Kupiłem sobie nowy telefon, modny, czarny, nowoczesny, wypasiony. Co ważne, identyczny jak telefon siostry mojego eksprzyjaciela. Wszak przez to, że ona go miała, przekonałem się, że jest taki super.
Mój eksprzyjaciel jest typem faceta, który przy wzroście 198 cm waży przeszło 130 kg, a ja mam 175 i 70 kg. Dobrani jak Karol Krawczyk i Tadzio Norek... na moje nieszczęście.
Andrzej, gdy u niego byłem, zaczął bawić się moim telefonem, z ciekawości chyba albo nie wiem, bo w końcu siostra ma taki sam. Ostatnie co pamiętam, to telefon lecący w moją twarz, twarz Andrzeja, mord w jednym oku, w drugim obłęd i wielka jak maczuga pięść zmierzającą w mój nos...
W sumie: złamany nos, trzy zęby wybite, jeden ukruszony, złamanie szczęki. Pobił mnie, bo na telefonie znalazł rozbierane zdjęcia swojej siostry (17 lat, istny anioł, piękność, muza, jak sen, jak mara, jak życie i śmierć) i filmik z akcji, na której widać miłość ustną wykonywaną na pewnym narządzie męskim.
Tak, dobrze się domyślacie, to był telefon siostry. Gdy wszystko się wyjaśniło, przeprosił mnie, ale dla mnie to koniec przyjaźni.
Jedno czego nie wie nikt, to fakt, że mimo że to telefon siostry, to operatorem kamery owego filmiku i fotografem byłem ja...
Ot, najbardziej tajemnicza tajemnica.... Gdyby było mnie widać na tymże filmie... Zginąłbym.
PS Z siostrą jego nadal mam „kontakt” i niczego nie żałuję, jesteśmy dorośli.
Wczoraj mój tata przyszedł do domu ze spotkania z kolegami cały poobijany. A wszystko zaczęło się od pytania jednego z kolegów taty, który zapytał, czy lepiej kupić psa, czy może raczej kota...
Kilka lat temu przygarnęliśmy do domu kota. Możecie uznać, że przesadzam, ale dla nas był to najwspanialszy zwierzak na świecie. Nigdy nikogo nie podrapał, nie niszczył mebli, uwielbiał towarzystwo, ale wyczuwał, jeśli ktoś za nim nie przepada – wtedy odchodził do innego pokoju lub wychodził na zewnątrz, choć nikt go nie wyganiał. Miał tylko jedną wadę – uwielbiał ogród naszych sąsiadów.
Do dziś nie wiem czemu, może koty z natury są wredne, a ponieważ w domu nie wyżywał się na nikim, to postanowił męczyć psa sąsiadów. Nie robił nic szczególnego, ale uwielbiał siadać przed szklanymi drzwiami do ogrodu i gapić się na psa, który wyjść do ogrodu akurat w tym momencie nie mógł. A jak mógł, to kot siadał za płotem, którego pies przeskoczyć nie mógł i... nadal się na niego gapił. Natomiast pies sąsiadów to ten typ, który szczeka na wszystko i wszystkich. Gapiący się na niego kot był jak oliwa wlewana do ognia, czego ścierpieć nie mógł nasz sąsiad. Rzucał więc w niego kamieniami, oblewał go wodą z pistoletu na wodę, kupił nawet pistolet na kulki, ale kiedy tylko jego żona podpatrzyła co robi, to zrobiła mu kilkugodzinną awanturę. I to w dodatku taką głośną, że mimo słuchawek na uszach usłyszałam, że wystąpi o rozwód, jeśli jeszcze raz tknie naszego kota (aby wyjaśnić – jego żona naprawdę uwielbia zwierzęta i nie wyobraża sobie jak ktoś, kogo pokochała, może je krzywdzić).
Po tej awanturze postanowiliśmy ograniczyć zwierzakowi samowolne wyjścia do minimum, ale skubany był przebiegły jak diabli. Na smyczy wychodzić w ogóle nie chciał, ale za to wystarczyło na chwilę otworzyć drzwi lub okno, żeby z prędkością światła wyleciał z domu. Niestety, podczas jednej z takich akcji nie wrócił do domu, a gdy go już znaleźliśmy, to był martwy. Ze względu na miejsce i obrażenia głowy, uznaliśmy, że przejechał go samochód.
Przejdźmy teraz do dnia wczorajszego. Tata, jak i jego koledzy, byli już w stanie upojenia alkoholowego, kiedy zaczęła się dyskusja o zwierzakach. Szczególnie nasz sąsiad, który golnął sobie jeszcze przed spotkaniem. Właśnie dlatego mu się wymsknęło jako argument, że koty są głupie, bo jak podał trutkę naszemu, to dureń ją zeżarł. Na reakcję długo nie musiał czekać, mój tata po chwili okładał go pięściami. Sąsiad się rzecz jasna zrewanżował. Ostatecznie koledzy ich rozdzielili, chwilę porozmawiali i się rozeszli.
Podobno sąsiad zabił naszego kota, ponieważ nie mógł znieść już szczekania swojego psa.
Kurwa, zajebiste rozwiązanie. W tym momencie jego pies szczeka na deszcz.
Puenty nie ma. Wiedzcie tylko, że cenzurowałam wypowiedź ile się da.
