Moi rodzice mnie ignorują. Mam 17 lat, a oni zachowują się, jakbym była ich najgorszym wrogiem. Na zakupy nie mogę z nimi jeździć, jedzenia w lodówce nie mogę ruszyć, bo to nie moje. Gdy gdziekolwiek jesteśmy zaproszeni, zawsze siedzę sama, bo moi rodzice siadają jak najdalej ode mnie. Gotuję sobie sama ze składników, które sama z własnych pieniędzy muszę kupić. Nie chodzą na wywiadówki w szkole, a jak już, to z wielką łaską. Ostatnio zaczęli mówić, że powinnam zacząć płacić za wodę, prąd oraz czynsz za pokój. Mam młodszą siostrę, ale gdy tylko z nią rozmawiam, Młoda od razu leci do rodziców, żeby naskarżyć na mnie.
Dzieje się tak od dwóch lat, sama nie wiem czemu.
Pewnie myślicie, że byłam niewdzięcznym dzieckiem, które wywala ich pieniądze na byle co. Otóż nie. Uczyłam się w miarę okej (teraz moja średnia trochę spadła ze względu na pracę, ale nadal nie jest źle), nigdy nie miałam kieszonkowego, nie prosiłam o nie, wracałam o ustalonych porach i... nagle przestali się odzywać. Tata odzywa się tylko wtedy, gdy jest pijany (a zdarza się rzadko), ale wtedy mnie wyzywa. Nadal nie potrafię się przyzwyczaić, że wchodząc do domu, w którym jest troje ludzi, nikt nie odpowie na moje „cześć”. Próbowałam z nimi rozmawiać, ale oni się zachowują, jakbym nie istniała i przechodzą obojętnie. Chyba pozostało tylko czekać do mojej pełnoletności i się wyprowadzić.
Moja babcia uwielbia zarządzać rozmieszczeniem przedmiotów w cudzym domu.
Jakiś czas temu moja mama była prawie miesiąc w sanatorium, a że jesteśmy tylko we dwie, musiałam zająć się domem. Miałam wtedy bardzo niekorzystny plan zajęć na uczelni (prawie codziennie od rana do wieczora) i psa w domu. Babcia zaproponowała, żeby przekazać jej komplet kluczy. Dzięki temu będzie mogła wpadać, pobyć trochę z psiakiem, dać mu jeść i wyprowadzić na spacer. Jak dla mnie super. Pokazałam babci, gdzie są kubki, talerze i inne niezbędne rzeczy, by mogła zrobić sobie kawę, kanapki bądź przygrzać coś z lodówki. Prosiłam, by nie myła naczyń w zlewie, bo mamy zmywarkę, więc naczynia z całego dnia umyję wieczorem bądź na drugi dzień rano. Pokazałam babci, jak włączyć telewizor, zmieniać kanały i głośność. Kupiłam babci krzyżówki, bo wiem, że je lubi. Prosiłam, żeby nie sprzątała i zapewniałam, że wszystko ogarnę. Pokazałam tylko, gdzie są ściereczki, gdyby np. coś się rozlało.
Pierwszego dnia po powrocie do domu doznałam szoku. Babcia powyciągała ze zmywarki naczynia, które były jedynie wstępnie opłukane, i powsadzała je do szafek. Poprzekładała wszystkie garnki i naczynia, bo były ułożone inaczej niż u niej w domu.
Z piekarnika powyciągała mi blaszki i brytfanny, a powkładała tam patelnie, bo ona tak ma w domu, więc tak się robi. Dostałam opieprz, że nie mam przypraw i że nie można nic gotować i że to wstyd, bo nie umiem się zająć domem – oczywiście wszystko jest, ale nie w „sklepowych” opakowaniach, tak jak u babci, tylko poprzekładane do pojemniczków. Już pomijam fakt, że w lodówce było pełno jedzenia.
Czarę goryczy przelała następująca sytuacja: „A na biurku to twoja matka ma bajzel! Ale wszystko posprzątałam!”. Po pierwsze: nie bajzel, tylko polisy (moja mama jest agentem ubezpieczeniowym) i oferty posegregowane w stosiki po kilka kartek według dat, rodzaju polisy itd. Nie wszystkie były jeszcze odebrane przez klientów, więc czekały po prostu, aż któryś z nich podjedzie. Mimo że były UŁOŻONE, to według mojej babci na wierzchu nie może nic takiego leżeć. Przemieszała je i poupychała na różne półki bez ładu i składu.
