gdy dowiedziałam się, że dwa domy od mojego mieszka... właśnie on.
Nie wiem, jak ja mu spojrzę w oczy, gdy go kiedyś zobaczę na ulicy :/
Mam pewnego znajomego. To pan Miecio - człek w średnim wieku, który zajmuje się handlem ciuchami na jednym z miejskich bazarów. Jakiś tam zmysł do biznesu facet ma i potrafi dopasować się do bieżących trendów. Od jakiegoś czasu sprzedaje więc koszulki i bluzy z rodzaju tzw. "patriotycznego". Wiadomo -kiczowate wizerunki żołnierzy AK, jakieś debilne hasełka o mordowaniu wrogów ojczyzny, czy pstrokate literki pe z kotwica u dołu.
Większość jego klientów to średnio rozgarnięci gimnazjaliści i chłopaki z bram, którzy jeszcze do niedawna paradowali w ortalionowych dresiwach i przykrótkich spodniach odsłaniających białe skarpety wystające znad adidasów "oryginalnych inaczej".
Pan Miecio zjadł już zęby na sztuce ubijania interesów, więc profesjonalnie, bez mrugnięcia okiem, potrafi wcisnąć każdemu klientowi najbardziej kwiecistą ściemę. Zazwyczaj klient wie, że pan Miecio kłamie, jak z nut, ale wiadomo - od takich nieprawdopodobnych kłamstewek najczęściej zaczyna się cały proces targowania.
Pewnego razu jeden z niedzielnych patriotów chcąc nabyć koszulkę z napisem "Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę" zwrócił uwagę na widoczny na metce napis sugerujący, że t-shirt został wyprodukowany w Bangladeszu, a nie w naszej ojczyźnie.
Pan Miecio był przygotowany na taką okazję i wygłosił płomienne przemówienie, w którym opisał fabrykę założoną w latach 60. ubiegłego wieku przez polskich kombatantów, którzy ścigani przez represyjną, komunistyczną władzę, dostali azyl w Bangladeszu i tam też otworzyli firmę produkującą ubrania. Mało tego - pan Miecio z poważna miną, rzekł że każda koszulka jest ręcznie szyta przez byłych kombatantów, z którymi osobiście utrzymuje kontakt.
Mimo że był to oczywiście głupi żart, w który nikt o zdrowych zmysłach nie powinien uwierzyć, nagle wieść gminna rozniosła się i pan Miecio został dosłownie zalany przez dziesiątki małoletnich klientów, którzy bardzo chcieli nabyć produkty wytwarzane przez mówiących w języku bengalskim, polskich weteranów II Wojny Światowej. Handlarzowi było trochę głupio, że jego żarcik został potraktowany poważnie i wiedząc, że klienci kupujący odzież patriotyczną bywają czasem niezbyt bystrzy, już nigdy więcej nie robi im takich numerów.
Nie mam przyjaciół. Są ludzie, którzy sami się tak w stosunku do mnie nazywają, ale ja nie wierzę w przyjaźń. Oni odzywają się do mnie tylko jak potrzebują „przysługi” albo pożyczyć kasę. :/ Im częściej odmawiam, tym mniej ich wszystkich dookoła mnie. Do czasu, jak czegoś znów nie potrzebują. I tak w kółko...
Dziś są moje urodziny... Zgadnijcie, czy ktoś zadzwonił.
Mam 30 lat, jestem dziewczyną (podobno atrakcyjną), pochodzę ze wsi, w domu nigdy się nie przelewało, mimo braku wsparcia od rodziny wyrwałam się do dużego miasta, skończyłam studia, rozwijałam pasje. Siedem lat temu poznałam faceta, prawie 20 lat różnicy (nie, nie był bogaty). W międzyczasie ciężką pracą rozwijałam swój biznes związany z moją pasją, od zera, bez niczyjej pomocy finansowej. Szło tak dobrze, że mój facet postanowił zrezygnować ze swojej pracy (nie zarabiał kokosów) i postanowiliśmy, że będzie mi co jakiś czas pomagał (około kilka-kilkanaście godzin w tygodniu), a ja w zamian będę nas utrzymywać w 100%, czyli płacić za mieszkanie, rachunki, zakupy, podróże, codzienne jedzenie w restauracjach, wszystko co zechce (miał swobodny dostęp do moich pieniędzy, ufałam mu). Tak, brzmię jak idiotka, ale byłam zakochana.
