Jestem dziewiętnastolatkiem. Może nie nadaję się na okładki gazet czy do reklam telewizyjnych, jednak do brzydali nie należę. Nie jestem też za wysoki i nie mam sześciopaka oraz metrów w bicku. Jednak zawsze chodzę, wręcz bardzo, zadbany i dbam o wszystko co posiadam, czym się zajmuję. Mam na tym punkcie małego bzika i często przesadzam.
W klasie nie mam znajomych. Uchodzę za zniewieściałego mięczaka. Śmieją się ze mnie oraz moich zachowań, przykładowo ze sporządzania notatek, które są kolorowe. Śmieją się z mojego mycia się po lekcji WF-u, ze zmieniania skarpetek. Z używania żelu antybakteryjnego. Z poprawiania fryzury, gdy się zepsuje... Ze wszystkiego co robię, choćby było to ugryzienie kanapki. Jestem po prostu aż tak śmieszny. A przede wszystkim odporny. Nie załamuję się już tym, co mówią i robią. Mam to gdzieś, a nawet taka postawa nie zmieniła ich zachowań, a wręcz przeciwnie, robią wszystko co tylko możliwe, by przetestować moją cierpliwość.
Ostatnio na dłuższej przerwie podeszła do mnie jedna z dziewczyn z mojej klasy, pewnie z okazji zakładu śmieszkowego, i ni z gruchy, ni z pietruchy wzięła moją dłoń w swoją. Zaczęła się dziwić, wzdychać, chwalić moje paznokcie, bo jakie one krótkie, proste, ale zdrowe i zadbane. Następnie zaczęła piszczeć, jaką to gładką mam skórę i pytać, jakiego kremu używam (tak, kremuję ręce, bo mam tendencje do przesuszania się skóry)... A po chwili powiedziała, że gdzieś taki typ ręki już widziała. Po sztucznym zamyśleniu krzyknęła: „W kościele!”, za moment dodając: „Nadajesz się na księdza!”.
Jednak chyba coś jej nie wyszło. Nikt się nie zaśmiał. Wszyscy, którzy obserwowali całe zajście, łącznie ze mną, pozostali z miną „wtf?”. Jednak analizując sobie poprzednie akcje, tę uznałem za tak żałosną i słabą, że po chwili niespodziewanie wybuchnąłem śmiechem. Dziewczyna szybko uciekła z miejsca zdarzenia.
Od tygodnia nikt do mnie nie podszedł :D
Pewnego wieczoru wracałam z pracy, dosyć późno, bo miałam popołudniową zmianę.
Ciemno, zimno, ale jakoś do domu trzeba wrócić. Już miałam skręcać w swoje osiedle, jak usłyszałam krzyki i płacz dziewczyny. Stanęłam i obserwowałam przebieg sytuacji. Ona drobna, on byczek szarpiący ją za włosy, krzyczący, że jest szmatą.
Jestem masywna, mam lekką nadwagę, zdecydowanie mam więcej siły niż krucha dziewczyna. Wyjęłam telefon, zadzwoniłam po policję i wtedy zobaczyłam, jak on popchnął ją na ziemię i ona upadła. Krzyczała, aby ją zostawił. Podbiegłam, bo nie toleruję przemocy wobec kobiet. Szarpnęłam go i wrzasnęłam, że ma ją zostawić, a jak chce się bić, to niech zrobi to z przeciwnikiem, który jest mu równy. Kazał mi zniknąć, ale nie dawałam za wygraną. W końcu oberwałam z pieści w twarz i wtedy coś we mnie pękło. Kopnęłam go w jaja, on się skulił, a ja jego głowę rozwaliłam na swoim kolanie. Typ zmiękł, wywrócił się i stękał.
Przyjechała policja i co usłyszałam? Że na niego napadłam. Na domiar złego laska zaczęła mu wtórować. Uratował mnie tylko fakt, że to ja parę minut temu wezwałam policję.
Dopiero teraz zaczynam rozumieć, dlaczego jest taka znieczulica. Chciałam pomóc, a wyszłoby na to, że sama jestem agresorem. Nigdy więcej.
Jedno wyznanie zmotywowało mnie do opisania zdarzenia z młodości, jak byliśmy w 7 klasie.
Za dziecka często bawiliśmy się w piwnicy z dziewczynami i niekiedy pokazywaliśmy sobie nawzajem nasze miejsca intymne. Ot, takie niewinne igraszki.