Tak jak bardzo kocham moją babcię i większość jej uwag tego typu wpuszczam jednym uchem, a wypuszczam drugim i nie denerwuję się, tak wtedy myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Powiedziałam, że to nie jest muzeum, żeby potrzebne nam rzeczy nie mogły leżeć na wierzchu. Poupychała nowe dokumenty między jakieś stare, porozdzielała je, pomieszała, więc ja będę w tym teraz pół dnia dłubać. Czekały na odbiór, więc nie mogły zostać w takim stanie.
Babcia obraziła się na parę dni i stwierdziła, że jestem niewdzięczna. Do psiaka wpadała sąsiadka, starsza pani, która potem bardzo się ucieszyła, gdy podziękowałam jej czekoladkami i zaproszeniem na kawę :)
Sobota, sklep mięsny.
Tata stoi w kolejce po szynkę, parówki i inne tego typu pokarmy. Przed nim pani z dwójką dzieci w wieku około 3 lat. Szkraby zaciekawione pytają: „Kto to był?” – i pokazują palcami na mięso. Mama odpowiada: „To był kurczak, świnka, krówka” itd. W pewnym momencie córka pokazuje na cienką kiełbasę i mówi: „A to był wąż, to był wąż!!!”.
Tata się popłakał ze śmiechu :)
Sobota, piąta rano.
Tata budzi się, zrywa do pracy i biegnie na dół. Po drodze zatrzymuje go teściowa (beznadziejny przypadek rannego ptaszka): „Marcin, gdzie ty lecisz, jest sobota”. Tata zdusił przekleństwo, wrócił na górę i poszedł spać dalej.
Niedziela, piąta rano.
Tata zrywa się i w szaleńczym tempie leci do pracy. Zbiega na dół, babcia w śmiech:
„Marcin, dziś jest niedziela, nadal nie musisz iść do pracy”.
Poniedziałek, piąta rano.
Zaspany tata wyłączył budzik z przebiegłą myślą: „Dzisiaj się już nie nabiorę”...
Kolega szwagra, załóżmy że to był Piotrek, był zwykłym gościem. Nie wyróżniał się niczym, ot zwykły człowiek. Pewnego dnia jechał sobie do pracy. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. To były dosłownie dwie sekundy, kiedy wpakował się na niego na czołówkę inny kierowca. Piotrkowi w szyję w okolice krtani wbiła się szyba, lekarze stwierdzili zgon na miejscu, zapakowali go w folię i wywieźli. Jakiś czas później rodzina Piotrka przyjechała do kostnicy, aby zacząć się przygotowywać do pogrzebu. Wielkie było ich zdziwienie, kiedy otworzyli drzwi kostnicy, a w rogu siedział skulony, nagi człowiek, okryty tylko płachtami ściągniętymi z nieboszczyków.
Okazało się, że Piotrek z wypadku nic nie pamięta, a obudził się już w kostnicy. Wokół wszędzie pełno martwych ludzi, drzwi zamknięte na cztery spusty, a na domiar złego piździło niesamowicie. Niewiele myśląc, zabrał kilka płacht z nieboszczyków, okrył się nimi i czekał, aż ktoś przyjdzie.
Od tamtej pory znajomi nazywali go Aniołem.
Pomyślicie, że gość oszukał śmierć? Ha, żeby było tego mało...
Anioł kilka lat po tym zdarzeniu był w robocie, gumowce po pachwiny, ubiór roboczy itd. Jakoś tak się stało, że w miejscu gdzie pracował zawalił mu się grunt pod nogami. Spadł kilka metrów w dół, a tam zgniotła go osuwająca się ziemia. Czyżby Aniołowi wyczerpał się limit szczęścia? Nic bardziej mylnego :) Koledzy z pracy wyciągnęli go stamtąd, biednego zawieźli do szpitala, a tam zajęli się nimi fachowcy. Złamane żebra, nogi, kilkanaście stłuczeń, wstrząs mózgu... to tylko kilka z jego dolegliwości. Lekarze stwierdzili, że jeszcze chwila pod gruzami, a mógłby nie wyjść z tego cało.
