Mając prawie 7 lat, obsesyjnie marzyłem o zejściu po linie przywiązanej do mojego balkonu. Wiele razy wyobrażałem sobie, jak to robię i jak podziwialiby mnie za odwagę ludzie z mojego otoczenia. Szczególnie ojciec, który miał mnie za ciapę.
Pewnego dnia skombinowałem skądś sznur. Ucieszony sam z siebie szybko przystąpiłem do realizacji planu. Wszystko zostało zniweczone przez ojca, który wszedł wtedy do pokoju zapytać mnie o jakaś błahostkę. Dostałem pasem i ogromny opieprz, ale do dziś jestem mu wdzięczny, bo właściwie to uratował mi życie. Mieszkaliśmy na 10 piętrze.
Stało się to kilka lat temu. Jako małe dziecko 9- lub 10-letnie doświadczyłam czegoś najgorszego. Ojciec zachorował na schizofrenię, polegającą na paranoi związaną z wiarą. Trafił do szpitala psychiatrycznego, ale szybko z niego uciekł. Miał kilka powrotów, ale żadne nie przynosiły długotrwałych efektów. Nie chciał brać leków. Z roku na rok było coraz gorzej – nie interesował się niczym z domu rodzinnego. Urządził pobojowisko, powykradał wiele rzeczy tylko po to, aby spłacić swoje długi, których miał pełno. Oskarża nas wszystkich o to, że wyrzuciliśmy go z domu, itp. Często nas prześladuje i utrudnia nam wejście na teren domu, w którym mieszkamy – blokuje furtki, bramę oraz barykaduje drzwi i zamki. Jego rodzice mówią, że jest to „dar od Boga”. Prześladuje moją mamę, mnie i całą rodzinę ze strony matki. Przez człowieka, który jest tylko ojcem na papierze, bo inaczej nie można go nazwać, straciliśmy całe młode życie. Najpiękniejsze lata zostały zniszczone przez strach i niepewność – co stanie się jutro? Co zrobi? Może zapuka do drzwi? Co, jeśli któraś z nas zostanie skrzywdzona (jest do tego zdolny)? Mija już 8 lub 9 lat od rozpoczęcia się tego koszmaru, a jak na razie światełka w tunelu nie widać. Przez niego każdy kontakt z płcią przeciwną kończy się fiaskiem, bo boję się, że może skrzywdzić mnie tak, jak ojciec moją mamę. Żadna z nas nie umie ułożyć sobie życia i nie żyć tymi wydarzeniami, bo ojciec ciągle robi coś, co niszczy nam życie. Chciałabym, żeby on zniknął.
Ironia losu.
Jednych rodzice zaciągają do psychologów, a inni rodzice bronią się przed zaprowadzeniem swoich dzieci do specjalisty, choć ich pociechy o to błagają.
Moja mama jest w tej drugiej grupie i gdy powiedziałam jej o tym, że chciałabym udać się do psychologa, bo mam pewne problemy i sobie nie radzę, to powiedziała mi (czytaj krzyknęła): „Weź się w garść, dziewczyno, a nie się nad sobą użalasz. Wpierdolę ci i ci od razu przejdzie!”. Kochana mamusia.
Zacznę od tego, że mam 32 lata i nie posiadam instynktu macierzyńskiego. Odkąd pamiętam, nawet jako kilkuletnie dziecko, omijałam niemowlaki szerokim łukiem. Jako nastolatka wiedziałam już, że nie będę chciała mieć dzieci. Mimo zapewnień rodziny, w szczególności żeńskiej jej części, nie odmieniło mi się. Był to powód moich problemów z facetami, bo kto by chciał kobietę, która nie chce założyć z nim rodziny?
