Chyba trochę życie mnie przytłoczyło.
Z pewnych przyczyn musiałam wynieść się z domu w trybie ekspresowym i znaleźć nowe miejsce zamieszkania i dalej próbować zachować jakiś kontakt z niektórymi członkami rodziny. Mam pracę, na pełen etat, trochę mnie podkopuje to, że pracuje od listopada bez wcześniejszego doświadczenia w branży i mam wrażenie, że moja liderka może odejść lada moment. Do tego studiuje zaocznie i powinnam się bronić w lipcu.
Nie mam zaczętej pracy licencjackiej, mimo że mam szkic. Ostatni semestr na studiach okazał się być bardziej wymagający z kolokwiami i projektami niż dwa poprzednie. Na terapię chodzę regularnie raz w miesiącu, bo więcej mnie nie stać. Cały czas bliska mi osoba ma problemy z autem i muszę jej pożyczać auto na weekendy, kiedy nie pracuję. I...
Myślę, że już chyba nie wyrabiam. Musiałam to gdzieś wyrzucić, bo osoby, z którymi się przyjaźnię nie do końca rozumieją jak wszystko na mnie dookoła wpływa.
Teraz wiem dlaczego większość osób ukrywa depresję na ile się da. Depresję zdiagnozowano u mnie jakoś 8 lat temu. Od tego momentu było różnie, raz dobrze, raz źle. Ale pod koniec zeszłego roku zwaliło się po prostu za dużo i takiego nawrotu się nie spodziewałam. Nie byłam w stanie przez tydzień się umyć, jadłam raz dziennie jak ktoś mi zrobił, przy próbie włożenia kubka do zmywarki trzęsły mi się ręce i po prostu płakałam. Byłam pod opieką lekarza, ale leki nie działały, pojawiły się też lęki, miałam schizy, że ktoś wchodzi do domu jak jestem sama itp. okropne uczucie, nigdy wcześniej tak nie miałam. Ciężko było zacząć funkcjonować normalnie.
Postanowiłam, że nie będę się ukrywać, będę mówić otwarcie o tym, że chodzę do psychiatry i się leczę. Myślałam, że ktoś zrozumie... No cóż, bardzo się przeliczyłam. Dostałam grupę inwalidzką to się dziwią, że jak to? Przecież mi nic nie jest... Teksty typu "ja też tak miałem, ale wyszedłem z tego sam bez żadnych leków" wcale nie pomagają. Ktoś, kto miał jakiś epizod i wizytę u psychiatry sam sobie diagnozuje depresję i chwali się, że sam z niej wyszedł...
Nie chcę opowiadać o chorobie dokładnie, jest zbyt dużo problemów, które mogą ją powodować, ale po mobbingu w pracy jest naprawdę źle. Są osoby, które potrafią zrozumieć czym jest depresja i starają się pomóc, nie wprost, tak po prostu będąc obok, jest to fajne uczucie wiedząc, że możesz na kogoś liczyć. Najgorsze jest, że ci, na których mi zależy nie potrafią mi pomóc.
Zrobiłam się wredna, mam taką nerwę, że muszę ugryźć się 10 razy w język zanim coś odpowiem, stałam się egoistką, zaczęłam myśleć o sobie, próbuje coś zrobić dla siebie, ale nie bardzo to wychodzi, w momencie gdy czuje, że jest lepiej, coś sprawia mi radość, przyjdzie ktoś kto powie, że jestem do dupy. Nie zdaje sobie sprawy jakie to skutki wywołuje. Mimo, że nie jestem głupia, potrafię wiele rzeczy zrobić, zawsze szybko się uczyłam nowych rzeczy czuje się jak debil...
Jestem wrakiem, który po prostu wegetuje. Nie mam odwagi żeby z tym skończyć, nie mogę zostawić samego dziecka. Mam wrażenie, że całe życie przelatuje obok mnie, a ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Myślałam, że wygadanie się coś pomoże, myliłam się. Ciągle słyszę "a myślisz, że ja mam kolorowo?" "Inni mają gorzej" "weź się w garść" albo, że leki ogłupiają, kiedyś tak myślałam i potrafiłam sobie sama poradzić i odstawić leki, w tym momencie bez leków nie mogę wstać z łóżka później słysząc w domu "znowu cały dzień nic nie robisz" chciałabym coś zrobić dla siebie, próbuję małymi krokami, ale ktoś z każdym krokiem podstawia mi nogę, a ja nie jestem w stanie już więcej się z ziemi podnosić.
Boję się, że jak coś napiszę, to moje rodzeństwo to zobaczy. Wiem, że to anonimowe, ale i tak.
Moja mama podczas dzisiejszego obiadu sprzedała mi historię życia.