Teraz to już go nazywają Archaniołem :D
Mam 30 lat i nigdy w życiu nie leciałam samolotem. Wstydzę się tego, bo większość osób, które znam, ma to już za sobą albo co jakiś czas lata sobie na wczasy, więc czuję się trochę jak dziwak. Kiedy byłam dzieckiem, moi rodzice nie mieli kasy, tak że podróże były poza moim zasięgiem. Byłam kilka razy za granicą, gdy zarobiłam własną kasę, ale to były wypady samochodem, autobusem albo promem. Nie boję się latania, przeraża mnie odprawa na lotnisku. Nie wiedziałabym gdzie pójść, co robić po kolei i gdzie po wylądowaniu miałabym odebrać bagaż. Moja kuzynka w ogóle nie wsiadłaby na pokład samolotu, gdyby nie jakaś kobieta, która pokazała jej wszytko od A do Z. Koleżanka mojej mamy jakiś czas temu leciała po raz pierwszy, oczywiście stresowała się niemiłosiernie. Jej mąż powiedział jakiejś kobiecie z obsługi lotniska, że żona leci pierwszy raz i się denerwuje. Skontrolowali ją tak, jakby była potencjalną terrorystką i babka do dziś wspomina to nieprzyjemnie. Boję się, że u mnie mogłoby być podobnie. Chciałabym polecieć chociaż raz, ale z osobą, która już latała i wszystko by mi pokazała. Niestety, znajomych prawie nie mam, a ci co są, nie lubią podróżować. Wśród ludzi wstyd się teraz przyznać do tego, że nigdy się nie latało, bo to teraz jest powszechny środek transportu. Gdzie znaleźć osobę do wspólnego podróżowania, która pokazałaby laikowi, jak w ogóle przejść kontrolę przed lotem?
Kilka dni temu poznałam uroczego policjanta. Porozmawialiśmy trochę, a że rozmowa bardzo dobrze się kleiła, a on musiał iść już na służbę, poprosił mnie o mój numer telefonu, aby potem umówić się na jakąś kawę. Gdy już go dostał, zadzwonił do mnie, abym i ja miała jego numer. I wtedy usłyszałam, jak mój telefon rozbrzmiewa utworem „HWDP JP 100%”, który ustawił mi mój brat, a o którym kompletnie zapomniałam...
Pan policjant spojrzał na mnie spod byka, odwrócił się i poszedł. Nie poszliśmy na kawę.
Nie oddałam ukochanemu pierścionka zaręczynowego, bo gdy bardzo za nim tęsknię, to wyciągam ten pierścionek z kuferka, zakładam na palec i staram się udawać, że ukochany mnie nigdy nie zostawił.
Podczas studiów dorabiałam sobie, udzielając korepetycji z matematyki. Pewnego lata wróciłam z dużego miasta do mojej rodzinnej miejscowości na wakacje. Tam również ogłosiłam gotowość pomocy w przygotowaniu do poprawek. Zgłosiła się pani, która potrzebowała korepetycji dla córki. Dziewczynka, nazwijmy ją Milenka, w 5 klasie podstawówki miała poprawkę. I tu zaczyna się opowieść.
Większość dzieci, do których chodziłam, to były osoby, które ewidentne miały problemy z nauką. Niektóre miały ogromne ambicje i chciały mieć najlepsze oceny, przez co robiłam z nimi zadania dodatkowe, trudniejsze, konkursowe. Często ambicje mieli rodzice i brali korki dla dzieci, które z matematyką nigdy nie będą miały nic wspólnego. Z Milenką było inaczej. Miała urodę aniołka, była spokojna, grzeczna i urocza. Od razu poznałam też jej zwariowaną siostrę, dajmy na to Olgę. Olga była zwariowana, szalona i szczera. Takie totalne przeciwieństwo Milenki.
Podczas pierwszej rozmowy dowiedziałam się, że Milenka jest świetną uczennicą, tylko pani uwzięła się na nią, bo nienawidziła jej starszej siostry. Pomyślałam, że to nie pierwsza w mojej „karierze” taka opowieść i postanowiłam sama sprawdzić, jak to z tym dzieckiem jest.
Wszystko okazało się prawdą. Mała śliczna dziewczynka musiała zrobić przez wakacje wszystkie zadania ze zbioru, których było około 500, bo nauczycielka chciała zemścić się na swojej byłej uczennicy, która miała to w głębokim poważaniu i balowała przez całe wakacje.
