Co tu dużo mówić... Czytałem kiedyś, że nie da się poślizgnąć na skórce od banana. Chcąc to sprawdzić, położyłem skórkę na ziemi...
Tak że ten, da się, ręka złamana :D
Niektórzy nie lubią małych dzieci. Nie dziwię im się, czasami bywają nieznośne. Ale jednak jest gorsza rzecz niż dzieciaki... A mianowicie starsi ludzie. Dziecko można uspokoić, ukarać za źle zachowanie, wytłumaczyć, co można robić, a co nie... Ze starszymi ludźmi jednak jest inaczej. W sklepach, w autobusach, w kolejkach do lekarza myślą, że oni są najważniejsi. Pchają się, gdzie popadnie, BO IM SIĘ NALEŻY. Większość starszych ludzi nie mają do nikogo szacunku, a sami chcą być szanowani. Ostatnio starszy dziadek wepchał mi się w kolejkę w sklepie, bezczelnym wzrokiem patrząc mi oczy. Nie odezwałam się, niech ma. A mógł chociaż poprosić, zapytać, czy go przepuszczę.
Sporo starszych ludzi czepia się młodzieży, że przegląda coś w telefonie albo rozmawiają przez telefon. A sami stoją pod blokami/sklepami/kościołami i nawijają więcej jak raperzy. Obgadują, gadają i narzekają. Ale broń Boże, by ktoś przez telefon rozmawiał, bo przecież to nie wypada.
Gdy byłam w ciąży, musiałam iść na badania krwi. Pielęgniarka wzięła mnie bez kolejki, bo musiałam przejść długą drogę do przychodni na czczo. Siedziało na korytarzu kilku staruszków, to aż się telepali i krzyczeli, że jak tak można, że mam siedzieć w kolejce. Olałam ich. Poszłam na te badania.
Ja rozumiem, że ludziom należy się jakiś szacunek, ale każdemu, bez względu na wiek. Jednak niektórym starszym ludziom wydaje się, że to oni są najważniejsi. Szkoda, że nie da im się tego wytłumaczyć...
W pierwszej klasie technikum wszystko jeszcze miałem pod kontrolą, zdarzały się dosyć często wagary, ale zdałem do drugiej – jakoś. W drugiej zaś klasie wszystko zaczęło się walić i nie ukrywam, że z mojej jedynie winy. Coraz częściej jarałem, piłem... Skończyło się to tak, że w drugiej klasie technikum nie zdałem, a że był to dosyć ciężki dla mnie kierunek, który w ogóle mnie nie interesował (elektryk), to przepisałem się do technikum gastronomicznego, lecz z racji na zmianę programu nauczania musiałem naukę zacząć tam od nowa i tak też się stało, co było wielkim błędem.
Poznałem tam różnych ludzi, lepszych i gorszych. Długo nie trzeba było czekać, by marihuana, która nie dawała mi już takiej frajdy i działania, została zastąpiona dopalaczami, które wystarczały na dłużej z uwagi na właśnie ich moc. Zacząłem ćpać jak głupi, lecz poznałem pewną dziewczynę, dla której rzuciłem tę szkołę i oświadczyłem się jej niedługo później po tym, jak już zamieszkaliśmy razem. Ona studiowała wtedy ekonomię, a ja pracowałem na nasze utrzymanie. Jedna myśl jednak nie dawała mi spokoju, dziwny niepokój, że coś jest nie tak i miałem rację. Zostałem zdradzony, co po przeprosinach i obietnicy poprawy powtórzyło się potem dwa kolejne razy. Wróciłem do rodzinnego domu, jednak wtedy dopalacze stały się już codziennością. Po pół roku czasu doszło do tego, że gram, który wystarczał mi wcześniej na 3-4 dni, teraz wypalałem w pół dnia, zaczęły się długi, które ciągną się za mną do dziś, ALE... Poznałem muzykę z tej drugiej strony i nie sądziłem, że obudzi we mnie taką pasję. Zacząłem grać na pianinie, śpiewać, co w rezultacie dzisiaj zaowocowało w miłość do rapu i wierszy. Nie było to jednak jedyne wydarzenie, które wpłynęło na moją zmianę.