Raz młodszy kolega rozebrał się do naga i z penisem w zwodzie tańczył do piosenki ABBY, śpiewając: „Honey, honey, dup do ściany, oo, honey, honey”. Do tego za każdym razem majtał swoim sprzętem koło nosów tych dziewczyn. Dziewczyny były przy tym czerwone jak buraki.
Nic by się nie stało, jakby nagle matka jednej z dziewczyn nie wleciała do piwnicy ze względu na głośną muzykę... Zrobiła straszną awanturę. Potem nasi rodzice w domach jeszcze nam wszystkim dołożyli. I te krzyki: „Co z was wyrośnie?!”...
Każdy jakoś wyszedł na ludzi, zdobył wykształcenie itd. Ale wspomnienia pozostały. 😁
Jak byłam w pierwszej klasie gimnazjum, to podobał mi się pewien starszy ode mnie chłopak. Bardzo cię cieszyłam, gdy dowiedziałam się, że ja również mu się spodobałam.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pewnego dnia ten chłopak zaprosił mnie i swojego kolegę do domu. Po krótkiej chwili jeden z nich trzymał mnie, a drugi próbował zdjąć ubrania, nagrywając to telefonem.
Przez tę sytuację musiałam leczyć się u psychologa.
Minęło już 8 lat od tego incydentu i do dzisiaj byłam w szczęśliwym związku z fantastycznym mężczyzną (tak przynajmniej myślałam). Dzisiaj mój partner przedstawił mi swojego najlepszego przyjaciela, okazał się nim jeden ze sprawców. Po opowiedzeniu całej historii mojemu chłopakowi ten stwierdził, że sama byłam sobie winna i stanął po stronie swojego przyjaciela, uważając tamtą sytuację za bardzo śmieszną zabawę.
Jak byłam mała pewnego razu chciałam pomóc mamie. Mama uznała, że jestem na tyle odpowiedzialna i rozsądna, by chodzić sama po okolicy. Dalej niż od osiedlowego (który swoją drogą był w miarę daleko dla takiego szkraba) chodzić nie mogłam. I przestrzegałam tej zasady.
Chciałam więc zrobić zakupy dla mamy w wymienionym wyżej osiedlowym. Mama dała portfel, dużą torbę z materiału z usztywnianym dołem i małą listę z produktami raczej lekkimi, a ja jak najszybszym krokiem (bałam się biec) udałam się do osiedlowego.
No... Coś tych zakupów dużo było. Za dużo, by pójść z nimi do kasy w rękach. Koszyków zwyczajnie nie mieli, a do wózka bym nie dała rady sięgnąć (był za głęboki), nawet gdybym jakimś cudem dała radę go popchnąć (pary w łapach to ja nie miałam) i włożyć zakupy. Więc co mała ja wymyśliłam? Mam przecież wygodną torbę! Wpakowałam do torby wszystko z listy, no i kierunek: kasa!
Przy kasie łypała kasjerka, która ewidentnie wolałaby być gdzieś indziej. Położyłam torbę na ladę i wypakowywałam zawartość, by pani mogła ją skasować. Ta od razu do mnie z mordą, że jestem złodziejką. Nie wiedziałam, co zrobiłam nie tak. Cała torba była na ladzie, ona mnie widziała całą, a ja byłam w spodenkach bez kieszeni. Jak niby miałam coś ukraść? Wsadzić sobie w d...? Łzy się pojawiły w oczach. Ale nie płakałam, tylko pokazałam rączki i się obróciłam, by pokazać, że nawet gdybym próbowała coś ukraść, nie miałabym gdzie tego przed nią schować. Kasjerka przewróciła oczami i skasowała produkty, ja za nie zapłaciłam.
Gdy wyszłam, dobre 5 minut siedziałam na placu zabaw i płakałam, bo myślałam, że byłam faktyczną kryminalistką i że mama będzie mną zawiedziona.
Parę dni temu dowiedziałem się, że moja 74-letnia babcia jest lesbijką.