W wieku 25 lat na imprezie u znajomych poznałam rok starszego ode mnie Roberta. Na początku drażnił mnie jak mało kto, jednak po kilku wspólnych wypadach z przyjaciółmi okazał się mega sympatyczny i zabawny, był pierwszą osobą, przy której płakałam ze śmiechu. Gdy zaczynaliśmy się do siebie zbliżać, wyznał mi swój „mroczny sekret” – otóż Robert, tak jak ja, nie chciał mieć dzieci. Czy mogło być lepiej? Dwa lata później wzięliśmy ślub. Teraz jesteśmy małżeństwem z pięcioletnim stażem. I kochamy się jak wariaci. Mamy przytulny domek, prace, które lubimy, dwa psiaki i kota. Potrafimy w każdej chwili cieszyć się sobą. Taką samą przyjemność sprawiają nam spontaniczne, szalone wyprawy, jak i nasze piżamowe niedziele. Nie jesteśmy zgorzkniałymi bezdzietnymi, lubimy dzieciaki naszych przyjaciół, a one lubią nas. Ale kiedy ktoś pyta nas, czy nie brakuje nam uśmiechu dziecka i małych stópek stąpających po domu, z całym przekonaniem odpowiadamy: nie. Dzieci to szczęście, ale to nie jest rodzaj szczęścia, który dla siebie wybraliśmy.
Z wiadomych powodów bardzo dbamy o antykoncepcję. Nigdy nie opuściłam ani jednej pigułki, dodatkowo używamy prezerwatyw. Bezpieczeństwo prawie stuprocentowe.
No właśnie, prawie... Dziś dowiedziałam się, że jestem w szóstym tygodniu ciąży.
Nie, nie urodzę tego dziecka ani dla nas, ani po to, aby je oddać do domu dziecka. Ktoś, kto ma instynkt rodzicielski nigdy tego nie zrozumie, ale ja nie wyobrażam sobie przez 9 miesięcy nosić w sobie coś, czego nie chcę i czego nie kocham. I nie ruszają mnie teksty o sumieniu itp. W naszym domu i w naszych sercach nie ma miejsca dla dziecka.
Zainspirowana jednym z wyznań postanowiłam podzielić się geniuszem nauczyciela WDŻ, który uczył mnie w gimnazjum. Właściwie nie był on nauczycielem, a księdzem.
Dzięki niemu dowiedziałam się, że:
– Antykoncepcja jest zła dla naszej psychiki, ponieważ odbieramy szanse na życie tylu biednym dzieciaczkom.
– Okres to kara dla kobiety za niezajście w ciążę.
– Wszystkie orientacje seksualne to wymysł. Kobiety pociągają mężczyzn, a mężczyźni kobiety. I tyle.
– Dzieci z in vitro umierają w wieku niemowlęcym 60% częściej niż te poczęte naturalnie.
– 10/10 dzieci z in vitro popada w depresję po dowiedzeniu się o swoim „pochodzeniu”.
– 9/10 dzieci z in vitro popełnia samobójstwo.
– Aborcja jest tym samym co antykoncepcja.
– Choroby weneryczne to kara za seks przedmałżeński. Nie da się zarazić np. wirusem HIV przez kontakt zarażonej krwi z twoją krwią.
– Osoby z tatuażami to przestępcy.
Ostatnio spotkałam go w kościele i powiedziałam mu prawdę. Jestem panseksualną, biromantyczną dziewczyną z tatuażami, narodzoną dzięki metodzie in vitro, która nigdy nie miała problemów z psychiką spowodowanych sposobem mego poczęcia bądź wykorzystaniem antykoncepcji, której partner ma wirus HIV przekazany przez swoją matkę, która zaraziła się przez kontakt z krwią.
Oh well.
Ładnych parę lat temu pracowałam dla firmy produkującej krzesła biurowe. Przygotowywałam oferty pod przetargi. Praca ciężka, ale i ciekawa. Tuż obok mojego biura znajdował się tzw. showroom, gdzie eksponowano kilka naszych flagowych krzeseł.
Pewnego dnia przywieźli tam nowy fotel biurowy, najdroższy z całej naszej oferty (jeden fotel kosztował kilka tysięcy euro i zaledwie dwie osoby w Polsce w owym czasie posiadały taki egzemplarz w swoim biurze, w tym prezes naszej firmy). Kierownik marketingu dzień w dzień pilnował, by nikt tego fotela nie macał, nie rzucał nim z boku na bok, bo była to istna duma naszej firmy.