Pamiętam jak dziś moment, gdy brałem miarkę w nos i następnie przepalałem ją dopalaczem, wtedy straciłem grunt pod nogami, czułem, jakby moje serce się zatrzymywało i upadłem... Obudziłem się w dziwnej czerni, nie czułem, że stoję, czułem się, jakbym szybował w pustce i ciemności. Niewiele myśląc zacząłem płakać i błagać o litość, bo bylem przekonany wręcz, że to już koniec mojego marnego życia.
Obudziłem się po chwili w zupełnie innym miejscu niż byłem wcześniej i pobiegłem czym prędzej do domu. Pamiętam, jak o drugiej w nocy obudziłem moją mamę i powiedziałem, że śmierć nie boli. Była w szoku... Streszczając dalej – byłem u księdza który powiedział, że doświadczyłem czegoś, o czym inni mogą tylko marzyć.
Po tych wszystkich latach walki dziś jestem wierzącym, pełnym pasji i miłości 24-letnim gościem. Pracuję ciężko, bo wiadomo, nie mam nawet średniego, lecz w moim sercu nie ma już strachu, a pełne jest nadziei, że kiedyś muzyka przyniesie owoc i będę mógł wam w oczy powiedzieć, że jestem z siebie dumny, że to ja sam wygrałem, powiedzieć, jak mocno kocham i wierzę!
To zdarzenie miało miejsce, gdy byłam około 4-letnim dzieckiem. Jak każdego dnia, moja kochana mama wsadziła mnie pod prysznic z głębokim brodzikiem i zaczęło się szuru-buru. Istotne jest to, że wtedy jeszcze bardzo często mieszałam i myliłam literki w wyrazach. Mama wrzuciła mi lalki do zabawy i jakieś klocki, bym się nie nudziła. Ja, jako bardzo kreatywne dziecko, zaczęłam budować mój zamek, a lalki miały role księżniczek.
Po jakimś czasie, gdy zaczęła czytać sobie jakieś czasopismo, usłyszała: „Mamo! Patrz! Ja jestem kurewną, a to moje kurestwo!”.
Żałuję, że nie pamiętam jej miny, gdy na mnie spojrzała.
Długo zastanawiałam się, czy opisać moją historię. Historię o tym, jak pozorne szczęście szybko przemija.
Adama poznałam w szkole, po bardzo krótkim czasie zaczęliśmy się spotykać. Był bardzo otwarty, lubił ludzi i zwierzęta, zawsze uśmiechnięty.
Przez długi czas dogadywaliśmy się bez problemu, po kilku miesiącach przybywało małych sprzeczek. Zawsze jednak zrzucałam winę na nasze, jak mi się wydawało, dominujące charaktery. Po kilku latach sprawy zaczęły nabierać tempa – zaręczyny, przeprowadzka, ślub i wesele. Moja zafascynowana ślubami mama była w siódmym niebie. Godzinami przeglądałyśmy weselne magazyny, zamawiałyśmy co się da. A w moim związku działo się coraz gorzej. Mój ówczesny narzeczony nie pracował prawie wcale, całą swoją uwagę skupiał tylko na mnie i sprawowaniu coraz większej kontroli nad wszystkimi sprawami. To powinno było wzbudzić moje podejrzenia. Coś było ewidentnie nie tak, ale przecież wszyscy mówili, że to stres, że jesteśmy jeszcze młodzi, że jakoś się dotrzemy.
