Gdy chodziłam do gimnazjum, musiałam przebywać z homofobami, rasistami i po prostu dzieciakami, bo tych ludzi do dziś ciężko nazywać dorosłymi.
Pewnego dnia po tym, jak po raz setny usłyszałam, że osoby takie jak ja (czyli o azjatyckiej urodzie) powinny służyć jedynie do ruchania, zdenerwowałam się.
Po zajęciach poszłam do biblioteki i włączyłam komputer (na szczęście mieliśmy spoko bibliotekarkę). Stworzyłam fałszywe konto na pewnym popularnym wówczas portalu, pobrałam odpowiednie zdjęcia osób z mojej klasy (te z rodzicami, dziećmi, zwierzętami, te urocze) i dodałam do nich napisy (konkretniej ich obrzydliwe cytaty), a potem powrzucałam to wszystko na fałszywe konto i oznaczyłam moją klasę i szkołę.
Robiłam to jeszcze wiele razy z różnych miejsc. Raz w bibliotece, raz u koleżanki, raz na pożyczonym telefonie itd. Po pewnym czasie zaczęły mi pomagać osoby z innych klas. Czasami dodawaliśmy też zdjęcia tych złych z papierosami, alkoholem.
Pół roku później dyrektorka w końcu natrafiła na te wszystkie zdjęcia i zaczęła się afera. Najlepsze jest to, że cała klasa rzucała w siebie wyzwiskami i obwiniała się nawzajem, ale nikt z nich nawet nie pomyślał, że to ja.
Mój młodszy brat, gdy był mały, w liście do Świętego Mikołaja poprosił o małego, żywego CHIŃCZYKA. :)
Jako że w mojej miejscowości było ciężko z pracą, przez wiele lat pracowałem w Niemczech, dorobiłem się trochę i wróciłem do kraju, gdzie prowadzę małą firmę. Oczywiście przez tyle lat pracy nauczyłem się języka niemieckiego perfekcyjnie.
Jakiś czas temu byłem sprawdzić, co tam u mojej sekretarki przyjmującej zamówienia itp. Tak się złożyło, że byli tam Niemcy, którzy pytali się o jakiś towar, i przychodzili tak jeszcze ze dwa razy. Jak przyszli ostatnim razem, to sekretarka, jak się okazało, wydrukowała jedno potwierdzenie za mało. Oczywiście żaden problem, wystarczy dodrukować itp. Po polsku nic nie powiedzieli. Ale jak zaczęli ją obrażać po niemiecku, to dawno takiego natłoku bluzgów nie słyszałem... Wyprosiłem ich natychmiast i perfekcyjnym niemieckim wyjaśniłem im, że mają się tu więcej nie pokazywać. Jakbyście zobaczyli ich miny... :)
Ostatnio, gdy kochałam się z moim chłopakiem, leżąc nade mną wyznał mi, że uwielbia mój zapach potu podczas seksu. Bo kojarzy mu się z zapachem parówki, którą tak często robi sobie na śniadanie.
Mam namolnego adoratora, z którym pracuję na tym samym piętrze. Lubię pracę zaczynać wcześniej, więc już ok. 7.30 jestem na miejscu i działam swoje. Na początku nie widziałam nic złego w tym, że przychodzi do mnie i zagaduje: co słychać, jak się miewam itp. Koleś jest miły i kulturalny, nic mu nie można zarzucić. Ale potem takie odwiedziny zaczęły mnie stresować, bo on ma zwyczaj stać w drzwiach, tak że nie mogę przejść, nie zahaczywszy o niego. Gdy się na mnie patrzy, jego wzrok płonie i wręcz pali mnie. Wyganianie takie pół żartem, pół serio, że ja pracuję i on też powinien, nie pomaga, wraca jak bumerang.
Kiedyś poprosił mnie o rozmowę i wyznał mi miłość, dodając, że kręcę go szczególnie gdy mam ubraną spódnicę odkrywającą nogi. Wyjaśniłam mu, że na uczucia nikt nic nie może poradzić, ale jestem w szczęśliwym związku i że nic z tego nie będzie, przykro mi. Rozmowa pomogła na chwilę. Przychodzi i zagaduje mnie w pracy i zawsze stara się upolować taki moment, kiedy jestem sama w pokoju, pisze mi wiadomości na komunikatory, kolejne rozmowy nie pomagają, przełożony nie widzi problemu. Wykorzystałam wszystkie możliwości dostępne w pracy, aby się go pozbyć, niestety bezskutecznie. Zaczynam się bać, czuję się osaczona.
Przez rok byłam w związku z kolesiem, który jak ognia unikał zbliżeń. Twierdził, że boi się, że nie spisze się jako facet, a przede wszystkim bał się, że antykoncepcja zawiedzie. Po którejś kłótni wykrzyczał, że po prostu nie jest gotowy, że to go nie interesuje, choć bardzo go pociągam. Postanowiliśmy, że pójdziemy na terapię.
Dziś mogę powiedzieć, że terapia była skuteczna.
Kilka dni temu przyłapałam go na zdradzie z moją koleżanką.
