#MnrVO

Gdy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, moi rodzice bardzo mnie kontrolowali i wszystkiego zabraniali. Nie mogłam chodzić do koleżanek, na ogniska, imprezy – siedziałam sama w domu.
Gdy wyjechałam na studia, sytuacja się nie zmieniła. Ciągłe telefony, sprawdzanie, kontrolowanie. Nie potrafiłam się zbuntować, więc siedziałam sama w mieszkaniu.

Teraz mam 30 lat, dobrze płatną (zdalną) pracę. Kontroli rodziców już nie ma, ale żadnej koleżanki, z którą mogłabym porozmawiać czy wyjść na kawę też nie mam.
Od dwóch lat jestem z partnerem, z którym myślałam, że chcę... spędzić resztę życia? założyć rodzinę? Zacznijmy od tego, że chciałabym z nim zamieszkać, ale on nie jest na to gotowy.
Jego rodziców widziałam raz, znajomych nigdy.

Nie mam już siły…

#ESOld

Kojarzycie takie napisy dla alergików pogrubionym drukiem na etykietach produktów? Często ratują one życie wielu ludzi. W moim przypadku i tak muszę uważnie czytać cały skład (nawet wody!) rzeczy, którą zamierzam kupić. Zakupy dla mnie są bardzo stresujące, długie i wielu łakoci muszę sobie odmawiać. Jest tak, ponieważ jestem uczulona na wiele substancji. Zawsze jestem wierna jednemu osiedlowemu sklepowi, którego właścicielkę już wcześniej znałam z widzenia.
Pewnego dnia podczas mojego buszowania w produktach Danusia (właścicielka) spytała mnie, co jest z tymi wszystkimi rzeczami nie tak. Opowiedziałam jej wtedy o moich alergiach. Po weekendzie znów wybrałam się na zakupy w tamto miejsce i nie mogłam wyjść z osłupienia. Każdy składnik, na który byłam uczulona, na każdym produkcie, był zakreślony rzucającym się w oczy żółtym flamastrem... Gdy to zobaczyłam, wzruszyłam się i mocno wyściskałam panią Danusię. Dziękuję Pani ślicznie! Tego nie da się opisać słowami! I... jak Pani to wszystko spamiętała? :) 

PS Mimo wszystko dalej dokładnie czytam etykiety, ale już z mniejszym strachem, że coś przeoczę. To samo z jedzeniem.

#V9hY1

Po zakończeniu wieloletniego związku pojawił się u mnie problem z alkoholem. Nie „zapijałam” samego faktu rozstania, to zaczęło się jakiś rok później, problemem był raczej nadmiar wolnego czasu. Niby nic nadzwyczajnego, raz czy dwa kupiłam sobie jakieś piwo smakowe, z czasem to stało się nawykiem, po pracy zawsze kupowałam sobie piwo „do telewizora” – w końcu jedno czy dwa słabe piwka to nic złego. Bardzo się myliłam. Z czasem to nie było jedno czy dwa piwa, ale trzy czy cztery. Na pierwszy rzut oka nikt by tego nie zauważył, zadbana kobieta przed trzydziestką, dobra praca, grono znajomych, ale tak stałam się alkoholiczką. Po ponad roku od pierwszego „piwka do telewizora” moją pierwszą myślą po wyjściu z pracy stało się kupienie alkoholu – mogło być wino, mogło być piwo, to nieważne, ważne, by miało procenty.
Moje życie wyglądało tak: po pracy szłam do pobliskiego sklepu, kupowałam alkohol, piłam do wieczora, rano łyknęłam jakąś tabletkę na ból głowy i tak codziennie od poniedziałku do piątku.

Prawdą jest to, że alkoholik zdaje sobie sprawę, że jest źle, dopiero wtedy, gdy sięga dna. W moim przypadku tym dniem był wyjazd do koleżanki na jej urodziny. 
Na samych urodzinach nie mogłam pić, bo pojechałam samochodem; gdy widziałam, jak inni popijają sobie piwo czy wino, wewnątrz dosłownie mnie skręcało. Z powrotem miałam do domu około 60 kilometrów, oczywiście miałam już „plan”, co będę robić po powrocie. Na pierwszej lepszej stacji paliw kupiłam sobie czteropak piwa, który zamierzałam wypić, gdy tylko wrócę do domu. Nawet tej drogi nie wytrzymałam, zajechałam na MOP przy drodze ekspresowej, wypiłam wszystkie piwa i zasnęłam w samochodzie. Następnego dnia obudziłam się na kacu gdzieś przy ekspresówce w zimnym samochodzie, zmarznięta na kość. Dopiero wtedy, trzeźwiejąc na tym MOP-ie, zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest źle – nie byłam w stanie przejechać kilkudziesięciu kilometrów samochodem, bo nałóg był silniejszy. Gdy wróciłam do domu, powiedziałam sobie dość, tak dalej być nie może. Następnego dnia zrobiłam sobie próby wątrobowe – tu kolejna czerwona lampka, wszystkie wyniki wyszły oczywiście źle. Postanowiłam: koniec z tym, tak nie może wyglądać moje życie. 
Nie poszłam do specjalisty czy na spotkania AA, sama próbuję zmierzyć się ze swoim nałogiem. Właśnie minęło pół roku od pamiętnej sytuacji z drogi ekspresowej, wtedy po raz ostatni napiłam się alkoholu. Moje życie wygląda inaczej, czuję się lepiej, wyniki się poprawiły, mam więcej energii, zaczęłam biegać, jeździć rowerem, lepiej wyglądam.