Zrobiłyśmy z Milenką zadania, do każdego przykłada się niesamowicie. Najpierw pisała na brudno, później przepisywała cały zeszyt. Stresowała się poprawką, cały czas była smutna, gdy nie robiłyśmy matmy, przesiadywała godzinami sama pod klatką. Serce mnie bolało, gdy codziennie na dwie godziny siadałyśmy przy zadaniach.
Milenka zdała na 96%. Nie widziałam jej po tym, nie wiem, czy była w końcu szczęśliwa, ale mam nadzieję, że tak...
Wiem, że anonimowych czytają nauczyciele. Proszę, bądźcie sprawiedliwi i oceniajcie wiedzę dzieci. Tylko wiedzę. Możecie zrobić dzieciom wielką krzywdę. Nie mówię tu o zepsutych wakacjach, ale o małym kochanym serduszku, które straciło zaufanie do szkoły, „drugiego domu”, gdzie powinno czuć się bezpiecznie..
Mieliście kiedyś takie wspomnienie, co do którego macie poważny problem, żeby w 100% stwierdzić, że sobie tego nie wymyśliliście? No cóż, ja tak miałam.
Mieszkam w niewielkim mieście, wiecie, podrzędna uczelnia, kilku studentów na krzyż. Karierę tu robią głównie kosmetyczki i klejarze w fabryce mebli. Ci, którzy chcieli czegoś więcej, porozjeżdżali się po całej Polsce na studia – w tym także cała moja paczka. Mało nas nie jest, taka mała, pewnie 30-osobowa rodzinka :) Dzielą nas kilometry i widzimy się raczej rzadko. Doskonała okazją do spotkań są różne święta – wszyscy wracają do domu, w ciągu dnia rodzinka, a wieczorem... Bajlando. Klubów u nas jak na lekarstwo, wiec wszyscy poszliśmy w jedno miejsce. W sumie to dość spoko miejscówka, taka duża piwnica przerobiona na lokal, z niezłym klimatem. Oczywiście w samym centrum, w ciągu starych i nieraz obskurnych kamienic.
Przechodząc do rzeczy: to była chyba jakaś 3, może 4 nad ranem. Większość ludzi już nie widziała na oczy, na parkiecie ostatni wytrwali. Mój stan też pozostawiał wiele do życzenia. Wstawiona, acz bardzo zadowolona, stoję sobie przy barze z dwoma znajomymi. Przy nas nie ma nikogo oprócz barmana, który przysypiał już powoli, gdy nagle słyszę takie nieśmiałe: „Pomocy, czy pani mi pomoże?”. Odwracam się, a tam stoi dziewczynka, na oko max 13 lat. Koszulka nocna, kusy różowy szlafroczek i do tego bambosze w pompony. Przypominam, że na zewnątrz było jakieś minus milion. Najpierw pomyślałam, że to jakiś żart. Pytam jej, o co chodzi. Na co ona mówi mi, że jej dom się pali i nie wie co ma zrobić, bo uciekła stamtąd bez telefonu. Jakby mi ktoś kubeł zimnej wody na łeb wylał. W momencie wytrzeźwiałam, złapałam ją pod rękę i mówię, że ma mnie tam prowadzić. Zgarnęłam znajomych i biegniemy razem na zewnątrz. Dziewczyna zaczyna coś krzyczeć, że obudził ją smród i że ona nie wie co ma zrobić. Po jakichś dwóch minutach ciągnie nas w najbardziej obskurną bramę. Najpierw poczułam dym, potem zobaczyłam płomienie, które dosłownie pożerały poddasze kamienicy. Szybko wezwałam straż, i nagle ta dziewczynka mówi, że tam została jej matka. Wbiegłam do tej kamienicy, a tam na schodach siedzi i zawodzi jakaś kobieta. Kochana mamusia małej, nawalona jak bela, mimo ognia wyrzygującego się zza jej ramion siedzi i lamentuje, że jej telewizor się pali. Szybko złapałam ją pod pachy i sruuu – ze schodów na zewnątrz. Gdy wybiegłam z nią z klatki, już przyjechała straż i karetka. Małą i jej matkę odprowadziliśmy do karetki i czym prędzej, nie oglądając się za siebie, zawinęliśmy z powrotem do klubu.
Najpierw myślałam, że to był jakiś sen. Po tygodniu w ogóle o tym zapomniałam, aż zobaczyłam w gazecie dość rozległy artykuł na ten temat. Tak więc okazało się, że to nie moja wyobraźnia spłatała mi figla.
Dodaj anonimowe wyznanie