Minęło kilka lat, moja firma się mocno rozwinęła, odłożyłam sporo pieniędzy, aby zabezpieczyć się na przyszłość. On zaczął robić się agresywny, wybuchowy, ma duży problem z tym, że osiągnęłam sukces, ciągle wmawia mi, że nikt by mnie nie chciał, że bez niego sobie nie poradzę, wulgarnie się do mnie zwraca, abym miała coraz niższe poczucie wartości. Ciągle się kłócimy, wpadłam w depresję, pojawiały się myśli samobójcze, w międzyczasie rok psychoterapii. Próbowałam wszystkiego, ale nie mam siły o to walczyć, w końcu zaproponowałam rozstanie, mimo że wciąż żywiłam uczucia, myślałam, że może to sprawi, że zawalczy o nasz związek i będzie lepiej. Zamiast tego on za każdym razem grozi mi, że jeśli odejdę, to zniszczy mnie finansowo, bo uważa, że dzięki jego pomocy wszystko osiągnęłam. Kompletnie nie docenia tego, że przez te wszystkie lata nie musiał dodatkowo pracować, że miał życie na wysokim poziomie, zagraniczne podróże, dobry samochód do dyspozycji, mnóstwo wolnego czasu.
Mam wrażenie, że liczą się dla niego tylko moje pieniądze, że nigdy mnie nie kochał. Jestem załamana, nie mam siły na jakieś wojny po sądach. Załamuje mnie brak poczucia wdzięczności za to, ile mu dałam. Ja niczego od niego nie chcę, chcę tylko spokoju, bo moja psychika wysiada.
Jestem 20-letnim chłopakiem i jestem bardzo tolerancyjny. Żyję według zasady „żyj i pozwól żyć innym”. Nie patrzę na kogoś przez pryzmat noszonych ubrań, pieniędzy, gadżetów, pochodzenia itp. Nie dbam o to, jak się ubiorę. Nie patrzę na innych, nie próbuję się dostosowywać do innych. Ubranie ma być czyste, skromne, nieśmierdzące. Na uczelnię czy uroczystości ubieram się w miarę elegancko, odpowiednio do sytuacji. Z reguły ciemne spodnie i sweter, jeżeli trzeba bardziej elegancko, to koszula czy garnitur. Natomiast w domu, gdy mam wolne (studiuję w innym mieście i przyjeżdżam do rodziców na weekendy) i wychodzę tylko do sklepu, to nie patrzę, w co się ubiorę. Nie jest dla mnie problemem chodzenie w pomiętych ubraniach, w skarpetkach do klapków/sandałów. Ważne, aby nie śmierdzieć i żeby nie było za gorąco czy zimno. Wyjście do sklepu to nie ślub czy audiencja u prezydenta. Chodzę w starych butach i nowe kupuję wtedy, gdy się stare zepsują. Podobnie jest w kwestii ubrań.
Moich poglądów nie podzielają jednak mama i młodszy brat. Tata ma to dupie. Mama z reguły przed wyjściem prasuje mi ubrania i z reguły jak coś jej się nie podoba, to każe mi zmienić ubranie „żebym nie wyglądał jak wieśniak”. Z reguły je zmieniam, żeby nie jojczała. Potrafi nawet patrzeć na skarpetki, jakie ubiorę.
Brat to w ogóle moje przeciwieństwo. Zawsze modnie ubrany, wszystko ma być firmowe i oryginalne. Zawsze gdy gdzieś idziemy, to patrzy na ludzi i komentuje ich ubiór – „ten tak ubrany w miarę OK, a ten jak wieśniak”. Ogólnie wręcz gardzi ludźmi o mniejszych dochodach, niemających nowych ubrań, gadżetów. Epitety „wieśniaki”, „biedaki”, „plebs” to u niego norma. Nie przejmuję się tym, bo brat jest nastolatkiem i może tak sobie gadać. Dla mojego brata też jestem „wsiurem”.
Nie myślcie, że jestem boomerem, że narzekam, jaka to młodzież czy ludzie są źli. Naprawdę nie przeszkadzają mi ludzie modni ubrani, bogaci. Nikogo nie oczerniam i nie oceniam. Jedynie denerwuje mnie wyśmiewanie innych ludzi i takie naśladownictwo innych, aby nie być przysłowiowym „wieśniakiem”. Taka próba dostosowania się do ludzi bogatszych z wyższych sfer, aby nie wyjść na biedaka.
Ostatnio poszedłem do lekarza, bo miałem pewien... hmmm... intymny problem. Wchodzę do gabinetu, a tam starsza pani, myślę sobie ''dobra, spokojnie, zrozumie''. Poprosiła, żebym pokazał z czym mam problem, no to ja hyc, majtki w dół, ona patrzy i... No właśnie. Zobaczyła ślady zębów...
Zaczęła mnie wyklinać od bezbożników, że przed ślubem z dziewczyną i ogólnie głośne hurr durr. A ja bałem się wyjaśnić, że pierwszy raz spałem nago i mój kot uznał, gdy leżałem na boku, że to dyndające, czerwone coś jest super zabawką.