Koszmar zaczął się dopiero po ślubie. Adam zaczął sprawdzać mnie na każdym kroku, co powodowało u mnie histerię. Zamykał mnie w pokoju – mogłam wyjść dopiero, gdy się uspokoję. Zamek do łazienki był wymontowany – mogłoby mi się tam przecież coś stać i jak on biedny mógłby mi wtedy pomóc? Przyjeżdżał do mojej pracy – musiał sprawdzić, czy w niej jestem. Nie mogłam wychodzić sama na imprezy i pić alkoholu, korzystać przy nim z telefonu – cała moja uwaga musiała być skupiona tylko na nim. Niejednokrotnie zmuszał mnie do zbliżeń, a gdy odmawiałam, reagował gniewem. Czułam się obserwowana w każdej sytuacji, w towarzystwie wspólnych znajomych natomiast zupełnie o mnie zapominał. Nie mogę zliczyć sytuacji, gdy musiałam zabierać go pijanego do domu, myć po rzyganiu czy wysyłać do pracy. Nie wiem jak mogłam pozwolić mu na to wszystko, ciągle wierzyłam, że jakoś nam się uda, pójdziemy na terapię, dogadamy się – przecież dlatego wzięliśmy ślub. Tak się jednak nie stało.
Każdego dnia płakałam, uciekałam do rodziców, jednak nikt nie chciał mi pomóc. Mówili, że wymyślam sobie problemy, przeinaczam fakty. A ja byłam na wykończeniu. Na szczęście spotkałam na swojej drodze faceta, który mnie uratował. Poświęciłam dla niego całe moje małżeństwo, relację z bliskimi i „przyjaciółmi”. Po wyprowadzce Adam wielokrotnie przekonywał wszystkich, że jestem chora psychicznie, że porzuciłam oddanego męża dla przypadkowego faceta. Jednak po kilku latach, szybkim rozwodzie i kolejnym ślubie z odpowiednim facetem stwierdzam, iż było warto walczyć o siebie. Adam nigdy nie stworzy normalnego związku, pełnego miłości. Mnie się jednak to udało, chociaż do tej pory mam łzy w oczach, myśląc o tych straconych latach.
Ogólnie liceum wspominam jako świetny okres w moim życiu, jednak jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki. W moim przypadku były to lekcje historii. Mimo że nie należę do grona typowych humanistów, to zawsze miałam szacunek do tego przedmiotu. Niestety miałam „przyjemność” trafić na nauczycielkę, która mnie po prostu nie lubiła. Czułam się niesprawiedliwie oceniana, ale myślałam, że może trochę przesadzam. Teraz wiem, że od początku miałam rację.
Kiedyś ze sprawdzianu dostałam niższą ocenę od koleżanki z ławki, mimo że miałyśmy takie same odpowiedzi. Pamiętam również, jak kobieta pytała nas wyrywkowo; nie na ocenę, ale zadawała po jednym pytaniu wyznaczonym osobom. Pewnego razu wskazała na mnie, na szczęście znałam odpowiedź, jednak usłyszałam od nauczycielki: „Źle”, po czym automatycznie pytanie przeszło na kolejną osobę. Ta osoba odpowiedziała dokładnie tak samo jak ja... A kobieta przyznała jej rację. Jednak i tak najlepsze było wystawianie ocen. Kobieta postanowiła nas jeszcze dopytać, nie poszło mi najgorzej, ale też bez rewelacji. Dostałam naprawdę trudne pytania. Ostatecznie zadowoliłam się moją tróją.
Jedna z koleżanek, która należała do grona pani ulubienic, odpowiadała na 5. Pytania, jakie dostała, były bez porównania prostsze od moich. Jednak na koniec przeszła samą siebie, pytając o stolicę województwa warmińsko-mazurskiego (!) Nie dość, że to nie ten przedmiot, to jeszcze byliśmy klasą mat-geo. Myślę, że to pytanie, delikatnie mówiąc, nie stawia wysoko poprzeczki, szczególnie dla osoby z klasy o takim profilu. Jednak, co ciekawe, koleżanka odpowiedziała na to pytanie: „Suwałki”... a ja mogłam już zbierać szczękę z podłogi, bo nauczycielka, po chwili konsternacji, przyznała koleżance rację i wystawiła 5 na koniec.
