Kiedy miałam 9 lat, zostawił nas ojciec. Rodzice są po rozwodzie. Sytuacja w domu zawsze była ciężka, często nie mieliśmy nawet na chleb, nie mówiąc już o innych podstawowych rzeczach. Od 16 roku życia dorywczo pracowałam w każdy weekend, żeby mieć swoje pieniądze i żeby odciążyć mamę, która zarabiała marne grosze. Za zarobione pieniądze kupowałam książki, zeszyty ubrania i wszystko to, czego potrzebowałam. Od kiedy zarabiałam, nigdy nie poprosiłam mamy o pieniądze. Poszłam do technikum, tam szło mi dobrze, ale niestety nie z matmą. Już w szkole podstawowej miałam z nią problem. Matematyka zawsze budziła we mnie strach. W gimnazjum miałam z nią takie problemy, że ledwo je ukończyłam. Oblałam maturę, oczywiście z matmy. Poszłam do pracy, z której jestem zadowolona i którą bardzo lubię. Nie zarabiam dużo, ale wystarcza mi, czasem nawet pożyczam mamie. Aktualnie uczę się w szkole policealnej. Piszę to wyznanie, bo moja mama, z którą mam dobry kontakt, właśnie dowiedziała się, że jej chrześnica poszła na studia. Usłyszałam od niej: „Wszyscy idą na studia, a moja córka nawet matury nie ma”...
Zabolało. Nigdy nie chciałam studiować. Chciałam jak najszybciej iść do pracy, żeby móc jej pomóc. Wiem, że i tak nie byłoby mnie ani mamy stać na moje studia.
Nigdy jej tego nie mówiłam, ale mam do niej żal. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek pomogła mi w lekcjach, żeby zapytała, czy nie potrzebuję w czymś pomocy. Jak wspominałam, moje problemy z nauką zaczęły się już w podstawówce. Wtedy mojej mamy nie interesowało to, czy odrobiłam lekcje, czy coś mam zadane. Nigdy jej nie było. Kiedy wracała do domu, tylko opowiadała o swoich problemach (rozwód, długi itd.) Mam jej za złe, że nigdy nie próbowała mi pomóc. Mówiła tylko: „Jakoś sobie poradzisz”. Obarczała mnie – dziecko – swoimi problemami. Teraz już wiem, że jako dziecko miałam najpierw nerwicę, później depresję. Nie było nocy, której nie przepłakałam, bo żal było mi mamy, bo miałam problemy w szkole, bo nie miałam przyjaciół. Ale co ona wiedziała... Widziała tylko swoje problemy. Wiem, że nie było jej wtedy łatwo, ale nie zapomina się o wychowywaniu dziecka.
Zawsze w głowie miałam te jej słowa, że sobie poradzę. I poradziłam. Mam wspaniałego narzeczonego, planujemy ślub i założenie rodziny, mam pracę, którą lubię i pomysł na życie. Niestety dla mamy liczy się tylko to, że nie mam matury i studiów.
Było mi przykro, jak to usłyszałam, bo tak naprawdę nigdy mnie nie doceniała.
Chciałam opowiedzieć o mojej licealnej depresji.
Zaczęło się z pozoru niewinnie. Stres przed sprawdzianem, jedna nieprzespana noc, druga, i tak prawie cały tydzień. Brak apetytu, ochoty na coś, co zazwyczaj sprawiało dużo radości, płacz i wielkie analizowanie swojego życia. Bliscy patrząc, jak meczę się i chudnę w oczach, postanowili zabrać mnie do psychiatry. Diagnoza po 10 minutach – depresja, leki. Bardzo bałam się leków i strach ten chyba sprawił, że szybko wróciłam do żywych.
Po dwóch latach matura, studia i nawrót choroby.
Trafiłam do bardzo dobrego psychologa, który zasugerował chorobę tarczycy (przy tarczycy objawy są typowe dla depresji), tym bardziej że byłam obciążona genetycznie. Niestety lekarz rodzinny stwierdził, że nie da skierowania i co to za psycholog, że takie rzeczy proponuje.
Tym sposobem mając 19 lat, będąc na psychotropach, wylądowałam na terapii grupowej, zostawiłam na rok studia.
