Mam 31 lat i od dwóch lat ukrywam przed rodzicami, że kupiłam mieszkanie za gotówkę.
Z rodzicami mam całkiem dobry kontakt, często ich odwiedzam, dużo rozmawiamy. W tych rozmowach często pojawia się temat zakupu mieszkania - oni twierdzą, że już pora zainwestować w nieruchomość, żeby mieć solidne zabezpieczenie na starość, a ja żartobliwie narzekam, że własny kawałek podłogi to wydatek poza moim zasięgiem. Tak naprawdę dwa lata temu kupiłam za systematycznie odkładaną gotówkę spore mieszkanie w mieście wojewódzkim. I jakoś od tamtej pory nie potrafię powiedzieć o tym rodzicom. Oni są kochani, ale uwielbiają zaglądać innym do portfela. Sami wspólnie zarabiają ok. 15tys zł miesięcznie, na utrzymaniu mają już tylko siebie, mieszkają w spłaconym domu, a mimo to pod koniec miesiąca proszą mnie o zrobienie im zakupów, bo „są przed wypłatą”. Czasem wymyśla sobie nowe meble ogrodowe albo wymianę drzwi wejściowych i sugerują, że powinnam się dołożyć. Nie umiem się im przeciwstawić, bo boję się, że zepsuje to nasze relacje. Ukrywanie mieszkania i moich rzeczywistych zarobków daje mi świetną wymówkę do odmowy zaspokajania ich zachcianek pod pretekstem oszczędzania.
Kolejnym powodem jest mój ojciec i jego długi język. Kiedy zmieniłam samochód na VW z 2020 roku, dzwonił po wszystkich znajomych mówiąc, ile za niego zapłaciłam. Ja takie informacje wolę trzymać dla siebie, sama ciężko pracuję na wszystko, co posiadam i nie potrzebuje informować świata o tym, że mam na sobie spodnie za 100zl i koszulę za 800zl. Moje pieniądze - moja sprawa. Wielokrotnie prosiłam tatę, żeby zachowywał takie informacje dla siebie, ale jego zdaniem wręcz powinno się chwalić swoim sukcesem. Ja natomiast uważam, że chwalić się mogę awansem w pracy, a nie zarobkami. Z czasem więc przestałam odpowiadać na pytania o cenę oraz ignorować teksty typu „O, nowa torebka, skórzana? Tysiak to chyba minimum za taką?”
Jest mi przykro, że nie mogę być z nimi do końca szczera.
Mam znajomych a może raczej, nie bójmy się tego słowa, przyjaciół. Niech im będzie Agnieszka i Artur. Widzimy się bardzo rzadko, tak raz na kwartał to wyżyny szczęścia. No i jak to po staropolsku bywa, yest jush okazyja, no to w palnik. To zawsze jest straszne logistycznie wyzwanie - oni dograć wolny weekend ze zmianami w robocie, wyekspediować gdzieś po babciach/teściowych/bidulach/schroniskach dzieciary, etc. Mnie z kolei więcej w ojczyźnie nie ma niż jestem. Czasem się uda i jest fajnie. Sęk w tym, że każdy ma jakieś mniejsze bądź większe ułomności, w przypadku Agnieszki diagnoza brzmi: siostra, niech tej bladzi Justynka będzie (chciałbym w tym miejscu przeprosić wszystkie Justyny tego świata, imię wybrałem na rympał). To nie jest tak, że ktoś coś komuś kiedyś zrobił, po prostu odkąd pamiętam nie lubimy się z tą personą tak o, chyba atawistycznie. Justynka posiada (i to nie jest przejęzyczenie) męża i syna. Mąż bardzo w porządku swoją drogą, ale pantofel. Syn ledwo co wylazł z matki, ale już coś kuma, powtarza itd. Ogólnie to ja dzieci tak nie bardzo, jak kotów - toleruję, nie utopię, ale najlepiej to z dala. Ten Justynki to może i nawet byłby fajny gdyby po matce nie był rudy.