Mam problem z utrzymywaniem znajomości. Ogólnie lubię ludzi, przeważnie też jestem lubiana, ale jakoś nie umiem często inicjować kontaktu. Potrafię nie odzywać się całymi miesiącami, nawet jeśli kogoś bardzo lubię. Mam osoby, które mimo to wciąż się ze mną przyjaźnią i żyjemy w dobrych relacjach, ale dużo ludzi po prostu uznaje, że to koniec znajomości. Właściwie trudno im się dziwić. Niejeden raz jest mi z tego powodu przykro i mam żal do siebie. Już wielokrotnie obiecywałam sobie, że teraz zacznę częściej pisać do ludzi albo zapraszać na spotkania, ale zawsze udaje mi się tylko przez chwilę, a niedługo wszystko wraca do stanu wyjściowego. Z drugiej strony częsty kontakt z ludźmi mnie męczy, więc ostatecznie nie umiem powiedzieć, czy jest mi z tym dobrze, czy źle.
Od zawsze denerwowały mnie dźwięki. Na początku były to tylko odgłosy mlaskania, przełykania itp. Z czasem zaczęły mnie irytować wszystkie dźwięki. Były takie momenty, gdy miałam ochotę rozpłakać się przez to, że coś słyszałam. Dusiłam to w sobie i próbowałam ignorować.
Dwa lata temu miałam wypadek samochodowy. Jechałam wtedy z moim bratem, który prowadził. Auto uderzyło w nas od strony pasażera, czyli mnie. Brat na szczęście złamał tylko nogę i nie ma z nią teraz najmniejszych problemów. Ja złamałam rękę, miałam lekki wstrząs mózgu i prawie całkiem straciłam słuch. Ze wszystkiego wyszłam, ale słuchu już nie odzyskam.
Noszę aparaty słuchowe, ale gdy je ściągnę, nic nie słyszę. Wszyscy uważają to za tragedię w moim życiu, ale ja się z tego cieszę. Nauczyłam się języka migowego (stwierdziłam, że może się kiedyś przydać), więc gdy dźwięki wyjątkowo mocno mnie denerwują albo po prostu mam taką ochotę, nie zakładam aparatów.
Niby życiowa tragedia, a dla mnie wybawienie. :)
Wiele słyszy się o romansach w korporacjach i muszę powiedzieć, że w sumie jest to prawda. Od 4 lat pracuję w takim środowisku. O ile sytuacja, w której singiel spotyka się z singielką jest OK, to wielokrotne zdarzają się się sytuacje, gdzie napaleni faceci lub kobiety podbijają do sparowanych już osób lub wytwarzają się romanse między ludźmi w związkach. No, ale jak świat jest stary, takie sytuacje się zdarzają. I mnie spotkały niejednokrotnie nagabywania „kolegów” z biura, żebym wybrała się z nimi na randkę albo wyskoczyła na „godzinkę czy dwie” do hotelu – tłumaczenia, że mam chłopaka niewiele dawały.
W ostatniej firmie pracuję już ponad 2 lata. Jedną z moich najlepszych koleżanek z pracy była pewna Gosia. Biuściasta szatynka o raczej przeciętnej urodzie, mężatka z 7-letnim stażem i dwójką dzieci. Niekoniecznie błyskotliwa, ale za to bardzo miła i ciepła dziewczyna, która często raczyła nas domowymi wypiekami. Gosia łatwo nawiązywała znajomości, dlatego też kiedy około 1,5 roku temu pojawił się w naszej firmie Szymon, nowy manager pewnego działu, szybko nawiązała z nim kontakt. Szymon to taki typowy przystojniak w garniturze slim fit. Wiele dziewczyn zwracało na niego uwagę, zwłaszcza te młode, ale jego to nie ruszało. Wybadał sytuację i po jakichś trzech miesiącach zaczął przystawiać się do Gosi. Ona oczywiście na początku go odpychała, bo ma męża, dzieci i w ogóle nie w głowie jej romanse, ale nie dało się ukryć, że kiedy piękny Szymon stawał przy niej i prawił komplementy, nóżki jej miękły, a na buzi pojawiał się rumieniec. Dziewczyna coraz częściej krytykowała swojego nudnego i mało pomocnego męża, który po paru latach małżeństwa wyhodował brzuch piwny. Nim się obejrzeliśmy, Gosia ukradkiem spotykała się w copyroomie ze swoim Szymonem i znikała gdzieś na przyjęciach firmowych.
Parę miesięcy później poszła na długie zwolnienie lekarskie. Jak się okazało, jest w ciąży. Odwiedziłam ją parę razy, pytałam, czy czegoś jej nie trzeba. Dziewczyna siedziała w domu załamana. Ojcem dziecka jest oczywiście Szymon, jej mąż o niczym nie wie (i nigdy się nie dowie).