Mieszkam z narzeczonym. Ostatnio obchodziliśmy jego imieniny, przyjechała cała moja najbliższa rodzina i jego rodzice, całe 10 osób. Wszystko było dobrze do momentu, gdy skończyłam pić trzeciego drinka i zabrałam się za kolejnego. Więcej grzechów nie pamiętam, obudziłam się rano z kacem gigantem.
Narzeczony położył mnie do łóżka, zmył makijaż, posprzątał po imprezie, nie był zły, po prostu procenty weszły skuteczniej, bo nie jadłam nic od rana. Myślę sobie – fajnie, kochany. Do momentu, gdy się dowiedziałam, że pod wpływem alkoholu, przy wszystkich gościach przy stole, zaczęłam macać go po kolanie i „szeptać” nieprzyzwoite rzeczy, które chcę z nim zrobić w łóżku. Cała moja rodzina usłyszała, że chcę, żeby mnie zerżnął.
Przez kilka dni nie kontaktowałam się z rodziną, zażenowana swoim zachowaniem. A alkoholu nie tknę przez rok.
Chciałbym wam opowiedzieć o dniu, który założył na moje barki bardzo ciężki plecak, nie będę wchodził w szczegóły, chcę tylko opowiedzieć co czuję i widzę rano, gdy otworzę oczy lub rano je zamykam po koszmarnych i nieprzespanych nocach, prosiłbym o dystans po przeczytaniu tej sytuacji i do mojej osoby.
Było to lato, sobota, późny wieczór, godzina była koło północy, obok tutejszego sklepu, miałem już zaprowadzić do domu motor i z kolegą jechać samochodem, aby coś zjeść. Był to spory motocykl, tzw.ścigacz. Nagle moja siostra poprosiła mnie o to, abym ją przewiózł, postanowiłem jechać w górę w stronę punktu widokowego. Pamiętam drogę – prosta w górę, po lewej mleczarnia, z przeciwnego pasa przejechał jeden samochód.
I nagle budzę się na środku drogi w kałuży mojej krwi, uderzenie w tylny prawy róg samochodu, zmierzyłem się z tylną szybą samochodu, pamiętam to, jakbym rozwijał kliszę, tylko że nie wszystko jest złapane na nią. Pojawiły się dwie postacie – rodzice i krzyk z ich ust. Nagle światło niebieskie, sygnały karetki, przekręciłem głowę w stronę rowu jakbym coś wiedział, nagle dwóch ratowników wyciąga moja siostrę i ją reanimują. Po jakimś czasie kiwnął głową jeden z nich… Poczułem wielki ból, nie ten namacalny. Odzyskuję powoli świadomość w szpitalu, koło trzeciej w nocy, gdy mnie tam ratowali. Budzę się się rano w szpitalu połamany, cały obdarty ze skóry, ledwo otwieram lewe oko, gdyż byłem tak zapuchnięty. Lekarze dziwili się, że przeżyłem takie uderzenie. Cztery najmocniejsze leki przeciwbólowe na zmianę nie zatrzymały moich łez na widok mamy, babci, cioci i gdy nogi uginają się im przede mną z płaczu bólu i cierpienia. Pierwsze moje zdanie było pytaniem, którego możecie się domyślić, wszyscy zapewniali mnie przez parę tygodni, że siostra żyje, jest w śpiączce piętro niżej… Rozwiało moją nadzieję jak liście z drzewa, gdy nagle wszystkie pielęgniarki wyszły z pomieszczenia, a weszli moi rodzice. Nie znam słów by to opisać, dusiłem się z płaczu przez tracheotomię.