Do brzegu. Tym razem po pół roku udało się dograć terminy, no to grill. Tak się złożyło, że nikt nic jeszcze nie miał, no to plan taki, że wpadam do nich i jedziemy z Agnieszką i jeszcze dwoma znajomymi na zakupy, Artur zostaje, rozpala, itd. Zbieramy się do wyjścia a tu wp... się na ogród bez kozery Justynka z całym inwenatrzem (Agnieszka i Artur mają dom). "Ooo uuu, Aga, słuchaj, zostawimy na chwilę bombelka, no musimy szybko skoczyć do galerii bo uj wie cooo, bla bla, bla.. mamy nasze zajęte, ooo, akurat teraz w tym dniu tej godzinie musimy podrzucić wam bachora bo ooo aaa... jak nam pilno eeee pomóż siostrzyczko, my tylko na chwilę..". Ta, baba w galerii "na chwilę". Galeria czterdzieści minut w jedną stronę. Tak patrzę na tego małego smroda, no do okna życia jeszcze by wlazł. Musiała akcję ucz zaplanować, bo raz - nigdy nie jest proszona na nasze imprezy, dwa - obydwie babcie wolne. Agnieszka, chociaż jest wspaniałą osobą, to jest taka, powiedzmy, nienachalnie asertywna. Artur to samo. No i już widzę, że impreza leży, reszta znajomych jak i ja się nie odzywa, bo jesteśmy w gościach i nie wypada. A może jednak.. Mówię jedźcie, nie spieszcie się. Wziąłem gnoja na ręce, wszyscy na mnie patrzą jakbym zaraz miał dostać udaru. Gadam: a jak masz na imię - "ominiii" Dominik? O jak ładnie mówisz. A powiesz mama? - "ama" A powiesz tata? - "ata" Oo, super, a powiesz kotek? - "oek" Noo, wspaniale. A powiedz CH*J. "UUJ". Justynka już nigdy nie próbowała ingerować w nasze plany, do męża nie odzywała się przez tydzień, nie wytrzymał presji padł śmiechem. Impreza została uratowana a mnie nie pozwolono się dołożyć nawet złotówki.
W Lublinie niedawno został otwarty główny plac miejski, który przechodził okres "ulepszania" przez ostatnie dwa lata. Na placu powstała między innymi nowa multimedialna fontanna i mały plac zabaw.
Niestety już pierwszego dnia plac zabaw uległ awarii i został praktycznie w całości oklejony taśmą. Niestety głupie bydło, bo inaczej tego nazwać się nie da, jakim są niektórzy rodzice, wydawało się nie widzieć jaskrawej, pomarańczowej taśmy na długości całego placu i wpuściło tam swoje gnomy.
Osobiście zajmuję się właśnie tego typu inwestycjami jak place zabaw. Po dniu pracy NIEDOKOŃCZONE huśtawki dokładnie zabezpieczyłem. Oczywiście mamuśki przylazły, obeszły zabezpieczenia i puściły dzieci do zabawy. Huśtawki zniszczone, dzieci poobijane.
Mam na niedokończonych sprzętach specjalnie zostawiać jakieś śruby i gwoździe?? Ale puszczajcie swoje dzieciaki, niech się, kurna, połamią lub gorzej, niech niszczą sprzęt. Może kiedy będziecie musieli zafundować naprawy albo niedziele będziecie spędzać na cmentarzu, to was to czegoś nauczy.
Dosłownie sprzed paru minut, nadal leżę i kwiczę.
Mojego faceta przycisnęło, więc poszedł na posiedzenie. Wyszedł po dobrych czterdziestu minutach kompletnie nagi, z mordem w oczach i wyrywającym się kotem w rękach. Co się stało?
Po wyjątkowo różnorodnej kolacji (pizza, spaghetti, lody, żelki i to wszystko zapite pepsi), faceta oczywiście złapała sraka. Podczas pielgrzymki do łazienki wcisnęłam mu nasze kocie dziecko, coby biorąc z niego przykład uczyło się korzystania z kuwety.
Wyobraźcie sobie, że siedzicie na kibelku, wypuszczacie z siebie niekontrolowane serie naturalnego nawozu. Wasz kot najpierw spogląda na was niewinnie, później rozkłada się gdzieś obok was i prawie zasypia.
Później sytuacja potoczyła się nagle i niespodziewanie. Kot, uśpiwszy czujność faceta, wskoczył mu do gaci. Facet już wyciągał ręce, by go pochwycić i wyciągnąć, gdy ujrzał, że koci ogon unosi się do góry, a spod niego wyrasta kręcona parówka. No cóż, mój luby zareagował instynktownie, poderwał się na równe nogi, zasrywając przy okazji kibel, podłogę, siebie, własne gacie, kota, który w tej samej sekundzie wytarabanił za pralkę...
Bilans? Szorowanie łazienki, szorowanie faceta, szorowanie gaci, odsuwanie pralki, a dodatkowo blizny powstałe wskutek szorowania kota.
