Pewnego ranka szykowałam się jak zawsze do pracy. Mieszkam z dwiema dziewczynami (takie tam studenckie klimaty). Na moje nieszczęście złapał mnie potworny ból brzucha i poczułam, że czym prędzej muszę do toalety. Niestety była zajęta, kumpela brała z rana solidny prysznic. Czekałam w bólach 5 minut, prosiłam, żeby się pospieszyła, ale i tak już było za późno. W pewnym momencie nastąpiła kulminacja, wiedziałam już, że nie zdążę i zrobiłam kupę do kosza na śmieci w pokoju... Zaraz potem szybko wyniosłam worek na balkon i na koniec pozbyłam się go, wychodząc ze śmieciami ostatnia z mieszkania.
Nigdy więcej takich sytuacji :/
Zrozumiałym dla mnie było, że randkowanie służy poznawaniu się i selekcji potencjalnych partnerów od całej reszty. Ludzie oceniają po najdziwniejszych atrybutach – jak świat światem laski oczekują sześciopaka, a faceci zgrabnych nóg, jednak to co się odwaliło na jednej z moich randek przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Otóż mojego ewentualnie przyszłego chłopaka poznałam przez serwis randkowy. Opisywał się jako człowiek bardzo kulturalny i inteligentny, wydawało się, że ideał. Taki też był na naszych spotkaniach. Może trochę sztywny, ale jednak gentleman, z klasą, manierami i obyciem. Raz doszło do bliższego kontaktu naszych twarzy, coś jednak mu nie pasowało. Sprawdziłam dyskretnie oddech, zapytałam, czy wszystko w porządku. Powiedział, że jest jeden element mojej twarzy, którego nie zniesie. Zaczynałam myśleć: czy to krzywe zęby, źle zrobione brwi, kurde, może mam zeza? Nie. Brzydziły go moje WŁOSY W NOSIE. Od razu uprzedzam – nie mam żadnych włosów zwisających z nosa i sięgających ust, normalne włoski w nosie, z tego co pamiętam z biologii – spełniające swoją funkcję. Rozstaliśmy się tego wieczora, kilka dni później zaprosił mnie do restauracji. Zapytał się mnie, czy rozważyłam jego słowa. Szczerze nawet nie pomyślałam o tym kretyńskim stwierdzeniu. Nachylając się nad stołem, próbował mi dyskretnie przekazać, iż chodzi o moje owłosienie w przegrodach nosowych. Nerwowo zachichotałam i próbując to jakoś złagodzić i ominąć, w bardziej kulturalnych słowach powiedziałam, że chyba do końca zdurniał. Na co on uznał, że niestety, tu następuje koniec naszej znajomości, on tego nie zdzierży, widać tak musiało być. Na koniec dodał, że nigdy nie śmieszyły go moje żarty. Zapłacił, wstał od stolika, szarmancko zarzucił swój długi płaszcz, i powiedział: „Żegnaj, Izabelo”.
Byłoby to nawet romantyczne, gdyby nie powód naszego rozstania.
Pozdrawiam cię, Rafale. Nadal nie depiluję nosa.
A wy bądźcie uważni na to, jak wyglądacie.
Co niedzielę cała moja rodzina chodzi do kościoła. W ostatnią niedzielę dostałam okresu, ale moich rodziców nie przekonuje to, że boli mnie brzuch itp. Nie chciało mi się iść, więc musiałam coś wymyślić.
Gdy siedziałam w toalecie, pomyślałam, że mogę udawać, że leci mi krew z nosa (chciałam użyć krwi z miesiączki). Niestety drzwi do łazienki jakimś cudem się nie zamknęły (albo zapomniałam przekręcić klucz), więc mama wchodząc zobaczyła, jak stoję z rozłożonymi nogami na środku łazienki, wygrzebuję krew spomiędzy nóg i wkładam do nosa.
Nie wiem, kto miał gorszą minę w tamtym momencie. Do tej pory nie mogę spojrzeć mojej mamie w oczy... co za wstyd.
