Jestem podminowana, bo właśnie wyszła ode mnie sąsiadka z 1,5-roczną córeczką po kawie, a ja zostałam z syfem w całym prawie domu. I to niejedyna koleżanka, którą bardzo lubię, ale po której wyjściu mam dość kawkowania na kilka dni. I to nie żebym nie zwracała uwagi i nie mówiła im o tym – ale do nich to jak grochem o ścianę, nie obrażają się, ale po prostu nie dociera, bo jak mam dziecku nie pozwolić, kiedy ono chce??? A potem mówią: jak ty to robisz, że masz zawsze czysto, u ciebie nie widać, żebyś miała dzieci, a u nas syf i codzienne wycieranie podłóg, ufajdane zabawki i wszystko na wysokości maluchów, i mamy dość, kiedy one z tego wyrosną etc. Ja mimo tego że moje dzieci też kiedyś były małe i też lubiły jeść wszelkiego rodzaju chrupaczki, nigdy nie miałam tyle sprzątania po całym dniu, co po ich 2-godzinnej wizycie. Tak samo idąc gdzieś z dziećmi, nie zostawiałam takiego bajzlu.
Od początku uczyłam moje dzieci, że je się w jednym miejscu, a nie łazi z żarciem, i tego, że po zjedzeniu wyciera się rączki i buzię. Na początku trzeba je było co chwilę sadzać z powrotem na krzesło, aż się przyzwyczaiły, a to szło szybko. Po jedzeniu same rączki i buzię do umycia nastawiały.
Wszędzie okruchy, które klejąc się do ich skarpetek, przenoszone są po całym domu po podłodze, włącznie z fotelami itp., a ślady rąk upaćkanych rozmokniętym jedzeniem na wszystkich zabawkach i sprzętach.
Ja miałam bliźnięta, pracowałam dorywczo w domu, gotowałam, kawkowałam i funkcjonowałam normalnie. Przecież można sobie tyle pracy zaoszczędzić, ucząc dzieci tego prostego nawyku siedzenia w jednym miejscu podczas jedzenia i mycia się zaraz po tym. Proste jak drut, a do niektórych nie dociera.
Jedno z wielu wyznań o kupie.
Pracuję w kiosku, więc na wstępie odpowiem na nurtujące większość pytanie... gdzie sika pani z kiosku?
Otóż są trzy możliwości:
1. Ma ugadanie z jakimś pobliskim sklepem korzystanie z ich łazienki/ma w pobliżu jakąś łazienkę publiczną, typu urząd miasta itp.
2. Ma w kiosku wiadro lub miskę i leje z przyczajki skulona za ladą, a potem luuu pod drzewo jak nikt nie patrzy.
3. Trzyma.
Ja jestem zwolenniczką opcji 3, chociaż parę razy zdarzyło mi się wcielić w życie 2, jak nie było szans, żeby donieść do domu.
Wczoraj, szczęśliwa jak to człowiek potrafi z rana, przybyłam do pracy parę minut przed 6.00. Odkąd wstałam pobolewał mnie brzuch, ale zrobiłam w domu wiadomą czynność i stwierdziłam, że zaraz przejdzie.
Dotarłam do pracy, brzuch bolał coraz bardziej, bąki leciały jak dzikie, nie mogłam już wytrzymać... myślę, trudno, muszę skorzystać z wiadra, nie dam rady trzymać 8h... Zamknęłam kiosk, przestępując z nogi na nogę wyjęłam wiadro hańby, włożyłam do niego reklamówkę i kucam. Zrobiłam co trzeba, z trochą urażoną dumą ukryłam dowód zbrodni, coby go później wywalić.
Otworzyłam kiosk na nowo, siedzę, obsługuję, ale czułam, że to nie koniec wiadra na dzisiaj. Akurat był taki moment, że była długa kolejka (wiadomo, Warszawa, ruchliwy punkt, wszyscy lecą do pracy), a ja czułam, że nie wytrzymam... Obsługuję kolejnego klienta, aż tu nagle życie staje mi przed oczami, wszystkie wspomnienia przelatują, od młodości, przez gimnazjum, studniówkę.
Po tej miłej retrospekcji zesrałam się gacie.
Mam 25 lat.
