#uHt2m

Byłam z pewnym chłopakiem prawie 3 lata, z czego lekko ponad 2 mieszkaliśmy razem. Na początku było miło, wzloty i upadki. Najgorsze jednak było jego lenistwo. Ale to co odje**ł w ciągu ostatniego czasu przechodzi wszelkie pojęcie.

Na początku września zaczął pracę w nowej firmie, z początku wszystko było OK. Ale później z coraz większą niechęcią chodził do pracy. A przez ostatnie półtora tygodnia października siedział na bezpłatnym urlopie. Powód? Dziewczyna (ja) miała wypadek samochodowy i w ciężkim stanie leży w śpiączce w szpitalu. On, biedny, musi się mną opiekować. Oczywiście żadnego wypadku nie było, a ja miałam się całkiem dobrze. 
I teraz hit – w poniedziałek rano dzwoni do mnie jego kierownik, pyta, jak się czuję itp. Po chwili rozmowy okazało się, że mój kochany chłopak napisał mu w niedzielę, że niestety zmarłam, potwierdzając to również później w rozmowie telefonicznej.

No cóż, uznałam, że skoro nie żyję, to przecież nie ma mnie w jego życiu. Wyprowadziłam się, zabierając praktycznie wszystko, co kupiłam do „naszego” mieszkania. On chyba jeszcze nie wie, ale stracił nie tylko dziewczynę, która była przy nim w najbardziej kryzysowych sytuacjach, ale pracy też już nie ma.

Tak że Panowie, Panie też: nie wymyślajcie takich głupot, bo możecie stracić więcej niż wam się wydaje.

#Kl0E8

Jest rok 1998. Osiedle w moim mieście to taka mała wiocha. Znajdują się na nim wyłącznie domki jednorodzinne, a ludzie mieszkają w nich od pokoleń. Siłą rzeczy wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, gapią się w podwórka, monitorują zakup nowych samochodów itd. Ogólne typowe „somsiady” z memów o nosalu Januszu.
Gwiazdą na naszej ulicy jest pani D. – kobietka w średnim wieku, żona ważnego pana. Sama nie jest ani specjalnie wykształcona, ani ambitna, za to mniemanie o sobie ma ogromne. Pod warstwą przemiłych uśmieszków kryje się jednak ogromny fałsz i typowa cebula. Nieustanie porównuje się do księżnej Diany (poważnie...), a jej głównym celem życiowym jest tzw. wizerunek – zawsze wystrojone dzieci, nieustanne udzielanie się w parafii, w radzie osiedla i puszczanie cichaczem plotek o niskim poziomie o innych mieszkańcach. Co roku w Wigilię chodzi po sąsiadach niby z życzeniami, a tak naprawdę pochwalić się, jakich to ona świąt nie urządza, jaka to bogata rodzina nie przyjedzie, jak to będzie kulturalne, światowo i luksusowo. Któregoś dnia piała nad tym, że przyjedzie do niej rodzina z zagranicy tuż po pasterce, pod kościół. Tu muszę dodać, że pasterka była na naszym osiedlu w latach 90. czymś w rodzaju rewii mody, szli wszyscy, więc pani D. celowo kazała przyjechać tej rodzinie nowymi samochodami pod kościół, aby mogła nieco poszpanować przed nami, biedakami.

W Wigilię 1998 roku mój starszy brat, wówczas 15-letni fanatyk Michaela Jacksona, przeżywał swój pierwszy bunt, a że był i jest raczej ciapowaty, to szczytem szaleństwa było podprowadzenie wódki wujkowi. Do północy był już nieco narąbany, czego o dziwo nie zauważyli rodzice, a on sam starał się wyglądać jak najbardziej trzeźwo i jeść majonezową sałatkę, jak mama nakazała. O północy, gdy szliśmy na pasterkę, brat zmieniał już kolory niczym kameleon. Szedł jednak sztywno jak żołnierz, obawiając się zdemaskowania. Cały kościół był już zapełniony, więc rozdzieliliśmy się od rodziców, którzy zostali na zewnątrz i stanęliśmy na samym końcu w mega tłoku. Nagle wchodzi pani D. Zawiedziona cmokała na babuszki, które zajęły miejsca przy ołtarzu, pozbawiając ją przy tym okazji do podlizania się proboszczowi. Wepchała się przed nami, potrącając przy tym mojego brata. On po chwili walki ze sobą nie wytrzymał i... narzygał jej wprost do kaptura eleganckiej kurteczki... O dziwo, nikt niczego nie zauważył, a ja biorąc za fraki brata, ewakuowałam się na zewnątrz do rodziców.