PS Do kościoła nie poszłam, bo się okazało, że jest sobota, a nie niedziela.
Parę tygodni temu byłam pierwszy raz w mieszkaniu nie tak dawno poznanego faceta. Nie powiem, podobał mi się nieziemsko. Zarówno z wyglądu, jak i charakteru, więc wiadomo, chciałam przed nim wypaść jak najlepiej.
Wszystko świetnie, siedzimy w kuchni przy smacznym jedzeniu, tematów do rozmowy nie brakuje, namiętnych spojrzeń między nami również, kiedy nagle odczuwam niesamowitą potrzebę pójścia do toalety. Dwójka. Pytam więc, czy mógłby mi wskazać drogę do toalety. Sprawa poszła szybko i gładko, spłukuję. Już chcę opuścić deskę, a tu widzę, że jeden duży kawałek, cóż... nie chciał. Naciskam spłuczkę po raz drugi. Ten durny, uparty kawałek kupy nadal się nie dał i pływał na powierzchni. Cholera no, jakim cudem!? Spłukuję po raz trzeci, już nieco zirytowana, bo koleś pewnie pomyśli, że jakaś straszna sraka. Niby naturalna sprawa, ale jednak w takiej sytuacji niezręczna... Kiedy i ta próba skończyła się niepowodzeniem, mój mózg wpadł w lekką panikę. Dorzuciłam więc trochę papieru i w takim towarzystwie chciałam kupę posłać do lochów kanalizacji. Bez skutku. Na skraju wyczerpania emocjonalnego, w głowie już przygotowując plan wyjazdu do Meksyku jako Pakalu Papito, kątem oka ujrzałam zbawienie (nie, żaden bóg mi się akurat nie objawił, ale jestem pewna, że po cichu i tak cisnął ze mnie bekę) – PRZEPYCHACZKA DO KIBLA. Spokojnie stała w kącie łazienki, trochę schowana za szafką, szyderczo się do mnie uśmiechając (tak mi się w tym momencie przynajmniej wydawało). Z jej pomocą poszło. Za piątym razem...
Całe wydarzenie wspominam, jakby trwało wieczność. W istocie musiało minąć zaledwie parę minut. Kiedy z udawaną gracją wreszcie opuściłam felerne pomieszczenie, opisałam mu sprawę wprost. Zaczął się śmiać i powiedział, że skoro tak, to bardzo mu ulżyło, bo już myślał, że jest aż tak złym kucharzem.
Tak, nadal się spotykamy :) Ale gdybyśmy mieli kiedyś razem u niego zamieszkać, to na pewno kupę, tfu, kupię mu lepszą spłuczkę!
Jak zamawiam kotu karmę przez internet, to zawsze staram się wybierać różnorodne i zróżnicowane smaki. Dzięki temu potem mogę w tych karmach przebierać i zastanawiać się, czy zaserwuję swojemu sierściuchowi dzisiaj kawałeczki kurczaka w galaretce czy łososia, a może wołowinkę. Czuję się wtedy jak szef kuchni, mimo że wcale nie potrafię gotować, ale jak kot wpierdziela ze smakiem, to mam satysfakcję, że mu „ugotowałam” danie jak z 5-gwiazdkowej restauracji.
W wieku około 6 lat zacząłem bardzo rozpaczać nad śmiercią Jezusa. Myślałem, jak by to było dobrze, gdyby nie został ukrzyżowany.
Spytacie pewnie, jaki był tego powód. Było mi żal, że on umarł? Byłem mocno wierzącym chrześcijaninem?
Nie. Otóż pomyślałem, że gdyby nie umarł, to nie musiałbym już nigdy więcej chodzić do kościoła.
Poznałem pewną dziewczynę. Zakochałem się bez pamięci w niej i w jej córeczce. Żyło nam się dobrze, ja pracowałem, a ona studiowała i zajmowała się domem. Zawsze starałem się, aby niczego im nie brakowało.