Polska piłka nożna to wieczna saga o „nic się nie stało”. Co cztery lata ta sama historia: nowa drużyna, nowy trener, nowe nadzieje… i stary rezultat. Wygląda na to, że ten melodramat jest bardziej stały niż jakiekolwiek inne nasze narodowe tradycje. Zmieniamy skład, jakby to była gra w karty, ale wynik jest zawsze ten sam: smutne twarze i chóralne „Polacy, nic się nie stało”.
Najwyższy czas zaakceptować, że jesteśmy mistrzami w byciu niemistrzami. Przynajmniej jesteśmy w czymś konsekwentni. I niech nikt nie mówi, że nie mamy poczucia humoru, bo śpiewać o porażce z takim zapałem to już sztuka.
Podnieca mnie, jak kobieta pierdzi, zwłaszcza głośno. Ale żadnej tego nie powiem, bo się zwyczajnie wstydzę.
Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, pojechałem z klasą na wycieczkę do Wieliczki. Zwiedzaliśmy tam „groty” i atrakcją było lizanie wszystkiego. Potem weszliśmy do sali, w której wszystkie postacie zrobione były z soli. Wszyscy grzecznie oglądali, ale ja musiałem, nie wiadomo dlaczego, musiałem je polizać. Potem spostrzegłem najbardziej realistyczną postać. Podszedłem do niej. Chwilę na nią patrzałem. Nie ruszała się, więc postanowiłem też ją polizać. Jednak gdy polizałem rękę, nie poczułem słonego smaku, lecz normalną skórę.
Wtedy okazało się, że nie była to figura, tyko nieruszający się pan przy wejściu, który bardzo dziwnie się na mnie popatrzał, a potem zaczął śmiać.
Studiuję na Uniwersytecie Warszawskim. Mój kierunek wymaga sporo czytania, więc parę razy w tygodniu korzystam z BUW-u (Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie). Są tam komputery, na których można skorzystać z katalogu biblioteki, sprawdzić sygnaturę czy zamówić książki. O dziwo, spora część ludzi po użyciu owych komputerów zapomina wylogować się ze swoich kont bibliotecznych, co stało się źródłem mojej rozrywki.
Za każdym razem, gdy zobaczę zalogowaną osobę, zamawiam na jej koncie ilustrowaną wersję „Kamasutry”, do odbioru w wypożyczalni.
Moja babcia modli się, odmawia różaniec, a nawet próbuje zamówić mszę świętą w intencji, abym wyładniała.
Zawsze wydawało mi się, że jestem inteligentnym człowiekiem i że wiem dużo więcej niż przeciętna dziewczyna w moim wieku. Gdy miałam około 15 lat, zapisałam się na zajęcia na politechnice podczas Nocy Naukowców, takiego wydarzenia edukacyjnego organizowanego co roku pod koniec września na uczelniach wyższych. Wszystko świetnie, pierwsze zajęcia mi się podobały, idę na kolejne. Te miały być o silniku samochodu. Jako uczennica klasy mat-fiz nie widziałam w tym nic skomplikowanego.
Jakie było moje zdziwienie, gdy wchodząc do sali, zastałam tam czterech studentów politechniki i nikogo więcej oprócz mnie. Byłam jedyną osobą na tych zajęciach. Na początku było trochę niezręcznie, a jak mnie ci studenci zaczęli pytać, jak działa silnik, to poczułam się w tamtym momencie głupio, bo nic nie umiałam odpowiedzieć. Stoję sama na środku sali i próbuję wydłubać z głębin mojego mózgu co więcej potrzeba do działania silnika niż akumulator i paliwo. Na szczęście studenci byli mili, tłumaczyli mi wszystko i pokazywali na modułach silników. Zobaczyłam, jak wygląda iskra ze świecy zapłonowej, tłoki silnika diesla, pompowanie paliwa do silnika spalinowego i wiele innych. Na koniec wręczyli mi parę przydatnych gadżetów reklamowych, np. przenośny śrubokręt z wymienianymi końcówkami.
Dziękuję tym studentom za przekazaną wiedzę, były to chyba jedne z bardziej ciekawych zajęć, na których byłam i tyle się dowiedziałam. To pokazało mi, że jeszcze wiele do odkrycia przede mną. Przynajmniej jak pojadę w przyszłości do mechanika, to nikt mnie nie wkręci na żaden głupi żart. :)
Rodowity, najprawdziwszy na świecie Chińczyk powiedział mi, że bardzo dobrze używam pałeczek.
Ale jestem z tego dumna!
PS Nigdy nie byłam w Azji, nie mam też w rodzinie Azjaty, po prostu się nauczyłam.
Zawsze myślałam, że dobrze wychowałam swoją córkę, ale po tym co dziś powiedziała zadałam sobie w myślach pytanie: „Gdzie popełniłam błąd?”.
Jechaliśmy wspólnie z mężem i 15-letnią córką do rodziny na drugi koniec Polski. Siedziałam z tyłu razem z córką i kątem oka zobaczyłam, że córka dostała zdjęcie jakiegoś chłopaka ze Snapchatu i się uśmiechała. Chciałam zażartować i mówię: „Przystojniak! Kiedy go poznamy?”. A ona spojrzała na mnie i wręcz z pretensją odpowiedziała: „No coś ty, mamo, to tylko seks”.
Dodaj anonimowe wyznanie