Jestem studentem Informatyki na AGH, właśnie skończyłem 2 rok. Do tego, żeby dorobić, udzielam korepetycji z zakresu matematyki i informatyki #biednyStudent. Żeby znaleźć uczniów, ogłaszam się na grupach fejsbukowych itp.
Historia właściwa:
Na jednej z tych grup napisał do mnie chłopak z 1 roku fizyki, który ma problem z pewnym zagadnieniem z programowania - no idealnie! Umawiamy się na zaraz po egzaminach w "maku" w rynku.
Przychodzi umówiony dzień i godzina. Jadę na miejsce i czekam. Piętnaście minut, pół godziny... Piszę do chłopaka, gdzie jest, on mówi, że w maku. Szukamy się i nic. Tknęło mnie, żeby sprawdzić miasto, w jakim studiuje.
Wrocław.
Pozdrawiam z krakowskiego maka.
Zaczęły mnie boleć kolana po wewnętrznej stronie. Myślałem, że coś sobie naciągnąłem, a okazało się, że mam krzywy kręgosłup, startą przestrzeń międzykręgową i przepuklinę na kręgosłupie. Mam dopiero 27 lat. Nie jestem w stanie wykonywać mojej dotychczasowej pracy, bo opierała się na dźwiganiu, jestem na L4 i czekam na zabiegi rehabilitacyjne. Lekarz powiedział, że muszę zmienić pracę na mniej obciążającą fizycznie. Czuję, że teraz już zupełnie wszystko mi się posypało. Straciłem zdrowie, zarabiam 80% najniższej krajowej, zaraz stracę pracę i mam pół roku na znalezienie innej. Nie mogę pracować fizycznie przez kręgosłup, nikt mnie nie zatrudni do pracy umysłowej, do obsługi ludzi nawet w głupim sklepie, bo seplenię i się zacinam i mam prezencję gnoma. L4 mogę ciągnąć pół roku, później mnie wywalą. Żyję na wynajętym pokoju. Nigdy nie wiedziałem, co to szczęście, nigdy nie miałem dziewczyny. Naprawdę chciałem coś z sobą zrobić, chciałem w końcu przestać być nikim, zawalczyć o siebie tak na poważnie, a życie znów mi rzuciło kłody pod nogi, zabierając zdrowie.
Do niczego się nie nadaję, jestem nikim i nigdy nic nie osiągnę, zostałem stworzony, żeby inni mogli mnie wykorzystywać, śmiać się ze mnie i kopać. Dlaczego jednym dane jest wszystko, a drudzy rodzą się brzydcy, mało inteligentni i w biednej rodzinie? Boli psychicznie. To jest strasznie niesprawiedliwe.
Chodzę na boks.
Wszystko jest bezpiecznie i tak jak wymaga tego BHP. Ochraniacze i takie tam.
Tak mówię mężowi, ale prawda jest inna. Naprawdę pozwalam tym świrom (a połowa uczestników tego typu zajęć ma odklejkę) lekko mi obić twarz, a zwłaszcza krzywy nos. Po czym prostuję sobie przegrodę w drodze do domu głośno odstrzykując i nie wiem czy sobie wkręcam, ale nos chyba jest prostszy!
Nie chcę iść do chirurga bo się boję, że mnie czymś zarażą. Nie mówię mężowi, bo się martwi za bardzo;)
Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, pewnego dnia bardzo chciałam zrobić mamie kawę. Pokazała mi, jak się to robi, a potem robienie domownikom kawy czy herbaty stało się dla mnie czymś serio przyjemnym. Przy okazji cieszyło mnie to, że w jakiś sposób pomagam, wyręczając innych w robieniu sobie czegoś ciepłego do picia.
Na spotkaniach rodzinnych zawsze chętnie robiłam gościom kawę czy herbatę, sprawiało mi to jakąś przyjemność. Z czasem nauczyłam się robić nawet kawy z jakimiś pasującymi dodatkami, np. z czekoladą, syropem smakowym czy bitą śmietaną. Wszyscy chwalili, że dobrze mi to wychodzi i było to dla mnie jakąś motywacja. I tak w wieku 10 lat miałam swoje małe marzenie - otworzyć kiedyś swoją kawiarnię.