Nie powiem, terapia bardzo mi pomogła, polecam każdemu na każdym etapie życia.
Jednak rok od terapii wybłagałam skierowanie i co się okazało – Hashimoto, chora tarczyca, leki do końca życia i niepotrzebne zażywanie psychotropów, zmarnowany rok i tysiące wylanych łez. Wszystko przez tarczycę, a nie depresję...
Staram się być tą dobrą koleżanką w pracy. Każdemu jak mogę pomagam, nie interesują mnie plotki, nie miałam z nikim żadnego konfliktu. Lubię moją pracę, ludzi, z którymi pracuję. W firmie jest 7 osób, nikt nigdy nie odmówił mi pomocy, od nikogo nie usłyszałam żadnych niemiłych słów, jesteśmy wesołą ekipą.
Zawsze, gdy kogoś nie było w pracy, bo był na L4, odzywałam się co parę dni (gdy zwolnienie było dłuższe), pytałam, jak zdrowie. Koleżanka kiedyś prosiła o zakupy, bo nie dała rady wyjść z łóżka, tak ją grypa rozłożyła, nie było problemu, zrobiłam. Inny kolega się cieszył, bo się nudził i jak to mówił: „Miło, że ktoś pisze, pamięta”. Ja starałam się pamiętać o każdym.
Do czasu gdy sama nie zachorowałam. Jestem już drugi tydzień w domu, nie odezwał się nikt. Czy ze mną jest nie tak? Może przesadzam, może za dużo oczekuję? Może ja powinnam pierwsza się do kogoś z pracy odezwać... znowu ja pierwsza...
Tak zwyczajnie mi przykro.
Ostatnio mój facet miał kiepski miesiąc, jakiś duży projekt w pracy, dużo stresu, wracał późno zmęczony i wszystkie nasze zbliżenia kończyły się tak, że się nie kończyły. Z jego strony przynajmniej. No po prostu nie mógł dojść ze zmęczenia i stresu. W końcu projekt został zakończony i wszystko miało wrócić na stare tory. Postanowiłam więc z tej okazji zrobić mu małą niespodziankę. Ugotowałam jego ulubione jedzenie, kupiłam dobre wino, wskoczyłam w seksowną kieckę i nic pod nią i czekałam, aż wróci do domu. Wszystko poszło po mojej myśli, był szczęśliwy, że w końcu może się wyluzować i spędzić miły wieczór. Oczywiście po kolacji i wypitym winie przenieśliśmy się do sypialni i wzięliśmy się za ostatni etap programu. W pewnym momencie znaleźliśmy się w takiej pozycji, że ja leżałam na plecach, nogi miałam zgięte, a on leżał na mnie. Gdy tak napierał coraz mocniej na moje zgięte nogi, a one napierały na mój brzuch, poczułam, że kolacja pomieszana z winem chce wydostać się z mojego żołądka. Ale nie chciałam przerywać, bo poznałam po jego oddechu i ruchach, że zaczyna dochodzić. Po raz pierwszy od miesiąca. Pomyślałam, że jakoś wytrzymam, byleby było mu dobrze. Ale nie wytrzymałam. W momencie, gdy on eksplodował, tak mocno nacisnął mi na brzuch, że zawartość mojego żołądka też eksplodowała i znalazła się w moich ustach. A ja zrobiłam wszystko, byleby nie zepsuć tej chwili. Czyli przełknęłam.
Do dziś nie wie, jak bardzo się wtedy poświęciłam. Kiedyś mu o tym opowiem. Ale na razie na samo wspomnienie robi mi się niedobrze. I podziwiam samą siebie, że nie zwymiotowałam wtedy po raz drugi. Ale czego się nie robi z miłości.
PS Odwdzięczył mi się późnej sześcioma orgazmami.
Kto z nas nie słyszał tekstów typu „jeszcze zatęsknisz za szkołą”, „jakie ty możesz mieć problemy, jak się uczysz, zobaczysz, co to problemy, jak dorośniesz” i tego typu podobne słowa, chwalące czasy szkoły. Szkoda tylko, że nie każdemu szkoła kojarzy się z taką beztroską.