Jestem kierowcą zawodowym i ostatnio zatrzymałem się na pauzę na parkingu, musiałem udać się za potrzebą. Patrzę na drzwi, a tam kartka, że dla klientów toaleta bezpłatna i klucz u obsługi stacji, a tak to płatna 2 zł, więc kupiłem fajki i poprosiłem o klucz do ubikacji. Po wszystkim wychodzę, zamykam ubikację na klucz, obracam się, patrzę, a jakiś gościu jest ode mnie ze 2-3 metry i podaje mi dłoń. Niewiele myśląc podałem mu swoją i się z gościem przywitałem... po czym zorientowałem się, że typ nie chciał się ze mną przywitać, tylko wziąć klucz z ubikacji, więc dałem mu ten klucz, walnąłem buraka i czym prędzej oddaliłem się ze stacji.
Kiedyś przyszło nam nocować pewnego pana, który pomagał nam przy żniwach.
Był to bardzo postawny mężczyzna – dwa metry wzrostu i 110 kg wagi. Pan udał się do łazienki z pilną potrzebą, a że muszla była lekko pęknięta, to można domyślić się, jaki był efekt takiej masy.
Wyobraźcie sobie, co musiał czuć, jak mówił do mojej mamy: „Przepraszam, zarwałem pani muszlę”. Mama jak pomagała powyciągać resztki muszli z pośladków pana podobno tak się śmiała, że sąsiedzi słyszeli.
Miesiąc temu musiałem uśpić swojego 12-letniego owczarka. Wiem, że to była słuszna decyzja, ale pękło mi serce i nie może się zagoić. Jest 2:30 w nocy, a ja płaczę ukradkiem, żeby rodzina nie słyszała. Silny facet po 40.
W moim młodym życiu największym szokiem dla mnie nie był fakt, że Mikołaj nie istnieje czy to, że tak naprawdę moi dziadkowie nie wypuszczają króliczków na łąkę, kiedy dorosną.
Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że moja mama ma tak naprawdę 53 lata, a nie 43, jak przez cały czas to mówiła.
Inni mistrzowie trollingu mogą chować się przy mojej mamie, która ukrywała ten fakt przede mną przez 13 lat mojego życia.
Zbliżała się druga rocznica mojego związku, a że zaczęły się wtedy klarować między nami dość poważne plany na przyszłość, w duchu liczyłam na to, że właśnie w nasze święto padnie pytanie 'wyjdziesz za mnie?'.
Dzień wcześniej pojechałam do domu na urodziny mamy, chłopak został w wynajmowanym przez nas mieszkaniu. Wracając następnego ranka (właśnie tego szczególnego dnia) uznałam, że dam mu znać, kiedy tylko wysiądę z autobusu (mniej więcej 5 minut drogi pieszo), żeby miał czas na przygotowanie ewentualnej niespodzianki (nie chciałam go zaskoczyć i zepsuć planów romantycznych oświadczyn).
Dzwoniąc do niego od razu zauważyłam, że jest zaskoczony tym, że wróciłam tak wcześnie, więc szybko się rozłączyłam, zadowolona, że wszystko idzie po mojej myśli. W dodatku luby czekał na mnie w drzwiach z szalikiem w ręku. Powiedział, że koniecznie musi mi zawiązać oczy, bo spodziewał się mnie znacznie później i ma do zrobienia jeszcze parę rzeczy. Serce biło mi jak oszalałe, byłam już pewna tego, co się za chwilę wydarzy.
Stojąc tak z zawiązanymi oczami w przedpokoju, ćwiczyłam w myślach ton i opracowywałam scenariusze tego, w jaki sposób przyjmę oświadczyny. On w międzyczasie robił sporo hałasu, słyszałam stukanie szklanek, szafek, butelek, szelest worków. Z niecierpliwością stałam tam, nie mogąc doczekać się ujrzenia tego, co mój kochany wymyślił. Po chwili zaprowadził mnie do kuchni i pozwolił odsłonić oczy. Podekscytowana zabrałam się za zdejmowanie szalika.
To, co ujrzałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania - 2 worki ze śmieciami, cały zlew naczyń, walające się chipsy i papierki, a nawet piramida z puszek po piwie.
- Udało mi się ogarnąć to wszystko w 10 minut. Chcesz może pomóc mi skończyć? - zapytał, a ja myślałam, że się popłaczę i go uduszę.