Nie jest łatwo, czasami jest chęć, by się napić, są trudne momenty, ale walczę i łatwo się nie poddam, nie chcę zmarnować sobie życia przez alkohol!

#jXWl6

Trzy miesiące temu miałem stłuczkę, nie z mojej winy, młoda kobieta jadąca za mną zagapiła się i lekko uderzyła w tył mojego pojazdu. Była to osiedlowa droga, prędkość była niska, nic wielkiego się nie stało – lekkie wgniecenia w obu samochodach i parę rys na lakierze. Ja jednak tego dnia byłem „nabuzowany” – miałem ciężki dzień w pracy i byłem dzień po pierwszej rozprawie rozwodowej. Nic mnie jednak nie tłumaczy, bo zachowałem się jak dupek. Zamiast na spokojnie spisać protokół do wypłaty z OC, zrobiłem tej kobiecie karczemną awanturę, wezwałem Policję, wypowiedziałem wiele przykrych i niepotrzebnych słów (mimo iż nie negowała, że jest sprawczynią stłuczki i przeprosiła). Dopiero w domu ochłonąłem i powiedziałem sam do siebie: „Chłopie, ale ty jesteś jełopem”. W końcu jednak od tej sytuacji minął, dzień, dwa, tydzień, kac moralny pomału minął i o swoim głupim zachowaniu zapomniałem.

Dwa tygodnie temu zacząłem odczuwać ból w brzuchu. Najpierw pomyślałem, że może coś zjadłem i się strułem, ale na kolejny dzień było tylko gorzej. Pojechałem na SOR, tam rozpoznanie: zapalenie wyrostka robaczkowego. Potrzebny będzie pobyt w szpitalu i operacja. Operacja odbyła się wieczorem, następnego dnia po wizycie przychodzi czas na wymianę opatrunków. Zostałem poproszony do gabinetu zabiegowego, by pielęgniarka opatrunkowa mogła wykonać swoje czynności. Wchodzę i aż mnie zamurowało. Od razu poznałem tę kobietę, kilka miesięcy wcześniej ona spowodowała stłuczkę, a ja wobec niej zachowałem się jak ostatni cham. Ona też pewnie mnie poznała, bo przyglądała mi się chwilę bez słowa i zaczerwieniła się na policzkach (pewnie ze złości). Mimo to zachowała się wobec mnie kulturalnie, zmieniła opatrunki, wyjaśniła, jak z raną postępować w domu. 
Po tym, co jej zrobiłem, mogła być dla mnie chamska i potraktować mnie z góry, ale tego nie zrobiła. Szkoda, że kilka miesięcy wcześniej ja nie potrafiłem opanować swoich emocji i zachować się tak jak ona.

#VAyDF

W szkole podstawowej miałam problemy z higieną. Mycie się było raczej „w kratkę”, czasem mi się chciało, czasem nie. Do łazienki to szłam właściwie posiedzieć na toalecie, poczytać etykiety detergentów i puszczać wodę, żeby się nikt nie zorientował. Do dzisiaj nie wiem dlaczego miałam z tym takie problemy. Mieliśmy normalną, czystą, w pełni wyposażoną łazienkę. Nikt mi nie żałował wody czy kosmetyków. Moi rodzice nie zauważali (albo nie chcieli zauważać). Kiedy raz na jakiś czas jednak mama mnie przyłapała na tym, że się nie umyłam, dostawałam wykład o tym, że brudasów w szkole nikt nie lubi i mam iść się umyć. Ale tak naprawdę nigdy ze mną o higienie nie rozmawiali. O potrzebie używania dezodorantu dowiedziałam się po jednej z lekcji WF-u, kiedy koleżanki zapytały, czy ja w ogóle używam dezodorantu, bo strasznie śmierdzę. Więc nieśmiało zapytałam mamę, czy może mi takie coś kupi. Jedna z dobrych koleżanek delikatnie przekazywała mi, że widać, że się nie umyłam. Do dziś podziwiam, że w tamtym okresie miałam koleżanki. Mama nigdy nie przekazała mi, jak poradzić sobie z okresem, a pierwszy dostałam, kiedy mama była akurat za granicą. Przestraszona, radziłam sobie jak mogłam, bez wiedzy, że mamy w domu takie coś jak podpaski. Pod koniec szkoły podstawowej na szczęście już o siebie dbałam, pewnie ze wstydu. 
Aktualnie mam prawie 30 lat. Pilnuję swojej higieny. Jednak do dziś jak tylko czuję, że jestem spocona, to cała moja uwaga skierowana jest na zastanawianie się, czy wszyscy wokół czują, że śmierdzę. Albo czy na pewno nie śmierdzi mi z ust, mimo że 10 minut temu myłam zęby.

#zovC9

Centrum Warszawy.
Właśnie byłam świadkiem, jak chłopiec ok. 4 lat władował się prosto na ulicę pod koła rozpędzonej taksówki. Na szczęście taksówkarz gwałtownie zahamował, więc nic się nie stało.

Jak się okazało, 20 metrów dalej mamuśka z wózkiem (z młodszym dzieckiem) stała z telefonem i nawet nie podniosła głowy! Zauważyła synka, dopiero jak do niej podbiegł...

Kobieto, gratulacje. Wygrałaś konkurs na Rodzica Roku, nawet o tym nie wiedząc.
Dodaj anonimowe wyznanie