Pewnego dnia, gdy siedziałam po godzinach, a w budynku nie było już nikogo, wykradłam to cudo i resztę wieczoru pracowałam, siedząc na tym właśnie cudzie techniki meblarskiej. Za nadgodziny nikt nie płacił, odebrać też ich sobie nie można było, odebrałam je więc... w naturze.
Nigdy w życiu na żadnym krześle nie siedziało mi się tak dobrze. Nie ma to jak pierdzieć w fotel za kilka tysięcy euro.
Mam 24 lata i właśnie kończę studia. Przez ten okres mieszkałam w różnych stancjach, z różnymi ludźmi i co jest naturalne, z jednymi mieszkało się lepiej, z innymi gorzej. Przez ostatnie pół roku mieszkałam w dwupokojowym mieszkaniu. Ja z obecnym już mężem w jednym pokoju i panna E. w drugim. I o niej będzie to wyznanie.
Dziewczyna jest totalnie oderwana od rzeczywistości. Nie będę wspominać o takich typowych rzeczach jak sprzątanie, bo każdy kto na studiach mieszkał z różnymi ludźmi wie, jak mniej więcej to wygląda. Ja z mężem lubimy porządek i odróżniamy umycie po sobie kubka od posprzątania kuchni, choć pedancikami nie jesteśmy. Wszystko z umiarem.
Wracając do panny E., miała ona bardzo dziwne zachowania.
1. Za każdym razem jak szła do toalety, to zużywała ogromne ilości papieru toaletowego. Gdy zaczęliśmy kupować papier tylko dla nas, to była wielce oburzona. Nagle musiała sama sobie kupować co drugi dzień całe opakowanie.
2. Mamy ekspres do kawy i nie było problemu, aby E. sobie z niego korzystała. Wszystko było pięknie, dopóki nie zwróciliśmy uwagi, aby dołożyła się do kawy i do chemii do niego. A ona, że nie będzie za NAS płacić. Kawę z ekspresu pić przestała.
3. W umowie podnajmu pokoju jasno było zaznaczone, że każdy pokój ma oddzielny podzielnik ciepła i w razie dopłaty będzie to proporcjonalnie rozkładane na pokoje. Okazało się, że E. w czasie zimy zużyła 11 000 jednostek ciepła przy naszych 1200. Miała dopłatę 600 zł i nie mogła zrozumieć, dlaczego ona sama to ma płacić i że jakby wiedziała, że jest podział na pokoje, to by tak nie grzała.
4. W okresie zimowym pojechała na 2 tyg. do domu i zostawiła otwarte okno, a zamknęła na klucz drzwi do pokoju. Napisałam jej, aby wysłała klucz, bo na dworze jest mróz po -20 w nocy i rury, które przechodzą koło okna mogą przymarznąć, a poza tym w całym mieszkaniu jest zimno. Powiedziała, że ona nie widzi w tym problemu. Skontaktowaliśmy się z właścicielką mieszkania, która przyjechała z mężem, otworzyli drzwi (siłą). Panna E. była wstrząśnięta, że pogwałciliśmy jej prawo do prywatności.
5. Ciągle chodziła i mówiła, że nie ma pieniędzy, natomiast co drugi dzień kupowała nowe kosmetyki z Sephory, Yves Rocher itp.
6. Była wegetarianką i oburzała się, że przy niej przygotowujemy mięso i że trzymamy je w lodówce i ona musi na nie patrzeć.