Pewnego dnia, gdy moja ukochana wracała z uczelni, została potrącona przez samochód. Na szczęście nic się nie stało, ale musiała pobyć trochę w szpitalu. W tym czasie zajmowałem się naszą córką, pracowałem i codziennie odwiedzałem ją w szpitalu. Wydobrzała, wróciła do pełni sił.
Gdy skończyła studia, pewnego dnia, gdy byłem w pracy, spakowała siebie i córkę i bez słowa wyjaśnienia wyjechała. Jak się później dowiedziałem – za granicę.
Jest mi ciężko, bo byłem bardzo zaangażowany w ten związek. Najbardziej przykro mi z powodu córki. Nie jestem jej biologicznym ojcem ani nie byłem w formalnym związku z jej matką, przez co nie mogę sobie rościć do niej żadnych praw i boję się, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.
Jednym z moich dziwactw jest mania wąchania wszystkiego. Przedmioty, jedzenie, ludzie, wszystko co popadnie, co w rączki wpadnie. Różne miejsca, sytuacje, ludzi itd. pamiętam z zapachu, który akurat pojawi się w otoczeniu, a ulubione zapachy noszę przy sobie. Tak samo jest z obmacywaniem różnych przedmiotów – ulubione w dotyku noszę przy sobie. Czasami nie potrafię się powstrzymać od dotykania rzeczy.
Jakby ktoś kiedyś zobaczył wariata, który namiętnie pieści i obwąchuje jakiś przedmiot, wiedzcie, że to ja.
Kiedy chodziłam do przedszkola, zawsze odbierała mnie mama. Pamiętam, jak pewnego razu wracałam z nią właśnie do domu, gdy mój wzrok przykuł staruszek, który szedł drugą stroną ulicy. Ogółem wyglądał normalnie – oprócz oczu, których nie było widać, wyglądało to jakby zamiast okolic oczu miał tylko jakby biały pasek, nie mógł być to raczej żaden plaster, pan szedł normalnie, bez pomocy. Trochę mnie to wystraszyło, ale o tym zapomniałam.
Przypomniałam sobie o tym dopiero kilka lat później, gdy brat opowiedział mi, że na pobliskim cmentarzu jest grób starszego pana, któremu ciągle ktoś wydrapuje oczy na zdjęciu nagrobnym.
Pracuję w żłobku. Jedno dziecko chodzi do nas już bardzo długo, od czasu, kiedy żłobek został otwarty i kiedy maluch ten skończył 6 miesięcy, obecnie ma 2,5 roku. Można zatem stwierdzić, że jest takim naszym pupilkiem, którego wszystkiego uczyłyśmy. Michałek jest z nami zawsze najdłużej, przychodzi już przed 7 rano, a wychodzi przed 17, dlatego traktuję go prawie jak własne dziecko. Michaś jest bardzo inteligentny, wszystko zawsze rozumiał, lecz długo nie chciał zacząć mówić. Kiedy skończył 2 lata, pojawiały się słowa, później w niewyobrażalnym tempie całe zdania.
Pewnego upalnego dnia, będąc z dzieciakami na naszym podwórku, Michaś zaczepiał przechodniów, słodko krzycząc „ceś”. W pewnym momencie Michaś podnosi wzrok i pędzi do mnie, wrzeszcząc na pół osiedla: „Ciocia CIPO”. Zamarłam! Myślę, nie odzywam się, może mi się przesłyszało, ale gdzie tam. Michaś biegnie i cały czas drze się na mnie: „Ciocia cipo!”. Ludzie w śmiech, sąsiedzi na podwórkach obok obserwują, co się wydarzy. Ja już cała spocona, czerwona, łapię młodego i rura z nim do środka. Postawiłam buntownika na dywanie i pytam, czemu tak mówi. A ten patrzy na mnie swoimi oczkami i ze zdziwieniem pyta: „To tobie nie jeśt cipło?”.
No tak, jak jest upał, to musi być „cipło” :D
Dodaj anonimowe wyznanie