Kiedy miałam około dwunastu lat, dostałam swój pierwszy telefon komórkowy. Moim ulubionym zajęciem było nagrywanie się na dyktafon, zmieniałam głos na skrzeczący, krzykliwy i "babciny", jak mi się wtedy wydawało. Wypowiadałam różne zdania, czasem jedno pasowało do drugiego, czasem nie, ale między każdym zdaniem robiłam pauzę, jakbym czekała na czyjąś odpowiedź. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Janinka?!
...
- Idziesz do sklepu? Kup buraki, zrobimy buraczkową!
...
- Ty wiesz, co mi Jadźka powiedziała?!
...
- Co?
...
- CO?!
...
- No nie krzycz tak, przecież nie jestem głucha!
Później odtwarzałam te nagrania, nastawiając na średnią głośność, przytykałam telefon do ucha, wchodziłam w największy tłum i udawałam, że rozmawiam z niezbyt ogarniętą, głuchowatą babcią, która nie daje mi dojść do słowa i ciągle drze mi się do telefonu, gadając od rzeczy.
Pracuję w sklepie z ubraniami pewnej sieciówki i uwielbiam, jak przychodzą rodzice z drącymi się dziećmi i one wycierają za mnie podłogę.
Dzięki! :D
Chciałam opowiedzieć wam moją wczorajszą historię.
Zacznę może od tego, że jestem zwykłą nastolatką, a w mojej rodzinie nie ma żadnych problemów.
Wczoraj wczesnym wieczorem dowiedziałam się, że rodzice planują przeprowadzkę do większego miasta na drugi koniec Polski. Byłam przerażona wizją pozostawienia przyjaciół i wszystkiego na co sobie zapracowałam, więc poszłam do mamy i starałam się ją przekonać do pozostania w rodzinnym mieście. Niestety rodzicielka nie zmieniła zdania, a ja byłam jeszcze bardziej smutna, więc udałam się do swojego pokoju, aby zadzwonić do przyjaciółki i wytłumaczyć całą sytuację. Biorąc pod uwagę, że gdy będę w pokoju mama może usłyszeć moją rozmowę, postanowiłam wyjść na dach (wychodzę przez okno w moim pokoju), gdzie chodzę zawsze gdy chcę pobyć sama. Siedziałam tam dosyć długo i kiedy mama napisała mi, że zostajemy, to od razu chciałam wrócić do domu.
Kiedy już miałam wstać, usłyszałam paniczne wołanie, więc spojrzałam w dół i zobaczyłam strażnika, który szukał czegoś na dachu. Spanikowany mężczyzna spojrzał na mnie i zaczął wołać, że mam zejść na dół. Nie wiedziałam o co może chodzić, więc posłusznie wróciłam do domu, a tam stali inni strażnicy miejscy. Spanikowana pytam o co chodzi, a oni do mnie co robiłam na tym dachu i czy chciałam skoczyć. Powiedziałam im, że chciałam pobyć sama i nawet nie myślałam, żeby coś sobie zrobić, a oni na to, że zejdziemy na dół i poczekamy na policję i pogotowie. Zdezorientowana poszłam za nimi, a w tym samym czasie mama powiedziała mi, że mogą być przez to problemy.
Po jakimś czasie policja w końcu przyjechała i też pytali, czy miałam myśli samobójcze, a ja oczywiście zaprzeczyłam i najzwyczajniej w świecie się popłakałam. Tak bardzo bałam się, że moi rodzice będą mieć przez to problemy. Potem już wszystko potoczyło się szybko. Przyjechała karetka i badali mnie, a ja byłam tak zestresowana, że ledwo kontaktowałam. Kiedy wszystko się skończyło, nasi sąsiedzi oczywiście zaczęli plotkować, a ja od wczoraj nie podeszłam nawet do okna, mając wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą.
Okazało się, że jakiś sąsiad zauważył mnie na dachu i pomyślał, że chcę popełnić samobójstwo.
Kilka lat temu na ognisku ze znajomymi, kiedy alkohol już mocno szalał nam w głowie, postanowiliśmy pobawić się w chowanego. Tak oto osoby w przedziale 20-26 lat chowały się jak małe dzieci po krzakach o 2 w nocy. Cóż, do dziś nie wiadomo jak to do końca się odbyło przy tak małej widoczności.
Ja, jako ta, która w dzieciństwie uwielbiała tę zabawę, postanowiłam wejść na drzewo, tak właśnie. Jakimś cudem udało mi się to, jestem, siedzę i nagle słyszę za sobą dziwne dźwięki i szelesty. Moja podświadomość zadziałała nie do końca w dobrą stronę i kiedy przerażona chciałam się odsunąć, spadłam w dół na chłopaka, który schował się tuż pod drzewem.
Nie, nie złapał mnie, złamałam mu rękę w dwóch miejscach.
Tak, został moim mężem.
Gdy ktoś pyta jak się poznaliśmy, odpowiada, że spadłam mu prosto z drzewa.