Tłumaczenie? „Zrobiłem to dla ciebie! Chciałem się w końcu przełamać”.
Gdy byłam mała (wiedziałam już skąd biorą się dzieci), bardzo lubiłam oglądać Narnię. Bardzo podobały mi się te wszystkie magiczne stworzenia, jak np. fauny czy centaury, i szybko zaczęłam żałować, że nie żyją one w naszym świecie. Aby zmienić ten fakt, postanowiłam sobie, że jak będę dorosła, to kupię sobie kozły i konie i będę się z nimi rozmnażać, żeby rodziły mi się małe fauny :D
Chciałam też namówić innych ludzi, żeby robili to co ja, by szybciej zaludnić ziemię tymi stworami.
Dobrze, że przynajmniej wtedy nikomu o tym nie powiedziałam, bo gdyby ktoś miał mi to teraz wypominać, to chyba umarłabym ze wstydu.
Jestem sobie biedną, ale kreatywną studentką. No i raz jadąc do najtańszego znanego mi marketu zrobiłam zakupy na tydzień za mniej niż 40 zł, oczywiście biorąc dużo tanich warzyw i worek makaronu za parę zł (+ kilka innych rzeczy).
Ja wrednie, zamiast jeść jak biedny człowiek ziemniaki z kefirem, staram się być kreatywna i dzięki dużej ilości warzyw zrobiłam sałatkę makaronową, którą pakowałam do pojemnika i jadłam na zajęciach. Wszyscy chwalili, jaka nagle zaczęłam być fit, ale ja nie o tym.
Wcinam sobie moją sałatkę akurat na dworze, bo jakoś zimno nie było, wieczór się zbliża i jestem słabo oświetlona, ale znalazła się ONA. Jakieś dziewczę siedzi gdzieś w pobliżu, ale po chwili przychodzi i pyta, jak ja mogę zabijać bezbronne zwierzęta. Patrzę na nią jak cielę na malowane wrota, jedząc moją sałatkę, a ona rozpoczyna swój monolog obrończyni zwierząt. Jak ja to mogę być tak okrutna i jeść mięso?
Musiałam mieć minę jakiejś idiotki, bo od tygodnia nie mam kasy na mięso. W końcu pytam, o jakie mięso jej chodzi. Pokazuje palcem na mój widelec, a ja zaczynam się śmiać. Rzeczywiście, moje grzanki z tostowego chleba w tym świetle przypominały grillowanego kurczaka. Kiedy jej to powiedziałam, to zapowietrzyła się, spaliła buraka i poszła.
Dobrze, że się do jajka w sałatce nie przyczepiła ;)
Nie tak dawno temu koleżanka z pracy opowiadała mi o tym, że podejrzewa męża o zdradę. Nie jesteśmy zbyt blisko, więc zdziwiła mnie jej otwartość, ale okey, może potrzebowała się wygadać, a ja się akurat trafiłam.
Kilka dni po jej wyznaniu mąż wpadł po nią po pracy. Wyobraźcie sobie moją i jego minę, kiedy okazało się, że mężem koleżanki jest Marcin, z którym spotykałam się od ponad pól roku.
Z facetem kontakt zerwałam, ale weź tu człowieku bądź w szczęśliwym związku...
Kiedy miałem jakieś sześć lat, mieliśmy w domu generalny remont – do wymiany były elewacje, dach, podłogi itd. Wiązało się to z dość częstymi wyjazdami do sklepów budowlanych. Jako że oferty trzeba było porównać, co zajmowało trochę czasu, a mnie nie było z kim zostawić, jeździłem wraz z rodzicami. Na miejscu najczęściej nudziłem się niemiłosiernie i marudziłem, że chcę wracać do domu.
Pewnego dnia, w sklepie średniej wielkości, nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem oglądać produkty i zauważyłem, że wszystkie ceny są wypisane na takich samych metkach, pochodzących z takiej ręcznej metkownicy. Takie małe, białe prostokąciki. Oprócz cen nic na nich nie widniało. Wtedy wpadłem na szatański pomysł – nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ale postanowiłem zrobić sprzedawcom i kupującym żart, polegający po prostu na zamianie metek. Jako że bardzo łatwo się odklejały, czym prędzej przystąpiłem do działania. Byłem do tego tak sprytny, że nie zamieniałem ich na oślep, tylko brałem dość podobne, ale jednak różne ceny i często zamieniałem metki całymi partiami. Oczywiście robiłem to po kryjomu, na szczęście sprzedawcy nie byli mną szczególnie zainteresowani.
Byliśmy w tym sklepie jeszcze dwa razy, ja kontynuowałem działalność, ale nigdy nie zostałem złapany. Zyskałem sobie za to przychylniejsze spojrzenie rodziców, którzy wcześniej mieli dość mojego nieustannego marudzenia, a wtedy, widząc, jak oglądam różne farby i wiertarki, pochwalili mnie za znalezienie sobie zajęcia. Cóż, gdyby tylko wiedzieli, jakie to zajęcie...
Dodaj anonimowe wyznanie