Okazało się, że pod moją nieobecność luby zaprosił kolegów. Impreza trochę ich przerosła i powstał, łagodnie mówiąc, artystyczny nieład.
Mój szybki powrót zerwał go na nogi, a nie chcąc, bym była zła za wszechobecny chaos, zabrał się za porządki, które również go przerosły. Ten szalik wymyślił na poczekaniu, licząc na to, że wygra kilka minut i nic nie zauważę. Logika facetów zderzyła się z wybujałą wyobraźnią kobiet i zapoczątkowała kłótnię. Przeżyłam zawód, o którym mu nie powiedziałam, więc myślał, że byłam zła przez imprezę.
Po dwóch dniach jednak naprawdę klęknął przede mną z pierścionkiem, a ja, totalnie zaskoczona, ledwie wydusiłam z siebie nędzne 'tak' (na nic się zdały obmyślane wcześniej scenariusze). :)
Byłem dzisiaj w piekarni. Nie wziąłem ze sobą portfela tylko kilka drobnych monet na bułki i chleb. Pech chciał, że gdy chciałem zapłacić (wyszło około 6 zł i tyle miałem w kieszeni) jedna złotówka wpadła mi w szczelinę lady. Sprzedawca stwierdził, że on tego nie będzie wyciągał i mi nie sprzeda towaru.
Jestem zawodowym strażakiem, do pracy muszę dojeżdżać około 60 km – spora część najkrótszej trasy wiedzie przez małe wsie i miasteczka, w których jest głównie teren zabudowany. W pracy naoglądałem się wiele wypadków i sam staram się przez to jeździć w miarę zgodnie z przepisami. Wolę wyjechać do pracy trochę wcześniej niż pruć drogą jak wariat, przez co bardzo często młodzi chłopcy, nieuznający jakichkolwiek ograniczeń, wyprzedzają samochody gdzie tylko popadnie.
Taka sama sytuacja miała miejsce również tego feralnego dnia.
Cała sytuacja miała miejsce na podjeździe pod górę w zalesionym terenie z wieloma zakrętami, czyli ogólnie widoczności brak, tym bardziej że na początku podjazdu jak byk stoi znak „zakaz wyprzedzania”. Pech chciał, że młodemu chłopakowi (19 l.) bardzo się spieszyło i stwierdził, że zakręt to idealne miejsce do wyprzedzania... Głupi nie jestem, widząc, że zaczyna manewr wyprzedzania, instynktownie zwolniłem, żeby go przepuścić. Kiedy był mniej więcej pół długości samochodu przede mną, za zakrętem pojawił się motocyklista. Co z tego, że on jechał prawidłowo, jak ten młody chłopaczek miał w d**ie przepisy i znaki... Wszystko co potem się działo to były tylko sekundy.
Samochód stop, torba medyczna do ręki i gnam do motocyklisty, drugi gość, który właśnie dojechał, pobiegł rozłożyć trójkąt, wzywając jednocześnie pogotowie.
Widziałem w życiu wiele, ale motocyklista bez głowy trafił mi się pierwszy raz w życiu... Nie wiem co się potem działo, w takim byłem szoku. Pamiętam, że ostatecznie znalazłem się we wnętrzu auta sprawcy wypadku, zabezpieczając jego kręgosłup szyjny. Przyjechała karetka, przyjechali koledzy z jednostki, przyjechała policja i zamiast w pracy, wylądowałem na komisariacie, a potem wróciłem do domu.
Jedyne co mam do dzisiaj przed oczyma, to żółto-czarna naklejka na bagażniku auta sprawcy z napisem: „Patrz w lusterka, motocykle są wszędzie”.
Okropny zbieg okoliczności...
Na koniec prośba – znaki i przepisy drogowe nie są po to, żeby nas ograniczać i robić nam na złość, ale są dla bezpieczeństwa naszego i pozostałych użytkowników dróg. Patrzcie więc na znaki i włączajcie myślenie, włączając silnik samochodu.
Wujek kupił sobie do pracy zegarek ładowany energią słoneczną.
Co w tym dziwnego? Ano to, że pracuje on pod ziemią w kopalni jako górnik.
Dodaj anonimowe wyznanie