W tym celu, kiedy skończyłam 18 lat, w wakacje dorabiałam sobie jako kelnerka właśnie w kawiarniach, często też starsze stażem koleżanki pokazywały mi, jak u nich się robi różne napoje na ciepło. Czasem bywało ciężej, ale wytrwale dążyłam do swojego celu.
I tak oto dzisiaj mogę powiedzieć, że czuję się spełniona w życiu. Razem z siostrą otworzyłyśmy kawiarnię. Nie narzekamy na brak klientów. Jestem naprawdę szczęśliwa, że spełniło się moje małe marzenie z dzieciństwa :)
Gdy miałam 16 lat, pojechałam na tydzień za granicę do rodziny. Akurat odbywało się Halloween.
Kuzyn musiał iść do pracy, więc poprosił mnie, żebym poszła z jego córką zbierać cukierki po osiedlu, a potem odprowadziła ją do świetlicy na zabawę. No to wzięłam małą i poszłyśmy zbierać cukierki. Kiedy mała miała już całą torebkę pełną słodkości, pojechałyśmy na zabawę.
Odbywał się tam konkurs strojów. I wiecie co? Zdobyłam nagrodę! Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ja się nie przebrałam. Mam łuszczycę, a w tamtym okresie miałam okropny wysyp na twarzy i rękach. Z początku było mi trochę przykro, ale jak okazało się, że nagroda to aparat, z którego można od razu wywołać zdjęcia, to nawet się nie przyznałam, że to nie przebranie. Ba, nawet mówiłam jak to się musiałam napracować, żeby stworzyć taki makijaż.
Do dziś nawet kuzyn nie wie, że nie przebrałam się na Halloween, a nagrodę dostałam za moją szpetną twarz. Cóż, dobrze, że nikt mnie tam nie znał ;)
W szkole średniej ja i mój najlepszy przyjaciel staliśmy się ofiarami typowych mięśniaków. Nie muszę opisywać do czego byli zdolni, ale czasem miałem już wszystkiego dość. Nie mówiłem o tym nikomu, ponieważ jestem osobą, która woli przemilczeć takie sytuacje. W przeciwieństwie do mojej dwa lata młodszej siostry.
Miała wtedy 17 lat i niecałe 160 cm wzrostu. Kiedy pewnego dnia wróciłem do domu z poobijaną twarzą, wymusiła ode mnie kto mi to zrobił.
Nie mieliśmy za dobrych relacji, dlatego bardzo mnie zdziwiło, że aż tak bardzo się tym przejęła. O ile to dobre słowo, ona gotowała się w środku ze złości.
Kilka dni później na długiej przerwie stałem z moim kolegą przed szkołą i paliliśmy papierosy. Znów się przyczepili. Zaczęli nas popychać i wyzywać. Większa część szkoły zebrała się dookoła i miała z tego po prostu ubaw.
Wtedy znikąd pojawiła się moja siostra. Wleciała w tłum jak strzała i nie czekając na nic strzeliła jednemu prawego sierpowego prosto w nos. Trzęsła się ze złości i patrzyła prosto na moich prześladowców. Tłum zamilkł, wszyscy patrzyli na siebie w milczeniu z lekką dezorientacją. Chłopakowi z nosa polała się krew i kiedy dotarło do niego co się stało, chciał się odezwać.
Nie pozwoliła mu. Zaczęła swój monolog, który brzmiał mniej więcej tak:
"Wiem już o was wszystko, z kim się zadajecie, gdzie imprezujecie, w kim się podkochujecie i ile kutasów mieliście już w mordach, jeszcze raz tkniecie mojego brata albo (tu imię mojego kolegi), to przysięgam, że dorwę osobiście każdego po kolei i zapie*dolę, choćbym miała dostać dożywocie".
Następnie wyrwała mojego prawie spalonego już papierosa i zgasiła na środku czoła jednego z chłopaków.
Morał z tej bajki jest krótki i niektórym znany, jeśli Twoja siostra jest szajbusem - będziesz uratowany.
Chciałem być dżentelmenem. Trzeba zaznaczyć, że jestem osobą dość nieśmiałą i nieporadną, więc często mi to nie wychodzi. Mimo to nie zrażam się.