Przenieśmy się do czasów głębokiego PRL-u. Moja mama - młoda dziewczyna wtedy, lat ok. 21, postanowiła się udać ze swoją mamą na handel do ówczesnej Rosji. Wiadomo jak było, każdy dorabiał jak mógł. Wysoko ''cenionym'' towarem wtedy były... prezerwatywy.
I tak oto moja matula z plecakiem po brzegi wypchanym prezerwatywami szła wraz ze swoją mamą przez odprawę celną.
Celnicy dokładnie przeszukiwali każdego ''wycieczkowicza'', kolejka powolutku sunęła naprzód i w końcu nadszedł czas i na nią. Celnik sięga do plecaka i wyciąga długą taśmę kondonów, jedną z wielu. Zdumiony patrzy to na plecak, to na mamę i pyta ''Szto to?''. A ta agentka, żeby jej nie skonfiskowali całego plecaka, wypaliła z tekstem "Ja tyle potrzebuję''...
Puścili ją.
Sprzedała wszystkie.
Pozdrawiam Cię, mamo, ciekawe czym mnie jeszcze zaskoczysz...
Czerwcowe popołudnie, w sumie nawet bardziej wieczór. Siedzę sobie na ławeczce przy jeziorku, podziwiam zachód słońca, którego niemal nie widać przez te betonowe gmachy i uczę się z notatek na kolejny egzamin. W uszach słuchawki, skupiona na powtarzaniu - nie zdaję sobie sprawy z tego co się wokół mnie dzieje.
W takim stanie zostałam zaczepiona przez Sebka - ale nie takiego zwykłego Sebka. Nawróconego Sebka, który musiał być kiedyś punkiem, patrząc na ilość dziurek po kolczykach na całej twarzy - naprawdę całej. Ewidentnie za młodu zbłądził i teraz odnalazł właściwą drogę - wrócił do dresu. Podjechał do mnie od tyłu na rowerze i klepnął w ramię. Łatwo domyślić się mojej reakcji. No i teraz właściwa część historii.
Kiedy ja zastanawiam się, czy jest to typ Sebka z Anonimowych, który zaraz zaprosi mnie na pierogi ze zniżką albo poprosi, żebym sprawdziła ortografię w liście do jego mamy, czy też - o zgrozo - mam do czynienia z tym drugim typem, który chce bezzwrotnie pożyczyć mój telefon, najlepiej w gratisie z zawartością portfela - on wyciąga mi słuchawkę z ucha i pyta:
- Masz lustro?
- Słucham?
- Lustro! Kurwa, lustereczko! No nie gadaj, że nie masz! Jesteś kobietą!
- Nie mam... - miałam przy sobie mój zastępczy plecak, zawierający tylko niezbędne rzeczy, jak jedzenie.
- Kurwa. Ale masz okulary! Dawaj okulary!
Niewiele myśląc dałam mu okulary. Było mi ich szkoda - zwłaszcza że kupiłam je dopiero dzień wcześniej, po tym jak poprzednią parę (tego samego modelu) utopiłam przypadkowo w tymże jeziorze. Kiedy ja mentalnie godziłam się ze stratą, on przeglądał się w tych okularach, jak jakaś Zła Królowa ze Śnieżki, i klnie na czym świat stoi.
- Kurwa, cholerne muchy! No by je, kurwa... Uwierzysz?! Latają kurwy jedne gdzie chcą, samobójcy cholerni, a ty się potem z nimi męcz. No nie, nie no, cholera, kurwa mać nie mogę.
- Słucham?
- Cholerna mucha wpadła mi do oka! Kurwa, piecze, jakby ktoś mi gorącą oliwą oko mył! No kurwa, nie dam rady. Ej... - przestał przeglądać się w moich okularach i spojrzał na mnie - A wyciągnęłabyś mi? Serio, piecze jak cholera. Pomóż cierpiącemu.
No i wyciągnęłam. Okrzykom ulgi i euforii nie było końca.
Okulary oddał.
Za usługę zaoferował piwo z sześciopaka, które wiózł w koszyku.
Mam syna – dwadzieścia wiosen, fajny facet, wraz ze swoją siostrą szczęście mojego życia i jego spełnienie. Z dorosłą już (metrykalnie) dzieciarnią mamy układy bardziej przyjacielskie niż relacje ojciec – dzieci.
I dzisiaj Młody wyznał mi deko szokującą rzecz.