7. W czerwcu dała nam wypowiedzenie, że jest tylko do końca miesiąca. Ucieszyliśmy się, bo ze względu na to, że jestem w ciąży, nie musieliśmy tego załatwić. Gdy dowiedziała się, że pod koniec lipca też się wyprowadzamy, zadzwoniła z płaczem do właścicielki, że ją wyrzuciliśmy i czy może wynająć całe mieszkanie. Nie może :)
Gdy miałam z jakieś 6 może 8 lat, to mogłam pierdzieć na zawołanie. Pierdom nie było końca, tak jakby matka całe życie karmiła mnie fasolką po bretońsku albo grochówką. Oczywiście pozwalałam sobie na takie coś tylko w zaciszu własnego mieszkania. W każdym razie pewnego dnia, gdy starsza siostra szykowała się do szkoły, to jej (bardzo lubiana przeze mnie) koleżanka przyszła po nią. Było to z samego rana, więc śmiało siedziałam w swojej luźnej piżamce. Moja siostra chcąc pochwalić się przed koleżanką tym, jaką ma zdolną siostrę, wydała mi 4 komendy, niczym generał podwładnemu żołnierzowi. Do dziś się zastanawiam, jak dałam się do tego namówić... Pewnie (jak zwykle) zostałam przekupiona naklejkami z pieskami albo karteczkami do segregatorów. No, ale wracając do tematu...
Komendy brzmiały następująco:
1. Baczność!
2. Spocznij!
3. Pierdnij!
4. Odpocznij!
Oczywiście wykonałam wszystkie 4 punkty. Po paru sekundach śmiech zamienił się w mój płacz, a ja zrozumiałam, że przy 3 punkcie coś poszło nie tak. Mianowicie, jak już się domyślacie, zesrałam się.
Gówno jak z procy w ułamku sekundy wystrzeliło z mojego tyłka. I tu historia mogłaby się skończyć, ale to by było zbyt piękne.
Otóż dwa mini bobki sprawnie przeturlały się przez luźną nogawkę mojej piżamki, a następnie wpadły do mojego kapcia. Nie byle jakiego kapcia, bo do takiego typowego zakopiańskiego bamboszka. Wiecie, takie z milutkim futerkiem dookoła, ozdobione kolorową włóczką na palcach. Moja mama, siostra, koleżanka i ja - wszystkie płakałyśmy, ale tylko jedna osoba nie płakała ze śmiechu. Pamiętam, że krzyczałam do mamy "wyjmij mi to gówno z buta!", ale nie wyjęła :'(
Długo, długo po tym, bo przez kilka ładnych lat, siostra wiecznie mnie tym szantażowała, że komuś powie. Dziś sama o tym opowiadam xD
Od tamtej pory nie pierdzę na zawołanie, bo przykre wspomnienie wraz z obrazkiem mnie, stojącej nad sedesem i usiłującej wytrzepać klocka z kapcia, odbiło piętno na mojej i tak już spaczonej psychice.
To gówniane wyznanie dedykuję mojej siostrze, za której namową podzieliłam się wspomnieniem z Wami.
W sumie, tamte dwa usrane przeze mnie bobki to też jej zasługa, bo to ona mnie namówiła. :/
Wakacje spędzam na wsi. Jeździłam do sadu, by trochę zarobić przy zbiorze owoców.
Jednego dnia, stojąc na stołku by zerwać owoce z najwyższych gałęzi, strasznie zachciało mi się siku. Uznałam, że zejdę ze stołka, by udać się w krzaki. Zaczęłam schodzić, a stołek zaczął się chwiać. Najwidoczniej było to na tyle straszne, że... zesrałam się ze strachu :/
Jakiś czas temu mój kolega zaprosił mnie do siebie, gdyż jego mieszkanie było wolne, więc skorzystaliśmy z okazji, by miło spędzić czas. Mieszkam daleko od jego miejsca zamieszkania, więc zostałam na noc. Rano wiadomo, kawa, prysznic i właśnie tu zaczyna się moja wpadka – w łazience. Dzień przed miałam ubrane rajstopy, jako iż były już dziurawe, postanowiłam je wyrzucić do typowego pojemnika na śmieci stojącego obok, tak jak resztę moich odpadków, czyli zużytą podpaskę i chusteczki. Z pojemnika co prawda wystawała jakaś koszulka, ale w pośpiechu nie zwróciłam na to uwagi. Dopiero w domu zrozumiałam, że to nie był śmietnik, tylko pojemnik na brudne ubrania...
Możliwe, że właśnie to było powodem usunięcia mnie ze znajomych na Facebooku :/
Nie mamy kontaktu ze sobą do dziś.
Dodaj anonimowe wyznanie