Więc dzisiaj miałem okazję, by przepięknej dziewczynie otworzyć drzwi do sklepu. Była trochę za blisko, więc musiałem się rozbiec i wtrącić przed nią, by to zrobić. Niestety, okazało się, że drzwi otwierają się same, a ja rozpędzony zamiast złapać za klamkę, po prostu wpadłem w półkę z pastami do zębów w pewnym sklepie. A moja piękna niewiasta próbowała zapytać, czy nic mi nie jest, ale tak się śmiała, że sama się opluła, więc tylko się zakryła ręką i uciekła. Ja też chciałem uciec, ale żeby nie było kupiłem jeszcze pastę. Pani przy kasie zapewniła mnie, że pasta do zębów raczej nie ucieknie ze sklepu, więc nie musiałem się na nią rzucać.
Morału raczej brak.
Mam już 37 lat. Nigdy nie planowałam posiadania dzieci i osobiście ani trochę nigdy nie żałowałam że taką decyzję podjęłam. W czasach mojej młodości nawet planowałam być wieczną singielką. Po prostu zawsze czułam się najlepiej gdy byłam sama, a perspektywa że miałabym być kiedykolwiek w ciąży, a następnie zmieniać pieluchy przyprawiała mnie dosłownie o mdłości. Do 33-go roku życia byłam oczywiście sama, poświęciłam się w 100% karierze zawodowej. Oczywiście nie będę oszukiwała że mój radykalny pogląd odnośnie bycia wieczną singielką z czasem trochę się rozluźnił i nudziło mnie bycie wiecznie całkowicie samą.
Zdawałam sobie też w 100% z tego sprawę, że poznanie osoby w zbliżonym wieku która była bez żadnych przejść i która jednocześnie będzie dla mnie graniczyło z cudem. Koniec końców po wielu próbach udało mi się znaleźć tego w miarę "idealnego" i który jest moim aktualnym mężem. Mój mąż jest o 4 lat starszy ode mnie, zarabia naprawdę bardzo dużo pieniędzy (oczywiście nie jestem żadną gold-diggerką i nie był to aż taki priorytet - zresztą mamy podpisaną intercyzę) dba o siebie i jest dla mnie atrakcyjny, ale niestety jak się można domyśleć jest facetem po przejściach. Miał żonę, która z racji tego że jest lekarką zarabia bardzo dobrze - porównywalnie do mojego męża. Oczywiście to że miał żonę z którą się rozwiódł to jeszcze nic złego, problemem jest to że mają razem już 16-letnią córkę, Oczywiście to nadal nie jest duży problem, bo dziewczyna to nie niemowlak czy dziecko, ona już za chwilę będzie dorosła. No i właśnie gdzie leży konkretnie problem? Największy problem moim zdaniem leży w alimentach które on musi na nią płacić.
Zanim ktoś się oburzy i zapyta :"No, ale przecież to normalne że rodzic musi płacić alimenty na swoje dziecko, więc gdzie widzisz problem?" To już spieszę z odpowiedzią, że absolutnie nie mam żadnego problemu z alimentami, zgadzam się że to normalne, że on na nią płaci. Problem zatem nie jest w samych alimentach tylko w jej wysokości. To nie jest naturalna kwota którą zwykle się płaci typu 500-1000 zł, on płaci na nią aż 6000 zł miesięcznie. Dziewczyna dostaje wyższe alimenty od swojego ojca niż zarabia większość z nas na rękę i prawie napewno będzie takie dostawać przez najbliższe 2-3 lata.
Kiedy mu mówiłam że ta kwota to jakiś kosmos, to on mnie tylko zbywa tekstami że to nie jest moja sprawa itp. itd. dodam jeszcze że alimenty on sam w porozumieniu ze swoją byłą żoną dobrowolnie podwyższa. Dwa lata temu płacił 4500 zł, od 2023r podniósł do 5 tys. zł, no i teraz od 2024r płaci już 6 tys. zł, prawdopodobne od 2025r będzie przelewać swojej byłej na konto 7 tys. zł. Ja rozumiem, że można kochać swoje dziecko, ale powinna być jakaś granica po między miłością a dawaniem siebie wykorzystywać na pieniądze.
Od dzieciństwa ojciec pił i niszczył rodzinę. Ożenił się najlepiej, jak mógł. Mama jest pracoholiczką, która całe swoje życie poświęciła rodzinie. Dla leniwego alkoholika to była najlepsza z opcji. Mama zamiast jakiegokolwiek wsparcia od męża dostawała od niego srogie baty. Miał nas pięcioro: czterech braci i jedną siostrę, w tym najmłodszy brat jest niepełnosprawny – ma autyzm i upośledzenie.