Przez cały mój okres edukacji rodzice bardzo naciskali, żebym miała jak najlepsze oceny. Nieważne, czy rzeczywiście będą zdobyte uczciwie, bez kombinowania, muszę mieć jak najlepsze oceny. Mieszkamy w małej miejscowości, więc najważniejsze dla nich było zdanie innych i nic innego się nie liczyło. Mojej młodszej siostrze też to wciskali. Na spotkaniach rodzinnych i przy znajomych rodziców zawsze byłyśmy chwalone: „Patrzcie, jak dziewczynki dobrze się uczą, same piątki i szóstki, w najgorszym wypadku czwórki, pójdą na dobre studia i będą miały świetnie płatne prace”. Wiem, że to miało nas motywować do nauki, ale efekt był niestety odwrotny.
Pierwszą jedynkę dostałam w piątej klasie. Zupełnie nie ogarniałam pewnych tematów z matematyki, nie mogłam sobie w ogóle poradzić. Gdy rodzice się dowiedzieli, dostałam karę na całe półrocze na... w sumie chyba wszystko, co nie było związane z nauką. Wycieczka szkolna? Mam zostać w domu i się uczyć, bo co ludzie powiedzą, jak zauważą, że mam tak fatalne oceny! Pobawić się z koleżankami na podwórku? Trzeba się uczyć! Przyjechała rodzina, z którą chciałam się zobaczyć? Mam iść do swojego pokoju i nie wychodzić, tylko się uczyć! 70. urodziny ukochanej babci? Nie mogłam z nimi jechać, mimo że bardzo chciałam i własnoręcznie zrobiłam dla babci prezent. Bardzo to przeżyłam, tym bardziej że musiałam zostać sama w domu jakoś do pierwszej w nocy. Rodzice próbowali mnie jeszcze „motywować”, mówiąc, że jak ja mogę im przynosić taki wstyd, podczas kiedy moja siostra przynosi same piątki i jest dobra ze wszystkiego (była wtedy w pierwszej klasie podstawówki).
Kiedy byłam w liceum, nie mogłam w piątek czy sobotę wyjść na byle spotkanie ze znajomymi, bo musiałam się uczyć. Kilka razy rodzice nawet pilnowali mnie do późnych godzin, pijąc kawę, by mieć pewność, że na pewno przerobiłam materiał. Nie mogłam przyjść z problemem do rodziców, bo zawsze zbywali mnie: „Jakie ty możesz mieć problemy, będziesz dorosła, to zobaczysz, co to problemy, na razie masz mieć dobre oceny”.
Poszłam na studia, tak jak chcieli. Na drugim roku się poddałam. Poszłam do pracy, gdzie pracuję do tej pory. Może i jestem kasjerką w sklepie z akcesoriami typu paski do spodni, tania biżuteria, może i zarabiam najniższą krajową, ale wiecie co? Nie żyję już pod ciągłą presją, że mam mieć jak najlepsze oceny. Mam czas na siebie, swoje zainteresowania, przyjaciół. Nigdy nie uwierzę, że szkoła jest takim beztroskim okresem.
Ostatnio przyjechała do mnie chrzestna z dzieckiem. Jako że chłopiec ma 6 lat i uwielbia jeździć na rowerze, zabrałem go na spacer. Po drodze zahaczyliśmy o skate park. Trochę dzieciaków się kręciło. Młody jeździł na rowerze, ja przycupnąłem na ławce. Obok mnie na rampie siedziała banda chłopców, którzy mieli max 11 lat. Po chwili do chłopców podeszły młodsze dzieciaczki, na oko 7-8 lat. Z tego co usłyszałem, małe dzieciaki prosiły większe dzieciaki o ''skołowanie'' trawki, bo będzie BEKA. Oczywiście starsi dilerzy się zgodzili, jednak gdy tylko potencjalni klienci odeszli zaczęli się śmiać, że przecież w życiu im nie dadzą prawdziwej marihuany, tylko wsypią majeranek i biznes z tego będzie!
Co te dzieci mają w głowach w tak młodym wieku? I gdzie są rodzice, ja się pytam...