Na początku Gosia chciała rzucić rodzinę dla Szymona i zacząć z nim nowe lepsze życie. Jednak podczas ich ostatniego spotkania dowiedziała się, że plany Szymona są inne. Otóż facet wymyślił sobie, że najpewniej nigdy nie założy normalnej rodziny, chce jednak posiadać dzieci, bo przecież ma zajebiste geny, więc jak to zrobić? Otóż w prawie każdej firmie w jakiej pracował znajdował sobie właśnie taką Gosię – przeciętną, ciepłą dziewczynę, przykładną mężatkę i dobrą matkę, romansował z nią, zapładniał, a potem zostawiał. Wybierał je tak, żeby mieć pewność, że kobieta nie zostawi męża, a dziecko będzie się wychowywało w porządnej rodzinie. Szymon takich dzieci ma już troje.
Taka oto historia nowego typu romansu korporacyjnego a'la zakładanie filii.
Wychowałam się w dosyć niewielkiej miejscowości na południu kraju. Mieszkańcy moich okolic przywiązują bardzo dużą wartość do kościoła i tradycyjnych wartości, a moja mama pracuje w szkole jako katechetka, więc siłą rzeczy zostałam wychowana na osobę wierzącą. Odkąd pamiętam byłyśmy tylko we dwie – ojciec porzucił matkę, gdy dowiedział się o ciąży i nigdy ponownie nie weszła w związek, więc o rodzeństwie również nie było mowy. Ale nie narzekałam – życie było darem od Boga i akceptowało się je takim, jakie by nie było. Matka mnie kochała i wychowała najlepiej jak umiała – inni mieli przecież gorzej.
Kiedy zaczęłam dorastać, siłą rzeczy pochłaniałam coraz więcej pieniędzy (książki, ubrania, dojazdy, kieszonkowe), których o dziwo nigdy nam nie brakowało. Pensja nauczyciela na pół etatu nie jest wysoka, a i chłodny kontakt z moimi dziadkami nie pozwalał mi myśleć, że po cichu pomagają nam finansowo (panna z nieślubnym dzieckiem była czarną owcą w ich rodzinie). Zaczęłam więc zastanawiać się, skąd moja mama bierze pieniądze na moje zachcianki. Jej odpowiedzi były bardzo wymijające (spadki, oszczędności) i nie wierzyłam w nie. W mojej głowie zaczęły rodzić się coraz straszniejsze scenariusze, takie jak prostytucja i nielegalny handel. W końcu pewnego dnia wybuchłam – wygarnęłam mamie wszystko, rozpłakałam się rzewnie i zagroziłam wyprowadzką, jeśli nie pozwoli mi zrozumieć skąd ma pieniądze na utrzymanie dużego domu i mnie w nim. Złamała się – ze łzami w oczach powiedziała mi, że są to pieniądze, które co miesiąc wysyła na mnie ojciec.
W tamtym momencie zabrakło mi tchu. Całe życie wierzyłam, że jest to ostatni prostak, który porzucił ciężarną kobietę i dziecko, nienawidziłam go w duchu tak bardzo, że nawet nie zwykłam o niego pytać. A nagle okazało się, że żyje niedaleko i ma się dobrze. Z opowieści mamy wie on całkiem sporo o moim życiu, jednak nigdy nie chciał się ze mną spotkać osobiście. Dlaczego? Bo jest księdzem. Po romansie z moją matką i wpadce, jaką byłam, umówili się, że ona nie poda jego nazwiska w dokumentach, a on za to będzie pomagał w utrzymaniu dziecka do końca jego edukacji. Miało to uchronić jego „karierę” i „dobre imię”, gdyż gdyby wieść o dziecku księdza rozniosła się, jego posługa byłaby skończona. Mimo moich dalszych krzyków i awantur, matka nie zgodziła się na podanie mi jego nazwiska. Jednak nie poddam się. Sprawdzę wszystkie dostępne źródła, księgi parafialne i dowiem się, kto pełnił posługę w naszej parafii w roku mojego urodzenia. Muszę wiedzieć kim jest NN na moim akcie urodzenia. Chcę spojrzeć mu w twarz.
Dodaj anonimowe wyznanie