Nie polecam nikomu.
PS Pozdrawiam serdecznie tę panią doktor, która kazała mi się wyspowiadać, a na koniec przepisała jakąś tandetną maść.
Historia o osiedlowym monitoringu...
Mam siostry (Ulę i Olgę), brata (Alka) i 6-letnią córkę (Malwinę) o których będzie ta historia. Moje siostry mają dzieci w podobnym wieku, zaś Alek jest bezdzietny. Ma jednak dziewczynę i najlepszą przyjaciółkę. Wszystkie chętnie go odwiedzamy.
Pewnego dnia miałam ważną konferencję w pracy, więc zaprowadziłam Malwinkę do wujka Alka. Tak samo postąpiła Olga ze swoim 7-letnim Tomkiem.
Konferencja udana, czas zbierać się do domu. Popatrzyłam na telefon i zamarłam. 10 nieodebranych połączeń od Alka i 5 od Olgi. Coś musiało się stać. Szybko do nich zadzwoniłam i co się okazało... wszyscy są na komisariacie policji. Przyjechałam tam szybko i zobaczyłam po kolei przerażoną Olgę i Alka oraz zadowoloną z siebie panią Marię. Był to najwredniejszy z wrednych, najbardziej wścibski z wścibskich moher, jakiego zrodziła ziemia. Mieszkała ona naprzeciw Alka i czasem się ścierali. Otóż pani Maria zawiadomiła policję, że do mojego braciszka wciąż przychodzą nowe kobiety, które ten wykorzystuje seksualnie. Według niej Malwinka i Tomek byli molestowani przez Alka. Podobno wiedziałyśmy o wszystkim i pobierałyśmy po 1000 zł za każdą wizytę dzieci (kiedyś pożyczyłam od Alka tyle pieniędzy, a ona musiała to widzieć przez balkon). Podstawą do wezwania policji był dla niej płacz Malwinki (rozbiła kolano i rozpłakała się).
Historia ma jednak happy end. Dzieci zostały przesłuchane przez psychologa, który nie stwierdził molestowania. Zebrane zeznania były spójne. Mimo to kilka razy przyszedł do nas pracownik opieki społecznej, ale wizyty przebiegły pomyślnie i dano nam spokój.
Pani Maria otrzymała pouczenie i żywi do nas czystą nienawiść. Nadal patroluje osiedle i wrzeszczy na wszystkich za zbyt głośne stąpanie po schodach. A Alek zainwestował w porządne rolety.
Kilka dni temu, kiedy zostałam sama w domu, postanowiłam włączyć laptopa. Tak więc siedzę sobie przed nim, przeglądam Amazona, i nagle zachciało mi się do łazienki. No to biegnę, bo ostro cisnęło.
Wracam po chwili i na monitorze nie był pokazany Amazon, tylko moje zdjęcie, jak siedzę na tronie i czytam skład Domestosa. Zdjęcie sprzed kilku minut.
Stoję i patrzę przerażona, bo przecież byłam sama i naprawdę nikogo nie słyszałam.
Wyjęłam szybko telefon i wybrałam 997. Rozglądam się po pokoju, jednocześnie zgarniając nożyczki, jako broń. Wybiegam z niego i zaczynam obserwować resztę domu. Zaczynam mówić: "Wyłaź, człowieku, bo dzwonię na policję". Ale odpowiedziała mi cisza.
Po chwili usłyszałam szelest. Zaczęłam płakać. Stwierdziłam, że muszę zadzwonić, pomimo tego, że wiedziałam jak absurdalnie brzmiałoby wezwanie: "Dzień dobry, ja dzwonię, bo w moim domu ktoś cyknął mi zdjęcie jak srałam, a byłam sama".
W każdym razie kliknęłam zieloną słuchawkę.
I nagle słyszę, jak ktoś wychodzi z szafy i krzyczy: Julka, nie dzwoń, to tylko ja sobie jajcuję.
No to niezły żart, mamo. Jeśli to czytasz, to nie, jeszcze Ci nie wybaczyłam.
Opowiem Wam pokrótce, jak zgasiłam swoją matkę.
Moja matka często porównywała mnie i mojego brata do siostry przyrodniej, która ma maturę, skończyła dwa kierunki studiów, pracuje w korporacji, dobrze zarabia... „Idealna”.
Któregoś dnia przy kolacji znowu zaczęła porównania. Więc odpowiedziałam jej tak: „Trzeba było się przespać z naukowcem, a nie ze zwykłym chłopem ze wsi”. Na to moją matkę zamurowało i nic nie odpowiedziała.
Dodaj anonimowe wyznanie