Ze swoją dziewczyną są od ładnych kilku lat. Miłość jak bambosz, fajna relacja, fajny związek. Ona gdzieś na weekendowe szkolenie wybyła, Młody pojechał swojej, jak twierdzi, przyszłej teściowej, pomóc w typowo męskich domowościach – ogród, tu przykręcić, tam odkręcić. „Teściowa”, by Młodego nie wypuszczać po całym dniu, zrobiła jakąś świetną kolację, winko, po winku mocniejsze napitki i w efekcie Młody obudził się obok „Mamusi” – zadowolonej, dopieszczonej i uśmiechniętej.
I cholera, po raz pierwszy w moim prawie pięćdziesięcioletnim żywocie zwiesiłem żuchwę tak, iż nie wiedziałem co Młodemu powiedzieć. Mózgownica mi się sfilcowała...
Moi znajomi dziwią się gdy mówię im, że nie potrafię zasnąć bez słuchawek na na uszach. Sądzą pewnie, że jestem niepoprawnym melomanem, a ja po prostu dorastałem z napalonymi rodzicami w kawalerce. Siła nawyku.
Ostatnio czekałam na kumpelę w pobliżu fontanny, przy której bawiły się dzieci w wieku ok. 7-8 lat. Wokół nie widziałam żadnych dorosłych osób, pewnie mamusie miały lepsze zajęcie niż doglądanie "pociech". Zabawa dzieci polegała na wrzucaniu kamieni do fontanny. Fontanna spód pomalowany miała na niebiesko, w związku z tym kamienie wyglądały w niej koszmarnie.
W pewnym momencie nie wytrzymałam, podeszłam do chłopczyka i wyszeptałam mu do ucha:
- Jak będziesz wrzucał kamienie do fontanny, to przyjedzie policja i cię zamkną do więzienia - i jak gdyby nigdy nic stanęłam i wypatrywałam koleżanki.
Chłopiec pobladł i powiedział coś na ucho dziewczynce. Przez kolejne 20 minut ich zabawa polegała na wyciąganiu kamieni z fontanny :)
Jestem złaaa! :)
Mając około 4-5 lat musiałem iść do przedszkola (decyzja pracujących rodziców i babci, która miała mnie dosyć).
Oczywiście nie chciałem tam chodzić i swoją niechęć wyrażałem w bardzo dojrzały i sprytny sposób. Nie płakałem jak inne dzieci, nie dostawałem ataków histerii czy tym podobne. To ja doprowadzałem innych do takich stanów.
Na przykład, kiedy ostatni raz do przedszkola odprowadziła mnie mama, zamiast całusa na pożegnanie ze smutną miną zadałem jej pytanie: „Czy ty mnie jeszcze kochasz?”, po czym odwróciłem się i dołączyłem do grupy.
Po jakichś 15 minutach mama zabrała mnie z przedszkola i nigdy tam nie wróciłem. Ciekawe czemu jej makijaż był cały rozmazany...
Jestem programistą i freelancerem (B2B). Około rok temu duża firma poligraficzna zaoferowała mi (i kilku innym freelancerom) możliwość uczestniczenia w stworzeniu nowego produktu. Oni powiedzieli, co chcą a my mieliśmy znaleźć rozwiazanie. Było to dość złożone zadanie, znacznie wykraczające poza możliwości tej firmy, ponieważ łączyło w sobie elementy automatyzacji, przetwarzania obrazu i systemu eksperckiego. Ponieważ nie byli pewni, czy podołamy temu zadaniu, zaproponowali nam "okres próbny".
W tym czasie zaoferowali wynagrodzenie znacznie niższe niż za zwyczaj (wszyscy jesteśmy specjalistami). Obiecali jednak, że jeśli się sprawdzimy, to pod koniec okresu próbnego założona zostanie nowa firma, w której otrzymamy udziały i wynagrodzenia zostana podniesione ponad wartość średnia. Miało to stanowić zachętę do związania się z firma na stale by zachować "how-know".
Poszło lepiej niż się spodziewałem. Po sześciu miesiącach pracy, dla managerów firmy projekt zaczął się nawet wydawać banalnym, wręcz prostym. "Pierwotna" umowa wygasła pod koniec kwietnia. W ciągu ostatnich kilku tygodni staraliśmy się wyegzekwować obietnice, a oni nas zbywali. Ostatecznie stwierdzili, ze o nowej firmie i udziałach mowy nie ma. Jedyne co zaproponowali to przedłużenie umowy na starych warunkach i symboliczną premię. Nie zgodziłem się. Inni też nie.
Właśnie dostałem błagalnego meila bym wrócił do pracy a warunki ustalimy... za pare tygodni, bo podobno szef szefów jest obecnie nieuchwytny. Obiecali "znaczącą" podwyżkę. Tak, proszą bym wrócił do pracy, na "słowo", BEZ UMOWY, w firmie która nie dotrzymuje obietnic!
Dodaj anonimowe wyznanie