Gdy miałam 8 lat, wróciłam do domu ze szkoły. Dzień jak co dzień. Rodzice w pracy, a rodzeństwo się wyprowadziło. Byłam sama. Od razu po szkole idę do kuchni odgrzać obiad w mikrofali, który wcześniej przygotowała mi mama, i poszłam go zjeść do salonu. Dopiero po jakiejś godzinie poszłam do swojego pokoju. Gdy otworzyłam drzwi do pokoju, od razu nimi trzasnęłam i zaczęłam płakać. Na łóżku siedziała jakaś kobieta. Stałam pod drzwiami jakieś 5-10 minut zastanawiając się co zrobić. Telefonu jeszcze nie miałam, więc nie mogłam zadzwonić ani do mamy, ani na policję. O tym, żeby pójść po sąsiadkę, też nie pomyślałam.
Otworzyłam drzwi i zapytałam kim jest i co robi w moim domu. A jej odpowiedź brzmiała mniej więcej tak "Mam na imię Anna i przyszłam do twojej mamy. Muszę jej oddać pieniądze".
Wytłumaczyłam kobiecie, że mama jest w pracy i zapłakana wyprosiłam ją z domu.
Kilka godzin później, gdy mama wróciła do domu, opowiedziałam jej o całym zdarzeniu. Na moje słowa mama zaczęła płakać i zaczęła pakować wszystkie nasze rzeczy.
Teraz mam 16 lat. I dopiero niedawno dowiedziałam się od mamy dlaczego się wyprowadziliśmy. Powiedziała, że miała siostrę o imieniu Anna, która przed swoją śmiercią pożyczyła od mojej mamy pieniądze.
Gdy komuś o tym opowiadam, nikt mi nie wierzy i myślą, że jestem wariatką. Oprócz mamy, ponieważ nie miałam pojęcia, że miałam ciotkę o imieniu Anna, która pożyczyła od nas pieniądze, więc nie mogłam sobie tego wymyślić.
Mam 19 lat, moja siostra 14. Któregoś razu młoda dość mocno się wczuła, opowiadając mi o kłótni pato-nastolatek w autobusie i dokładnie naśladując ich wyzwiska. Uśmiałyśmy się wtedy bardzo i tak od słowa do słowa, zaczęłyśmy w żartach naśladować ich zachowanie, rzucając do siebie epitetami "suko" czy "zdziro". Oczywiście wszystko to strasznie nas wtedy bawiło. Ale do rzeczy.
Pewnego dnia wróciłam do domu i od progu wołam: "wróciłam, suko!". Z racji tego, że nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, krzyknęłam jeszcze: "Kupiłam ci ten tusz, który chciałaś, tylko może przyjdź tu i pomóż mi z walizkami, mała zdziro". Znów cisza. Z pokoju wyjrzała nieśmiało mama i wydukała tylko "O, Karolinka wróciła".
Weszłam do salonu, a tam... pokój pełen gości.
Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, mama spaliła niezłego buraka, a siostra ze śmiechu prawie udławiła się sernikiem.
Moja babcia ma marzenie: tańczyć na weselu któregoś ze swoich wnucząt. ALE! To nie może być ślub byle jaki, musi być „prawdziwy” - katolicki. Mój ojciec jest jedynakiem, więc na cały wnuczany dorobek składamy się ja i moi dwaj starsi bracia.
Starszy z nich stał się babcinym rozczarowaniem mając lat osiem, kiedy to tupnął nogą i oznajmił, że alby nie założy i do Pierwszej Komunii nie pójdzie, bo żadne „bajeczki o wszechmocnym dziadku w chmurach” do niego nie przemawiają.
Ślub brał rok temu i to nawet kościelny – z tym że jednostronny, z protestantką. Babcia przez całe wesele siedziała obrażona i nawet z panem młodym nie chciała zatańczyć.
Młodszy z braci był babcinym beniaminkiem, bo taki grzeczny, taki ułożony, tak ładnie do kościoła za rączkę maszeruje, a na bierzmowaniu przyjmuje imię po dziadku (i już wiadomo było, kto dostanie najfajniejszy prezent na święta). Wierzący, przystojny, charakter też ma taki, że dziewczyny same się do niego kleją. Nic tylko szykować wódkę na wesele!
Na nieszczęście babci - brat jest również gejem. To wystarcza, by zdyskwalifikować go w kategorii „wesele”. To nic, że jest zaręczony i planuje w najbliższych latach zaciągnąć swojego wybranka za granicę celem podpisania odpowiednich papierów. Taki ślub się nie liczy, nie i koniec.