Całkiem niedawno pojawiło się wyznanie osoby, której znajomi/krewni znęcali się nad chłopcem, a dziewczynce dawali wszystko. To zmotywowało mnie do napisania tego wyznania.
Mam 16 lat, 3 lata młodszą siostrę i 8 lat młodszego brata. Jesteśmy z pozoru normalną rodziną: babcia, jej córka, a moja matka, ojciec i troje dzieci. Rodzice są 17 lat po ślubie. Tylko z pozoru, niestety.
Ilekroć coś się dzieje, winny jestem ja.
Przykład:
Niedawno posprzątałem pokoje: swój, rodziców, brata, siostry, babci, kuchnię, a nawet strych i piwnicę. Spoko. Przez "posprzątałem" mówię o: poukładałem rzeczy na półki, odkurzyłem, podłogę wymopowałem i umyłem okna. Brat rozlał colę w salonie, siostra uj****a (grzeczniej ciężko to sformułować, bo to co zrobiła, przechodzi ludzkie pojęcie) mi komputer, monitor, klawiaturę i mysz, na które pracowałem przez wakacje w ciągu 5 ostatnich lat (starsi znajomi załatwili mi "pracę" w salonie sieci operatora komórkowego i roznoszenie ulotek/gazetek bez dokumentów i 16 lat). Na pytanie, czemu bez pozwolenia weszła do mojego pokoju, zostałem ofuknięty, że "przecież może". Ja, jak wchodzę do jej pokoju, to zawsze musi, kur#a, patrzeć. Zapytałem, po co jej mój komputer (i7-6700K 32GB RAM, GTX 1080 16 GB RAM, Razer BlackWidow Chroma, Rival 300, LG 29EA73, w dużym skrócie, nawet na biurko i nowe łóżko musiałem zarobić sam, za pozostałe pieniądze kupiłem sobie kilka ubrań i jakieś obuwie, a część zaoszczędziłem) do przeglądania YT, FB i innych. "A, bo mój telefon, he he, zaciął się i, he he, uznałam, że to złom". "Galaktyka" S8. O sytuacji powiedziałem rodzicom. Dostałem wp*****l, szlaban na wychodzenie z domu z kolegami i na komputer do końca wakacji.
Innym razem, gdy miałem złamane obie nogi (kontuzja w meczu), miałem 13 lat, poprosiłem brata, żeby przyniósł mi trochę wody. Zignorował, powiedziałem siostrze, była zbyt zajęta "nagrywaniem vloga na YT", jakby ktoś to oglądał. Poprosiłem rodziców, odpowiedź? "Ty dorosły już jesteś, musisz radzić sobie sam", po czym matka wróciła do oglądania serialu, a ojciec do grania (tak, na moim komputerze).
Na telefon jakoś nie narzekam ani nie narzekałem, mimo że miałem starego Siemensa, o którym świat nie pamięta. Siostra miała Galaxy S6, ale "snap jej mulił" i "JA CHCĘ!!!". Rodzice kupili jej Galaxy S8.
Brat podobnie, chciał "ajfona", to go dostał. Siódemkę.
Ja poprosiłem o telefon, bo na klasycznej klawiaturze T9 pisze się trochę niewygodnie: "trudno".
Co do mnie to rodzice są strasznymi cebulami: skąpią pieniędzy na wycieczki, kieszonkowego praktycznie nie dostaję (5 zł na miesiąc). Do szkoły chodziłem w plecaku, który mam od 2 klasy. W soboty, w czasie roku szkolnego, przez ostatnie 3 lata (na lewo) dorabiałem jako sadownik, pieniądze oszczędzałem (wcześniej opisana praca wakacyjna).
Przykro.
Wiele miesięcy czekałam na to, by w końcu założyć soczewki kontaktowe. Dzisiaj po raz pierwszy to zrobiłam.
Podczas wizyty mój okulista stwierdził, że teraz wyglądam naprawdę pięknie, o wiele lepiej niż w okularach. Byłam z siebie taka dumna i szczęśliwa. Ta euforia przesłoniła mi chyba cały świat, bo wychodząc z gabinetu weszłam prosto w przezroczyste, szklane drzwi. Żebyście widzieli rozbawione miny pacjentów siedzących w poczekalni...
No cóż... dobrze, że guza na czole prawie już nie widać :)
Jestem z pokolenia, które wychowywało się samo. To było normalne, że po szkole robiliśmy sobie sami obiad, że do powrotu rodziców z pracy mieliśmy „czas wolny”. Wtedy to wchodziły w życie najbardziej szalone pomysły, a że w tamtych czasach strach przed uwiecznieniem tych wyczynów na jakimś urządzeniu praktycznie nie istniał, sprzyjało to tylko realizowaniu naszej fantazji.
Pamiętam ten moment, kiedy to będąc lekko przeziębiony, zostałem w domu sam. Rodzice nie mogli wziąć zwolnienia, bo praca itd. Mając 7, może 8 lat, leżałem w łóżku, a ponieważ w telewizji były tylko dwa programy, szybko znudziło mi się oglądanie obrad sejmu. Co by tu zrobić? Czym się zająć?