Jak może wiecie, hiszpański jakiego używa się na Starym Kontynencie, nieco się różni od tego amerykańskiego. Czasem może przez to dochodzić do pewnych niezręcznych sytuacji...
Poniżej zamieszczam pocieszną anegdotę, historię rodem z „Chwili dla Ciebie”.
Mam 18 lat i za kilka miesięcy podchodzę do matury. Tak się składa, że obecnie w mojej szkole uczy się Meksykanka z wymiany (naprawdę fajna dziewczyna, swoją drogą). Mamy niezły kontakt. Jakiś czas temu odprowadzałem ją na przystanek i zapytałem po hiszpańsku, czy będzie łapać busa.
Niby wszystko OK, ale użyłem czasownika „coger”, który w Hiszpanii wprawdzie oznacza „brać”, „łapać”, ale już Meksyku „brać”, ale w sensie kogoś. Tak że się trochę zdziwiła, gdy zapytałem ją, czy idzie ruchać busa. xD
Początkowo wydawała się być nieco skonfundowana, ale potem zaczęła się śmiać, jakby jakiegoś ataku dostała. Po chwili mi wytłumaczyła, o co chodzi, a ja myślałem, że ze wstydu zapadnę się pod ziemię. Nie minęło jednak więcej niż kilka sekund, gdy dołączyłem do niej i nie sposób było zatrzymać tej karuzeli śmiechu ;)
Mam 27 lat i od jakichś 7 lat z przerwami korzystałem z usług prostytutek. Do tej pory odwiedziłem około 30 panien. Dziewczyny były różne, od całkowicie oschłych i mających na ciebie wywalone, po naprawdę fajne dziewczyny, z którymi wręcz się mógł człowiek zaprzyjaźnić, w związku z czym od 2 lat chodzę tylko do jednej. Jednak ostatnimi czasy mam jednak przemyślenia, że co ja robię ze swoim życiem, że to nie może tak wyglądać. Wiadomo, seks jest fajny i nawet mimo że z dziewczyną, do której teraz chodzę, mamy przyjacielską relację, to przy każdym sięganiu do portfela uzmysławiam sobie, że to mimo wszystko jest relacja sprzedający-kupujący. Cały czas szukam partnerki na resztę życia i jak zaczynałem się spotykać z dziewczynami, to od początku znajomości przestawałem chodzić na prostytutki. Jednak gdy tylko związek się kończył (z różnych przyczyn), to niestety przez łatwość tego wszystkiego i dostępność wracałem do prostytutek. Byłem na terapii, myśląc, że jestem uzależniony od seksu albo mam jakieś zaburzenia na tym gruncie – jak się okazało, zwyczajnie brakowało mi bliskości drugiej osoby, a dokładniej pełnego pakietu, osoby, która da mi bliskość emocjonalną i fizyczną. W tym momencie od 6 miesięcy nie korzystam z usług prostytutek i szukam dziewczyny, proces, aby z tego zrezygnować był ciężki, bo ja uważam to za swego rodzaju nałóg, ale się udało, więc każdemu, kto ma taki problem, życzę tego samego.
Jestem chora na zespół Turnera. Dla niewiedzących co to - monosomia chromosomowa, odznaczająca się głównie bezpłodnością i niskim wzrostem.
Dziś na wykładach usłyszałam, że osoby chore na to są upośledzenie umysłowo. Zatem, że i ja jestem upośledzona.
Boże, widzisz i nie grzmisz...
Że też wykładowca przekazuje taką "wiedzę".
Godzina 20.00 jem kolację, w pokoju obok brat z mamą i ojcem.
Brat otwiera kapsel szklanej butelki zapalniczką, kapsel strzela w sufit.
W tym momencie gaśnie światło, nie ma prądu w całej miejscowości.
Chwila konsternacji - spięcie? kapsel narozrabiał?
Tata zapala latarkę i kieruje ją na żyrandol oglądając straty.
Po czym wchodzę ja ze słowami: A co wam się tutaj stało?, łapiąc jednocześnie za żarówkę.
Prąd wraca w całej miejscowości.
Komentarz mamy - Ot, wspaniałe dzieci :)
Dodaj anonimowe wyznanie