Zdarzało mu się podnieść rękę również na dzieci. Po alkoholu jest zupełnie innym człowiekiem. Staje się agresywny, często się powtarza i biadoli trzy po trzy. Był świadom tego, że alkohol nas krzywdzi, ale mimo wszystko nie chciał dać sobie pomóc. Zazwyczaj, jak udawało nam się wezwać policję, uciekał za blok, a po ich wizycie wracał i okładał mamę za nasłanie na niego policjantów. Mogliśmy tylko płakać w poduszkę… Przyszedł dzień, kiedy obezwładniłem go do przyjazdu policji, więc wie, że z wiekiem coraz gorzej będzie mu robić terror, bo zaraz go wyjaśnię.
Mam najlepszą mamę na świecie, ale czasem zdarza mi się z nią kłócić. Po wynikach tomografii głowy okazało się, że ma jakieś mikroguzki. Żałuję każdego słowa wypowiedzianego w kłótniach, bo mam podstawy podejrzewać, że się zapomina. Mama zachęcała ojca na tomografię głowy, bo po alkoholu świruje niesamowicie. W końcu się zgodził. Będąc trzeźwy, kłócił się o jakąś głupotę z mamą, więc wziąłem go na stronę i wytłumaczyłem mu, że mama się zapomina coraz częściej, także zbędne jest wykłócanie się z kimś, kto czasem nieświadomie naciąga fakty.
Wyniki tomografii ojca przyszły fatalne. Czterdzieści lat nadużywania wódki spustoszyło mu mózg. Najprawdopodobniej zataiłby wyniki, ale pomyślał, że mogą mu robić za kartę przetargową w piciu i spinaniu. Myśli najpewniej, że jego też uznam za chorego i nie będę reagować. Powinienem nie mieć dla niego żadnych skrupułów, ale nie potrafię być potworem. Jest największym przegrywem, jaki stąpał po tej ziemi. Raz okładał mnie dwie godziny za uwagę w szkole. Widziałem własne wargi. Miałem całą siną i spuchniętą twarz. Kazał opuszczać zajęcia, aż się zagoi. Byłem w trzeciej klasie podstawówki…
Wyrządzone mi krzywdy jeszcze bym mu wybaczył, ale nie wybaczę nigdy, jak zniszczył kobietę, która z pełnym zaangażowaniem, jako jedyny rodzic z niepełnosprawnym dzieckiem i z drobnymi w portfelu (bo przecież wszystko przepijał), za wszelką cenę starała się, abyśmy wyszli na ludzi. Konsekwencją dorastania w takich okolicznościach jest brak pewności siebie. Mam też problem z nawiązywaniem nowych relacji. Zastanawiam się, co bym czuł, gdyby nagle odszedł. Ciężko jest mi to określić…
Odkąd rok temu urodziła nam się córka, żonie odbiło. Zachowuje się jak nie przymierzając księżniczka. Wszystko musi być tak jak chce. Jak jest inaczej następuje obraża majestatu. Potrafi wrzeszczeć na mnie i na dziecko. Mała czasem aż podskakuje, jak żona na nią krzyknie. Kiedyś obraziła się, bo nie tak obierałem ziemniaki, albo o to, że wyszedłem że znajomymi i odrobinę straciłem poczucie czasu. Spóźniłem się jakieś pół godziny, dając znać, że nie zdążę.
Dodam, że to nie tak, że ona siedzi cały czas z dzieckiem. Mam własną firmę, więc jestem w stanie wygospodarować czas w ciągu dnia, żeby zająć się małą, czy pomóc coś w domu. Nie czuję, żeby to było jakkolwiek doceniane. Ciągle tylko "to jest nie tak, to miało być inaczej". A jak zwrócę uwagę, zasugeruję coś, to słyszę "tylko mnie krytykujesz". Rozumiem, że to ogromna zmiana i staram się być wyrozumiały. Tylko, że powoli przestaję sobie z tym radzić. Robię swoją cześć w domu. Podział to 75/25 po mojej stronie po uwzględnieniu pracy zarobkowej...
Dodaj anonimowe wyznanie