O, lampka stoi na stoliku z abażurem i przełącznikiem na kabelku!
Pstryk – świeci, pstryk – gaśnie... Ładnie świeci, ale co tam jest pod tym abażurem?
O, żarówka! A co się stanie, jak tę żarówkę się wykręci? Gaśnie!
Aha, czyli wyłączyć lampkę można albo przełącznikiem, albo wykręcając żarówkę.
No OK, ale co powoduje, że żarówka świeci? Co jest tam w środku? W oprawce?
Wykręciłem więc żarówkę i włożyłem palec do środka.
Wtedy jeszcze 220 V przeleciało przez mój organizm niczym tajfun, stawiając mnie do pionu na łóżku. Szybko pozbyłem się znudzenia, choroby i można powiedzieć, podładowałem baterię do pełna.
A lata potem zostałem elektrykiem i elektronikiem. Pozdrawiam kolegów po fachu.
Po 6 latach małżeństwa zaczęłam podejrzewać, że mąż mnie zdradza. Pewnego dnia, kiedy znalazłam paczkę prezerwatyw w samochodzie (akurat ze mną nie używa gumek), nabrałam jeszcze większych podejrzeń. Może jestem złym człowiekiem, ale wpadłam na iście szatański pomysł i zrobiłam w opakowaniu każdej z nich małą dziurkę, przez którą wstrzyknęłam odrobinę bardzo ostrego sosu z papryki habanero. Potem odłożyłam gumki na miejsce.
Mąż tego dnia powiedział mi, że wieczorem jedzie do swojej matki pomóc jej z jakimiś pracami domowymi i będzie później.
Czekałam z niecierpliwością na jego powrót. Wrócił wcześniej niż zamierzał i od razu pobiegł do zamrażalnika po lód, bo czuł straszne pieczenie w pachwinie. Ja spokojnie siedziałam w kuchni i tylko się zaśmiałam. Kiedy popatrzył na mnie wiedział już, że nie ma sensu dalej się tłumaczyć.
Najlepsze jest to, że później zadzwoniłam do mojej przyjaciółki i opowiedziałam o tym co zrobiłam, a ona... przyznała się, że to z nią mój mąż zdradza mnie od przeszło 2 miesięcy.
Teraz nie mam już ani męża, ani przyjaciółki...
Postanowiłam sprawdzić, czy mój narzeczony jest mi wierny. Ostatnio miałam podstawy do podejrzeń. Założyłam konto na portalu społecznościowym, na profilowe ustawiłam zdjęcie modelki z internetu, dodałam zachęcający opis. W rozmowie nie prowokowałam go do niczego.
Mija miesiąc, a mój luby pisze z nieistniejącą dziewczyna nie wiedząc, że tak naprawdę po drugiej stronie jestem ja. Wielokrotnie proponował spotkanie "w tajemnicy przed jego narzeczoną". Ciągle sprawdza telefon, czy owa laska do niego nie napisała, a mi mówi, że czeka na ważny telefon od kumpla.
Pożegnamy się, i to szybko...
Ostatnio przeczytałam tu kilka historii o porwanych dzieciach w galeriach, pod nimi było pełno komentarzy: zmyślone, minusujcie, bo nigdzie o tym nic nie ma. Otóż muszę Was państwo zmartwić, większość z nich to niestety prawda, a osoby zarządzające robią wszystko, aby sprawa została wyciszona. Sama byłam tego świadkiem dwa razy, raz rodzicom zginęła córka w sklepie obuwniczym, cała galeria zamknięta, stopniowa ewakuacja budynku, dziecko znaleziono w toalecie, z obciętymi włosami, ubraniem typowo chłopięcym, nawet miało zabawkę auto w ręce, ale było tak czymś odurzone, że własnych rodziców nie poznało. Świadkowie dostali od pracowników kupony - 15% na następne zakupy. Druga sytuacja zdarzyła się w halach, gdzie sprzedają zwykle Azjaci, rodzina z małym dzieckiem na zakupach, maluch zaczyna płakać, ojciec umawia się z żoną, że spotkają się w samochodzie, bo on pójdzie go przewinąć, a ona przymierzy sukienkę i przyjdzie. Po 20 min mąż wydzwania do żony, ale słychać tylko pocztę głosową, idzie do sklepu, żona wyszła kilka minut po nim. Z dzieckiem na ręku szuka jej, po niepowodzeniu idzie do ochrony i prosi o komunikat przez głośniki. Ochrona jakby znała sytuację, dzwoni na policję i zaczyna się akcja poszukiwawcza. Żona została znaleziona w magazynie, uśpiona, ciało owinięte folią. W obu przypadkach uczestniczyła policja i dość duże zamieszanie, jednak później nie mogłam znaleźć żadnych informacji na temat zdarzenia, nie wspominając o tym, czy sprawcy zostali złapani. Tak że nie wiem komu bardziej zależy na wyciszaniu takich spraw, ale wiem, że nawet dorośli powinni się nawzajem pilnować.
Dodaj anonimowe wyznanie