Tak oto z wnuczki wyrodnej (bo rozbrykanej, „dzikiej” chłopczycy) stałam się oczkiem w głowie i ostatnią nadzieją babci. Desperacja czyni cuda i nagle przestało mieć znaczenie, że jedyny sakrament, jaki zaliczyłam, to chrzest, i deklaruję się jako ateistka. Kościół nie takie ustępstwa robił, wszystko da się załatwić, grunt, że jestem hetero, od dwóch lat mam stałego chłopaka i przecież nie mogłabym kochanej babci tak rozczarować. Muszę, po prostu MUSZĘ przemaszerować nawą kościoła powiewając białą suknią.
Nikt w rodzinie nie ma pomysłu, jak uświadomić babci, że mój partner jest Żydem, nie łamiąc jej przy tym serca.
Pracuję w małej kawiarni w centrum małego miasteczka. Codziennie spotykam masę ludzi. Czy to starsze małżeństwo, czy młode dziewczyny, czy dzieciaki, których rodzice robią zakupy w sporym markecie obok. Na sytuacje jakie mnie tu spotykają nie starczyłoby miejsca, ale jedna mnie wyjątkowo wprawiła w osłupienie.
Młode (prawdopodobnie) małżeństwo z córką na oko 8-letnią. Kobieta rozmawiała przez telefon, na tyle głośno, że byłam w stanie usłyszeć, jak wyśmiewa córkę swojej "niby znajomej", jak to sama określiła, za jej kilka kilogramów więcej. Mężczyzna coraz bardziej zdenerwowany postawą żony, pyta się córki co chce. Na co ona piskliwym, specjalnie wymodulowanym głosem, że żąda (!) czekoladowego. Odpowiadam, że czekoladowych nie ma, bo co tydzień zmieniane są smaki. Na co mała zaczęła piszczeć. Kobieta odsunęła telefon od ucha, pyta co się dzieje. Dziecko jej tłumaczy, udając płacz, że nie chcę jej dać czekoladowych lodów. Mąż poirytowany wyjaśnia żonie sytuację. Kobietki rezygnują z zakupów, w przeciwieństwie do mężczyzny.
Po pół godzinie wraca rodzinka, kobieta prosi o jak największego loda dla dziewczynki. Podaję, mała nawet nie mówi "dziękuję", a matka obrażona mówi "Proszę przeprosić moje dziecko za brak czekoladowych".
Nie wierzyłam w to co słyszę. Mężczyzna wziął obie damy za rękę i poszli....
Dodam tylko, że dziewczynka na pewno przekraczała normy wagowe 8-latek.
Pracuję na infolinii i chciałabym Wam dać kilka rad przed wykonaniem połączenia:
1. Jeśli nie lubisz rozmawiać to napisz na kartce co potrzebujesz uzyskać. Odczytaj to konsultantowi, napewno wtedy też będzie łatwiej pomóc ze sprawą.
2. Jeśli dzwonisz by pomóc osobie starszej. Wyjaśnij problem w kilku zdaniach i przekaż tą osobę do telefonu. Nie wtrącaj się później w rozmowę, bo to tylko komplikuje sytuację. Dobrze by telefon tej osoby był wolny do wykonywania czynności.
3. Jeśli pada komunikat, że trzeba udać się osobiście do oddziału to nie kłóć się z konsultantem. Naprawdę czasami inaczej się nie da.
4. Gdy strona pokaże komunikat odczytaj go słowo w słowo, to też pomaga zdiagnozować problem.
5. Mimo zdenerwowania staraj się uspokoić. Powiedz poprostu, że jesteś zdenerwowany sytuacją. Zaczekamy aż trochę ochłoniesz i rozwiążemy problem.
6. Nie dzwoń jadąc samochodem. To niebezpieczne i często przerywa wypowiedź.
7. Nie dzwoń gdy masz wokół siebie krzyczące dziecko lub dzieci. To też bardzo utrudnia.Po coś dużo infolinii jest całodobowa. Unikaj też dzwonienia z miejsc publicznych.
8. Dzwoń gdy masz dłuższą chwilę wolną. Gdy będzie trzeba Cię przełączyć może być dłuższy czas oczekiwania na rozmowę z kolejną osobą.
Uwaga! Chciałam powiedzieć, że jak jesteście na jakimś koncercie, gdzie występują młodzi artyści to nie bójcie się im powiedzieć, że super śpiewają. To na serio dodaje dużo pewności siebie:)
Dodaj anonimowe wyznanie