Dziś jest już ponad rok po zdarzeniu, ciągną się sprawy, chodzę do psychologa, gdyż nawet człowiek silny ma chwile słabości, nie każdy potrafi stawić czoła temu wszystkiemu. Żyję jedynie z nadzieją, że ktoś miał tam plan, że jeszcze czeka mnie szczęście na tym świecie. Ludzie patrzą na to z różnych stron, większość znajomych zachowało się jak osoby bez honoru i szacunku, większość ludzi odeszło.
Chcę wam powiedzieć, że bardzo tęsknię za siostrą, spędziliśmy dzieciństwo w jednym domu, nie ma dnia, w którym bym o niej nie myślał, o sytuacjach z nią, gdy było mi ciężko. Potrafiła zebrać się z łóżka o drugiej w nocy i przyjść do mnie porozmawiać, dodać otuchy, a nawet płakać, choć to jej sprawa nie była. Tak bardzo ją kochałem… Chcę dodać, że różne życie pisze scenariusze, mnie surowo potraktowało, doceń to co masz i co kochasz. Marcin.
Mój dziadek miał na imię Franciszek, jak święty Franciszek z Asyżu, patron m.in. zwierząt. Dziadek był bardzo łagodnym człowiekiem, w przeciwieństwie do swojej żony, temperamentnej babki. Wiadomo, dziadzio miał swoje wady – kto ich nie ma! Ale oprócz upodobania do alkoholu czy bujania w obłokach był po prostu dobrym człowiekiem. Tak zwyczajnie dobrym. A wiecie, skąd wiem? Podobno zwierzęta wyczuwają ludzi. I wyczuwały też dobro mojego dziadka.
Nie będę wspominała o tym, że każdy kolejny pies, który pojawiał się w ich domu, był mu całkowicie wierny i gdy tylko dziadek był na dworze, nie odstępował go na krok. Z kotami tak samo. Dziwne, prawda? Koty chodzą własnymi ścieżkami, a tu proszę, łaziły za moim dziadkiem. Najlepsza jest jednak historia, kiedy to dziadek wrócił po pijaku do domu, a babcia nie chciała go do niego wpuścić, dlatego chcąc nie chcąc poszedł spać tam, gdzie było równie ciepło – do stajni. Położył się na ziemi tuż przy koniu, który przestał całą noc na trzech nogach, bo dziadek przesunął się w pewnym momencie i koń nie chciał go przygnieść. Koń, Misiek, wiele razy przywoził też pijanego dziadka do domu – sam, intuicyjnie, znał drogę. Mądry zwierz, nienawidził pijaków, bo był bity przez poprzedniego właściciela, alkoholika. Nie znosił podpitych jegomościów, z wyjątkiem dziadka Franka. Najwyraźniej czuł, że to dobry człowiek. I jeszcze ostatnia sprawa. Po śmierci dziadka pies, taki łańcuchowy, wył co noc przez kilka tygodni.
I mówcie co chcecie, ale ja wierzę, że mój własny prywatny Franciszek był prawdziwym przyjacielem zwierząt. I oczywiste, był tak samo dobry dla ludzi. Imiona mają moc.
Jestem samodzielną mamą dwójki przedszkolaków. Ich tata odebrał sobie życie. Ogromnie to przeżyłam. Teraz bardzo staram się być jak najlepszym rodzicem. Ciągle czytam o tym, jak wzmacniać poczucie własnej wartości u dzieci, jak nauczyć je radzić sobie z emocjami, ja dać im siłę i wiarę w siebie, pomagam realizować ich zainteresowania... Po prostu robię wszystko, żeby wiedzieli, że są wspaniałymi ludźmi, że są kochani i że ich szczęście nie zależy od zdania innych.
Ostatnio coraz częściej myślę, że gdyby ich tata żył, nie byłabym takim dobrym rodzicem, nie starałabym się aż tak bardzo... Smutne, ale swoją śmiercią sprawił, że ja jestem lepszym człowiekiem.
Co nie zmienia faktu, że codziennie za nim tęsknię.
Dodaj anonimowe wyznanie