Po pasterce, wracając do domu, całe osiedle obserwowało wniebowziętą panią D., stojącą pod kościołem z rodziną z zagranicy. Zaczynała właśnie swój show, teatralnie się śmiejąc, zaczepiając ludzi i pilnując, żeby nikt z sąsiadów jej lansu nie przeoczył.
Po czym założyła kaptur...

Żodyn nie przeoczył. Żodyn.

#zyjhM

Zawsze myślałam, że przyjaźń przetrwa wszystko... Do czasu.

Zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną na początku szkoły średniej. Po mniej więcej roku powiedziała mi, że jest chora na stwardnienie rozsiane. Na początku byłam lekko przerażona, ale z każdym dniem szok ustępował miejsca silnej więzi, jaką jest przyjaźń. Zmieniłam swoje życie, poświęciłam je w dużej mierze mojej chorej przyjaciółce. Lekarze, rehabilitacja, konsultacje, leki, a do tego poukładanie jej kalendarza szkolnego. Prowadziłam w pewien sposób dwa życia. Skupiona na niej, rezygnowałam ze swojego prywatnego życia. Musiałam być dla niej na pełen etat. 
Wszystko zmieniło się, kiedy ona dostała się na studia, a ja musiałam zdawać egzamin komisyjny. Moja przyjaciółka przestała nią być od października, kiedy to ruszył pierwszy rok studiów, bo „teraz musi się uczyć i dawać radę na zajęciach”.
Podejrzewam, że po prostu znalazła kolejną naiwną osobę, która przeholuje ją przez czas studiów, jak ja przez szkołę średnią. Absolutnie nie mam jej niczego za złe, sama chciałam tej przyjaźni, ale dziś wiem, że zdecydowanie za dużo poświęciłam.

Życzę wszystkim prawdziwej przyjaźni, a nie holowania kogoś przez jego życie.

#oljpD

Rzecz wydarzyła się w Święta Wielkiej Nocy – po kilku miesiącach ochłonęłam na tyle, by sprawę opisać.

Mówi się wiele o pijanych kierowcach. Że to nieodpowiedzialne, że głupie. I wszystko to jest prawdą. Ale czasem nie tylko oni są winni.

Nie lubię tego całego świątecznego zgiełku – siedzenia przy stole, cioć i wujków, do których nie czuję sympatii. Ale sprawiam przyjemność rodzicom, więc twardo siedzę.
W tym roku spotkaliśmy się u ciotki. Był też jej syn – ojciec trzech córek, wszystkie przed komunią, małe brzdące jeszcze. Oczywiście nalewka wujka poszła w ruch, wszyscy się raczą. Kuzyn mówi, że nie, bo prowadzi. Jednego nie wypijesz? No napij się, jednego. Mój ojciec zwraca uwagę – nie namawiajcie, przecież będzie do domu wracał. Nie słuchają – przecież jeden to nic takiego.
Kuzyn pije jeden kieliszek. Po godzinie jeszcze jeden – no bo skoro jeden to nic takiego, to można dwa, dwa to też takie nic. Mówimy ciotce: namów ich, żeby zostali na noc, przecież twoje wnuki wiezie samochodem. Ale przecież to tylko jeden kieliszek...

Nie mam już trzech zdrowych bratanic, choć wszystkie przeżyły (w przeciwieństwie do kierowcy z drugiego auta). Jedna pewnie nie będzie już nigdy chodzić, jedna straciła oczko. Jedna póki co ma poważną traumę.
Kuzyn pewnie pójdzie siedzieć za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym.

Żona kuzyna obwinia moją ciotkę za namawianie.
Ciotka obwinia żonę kuzyna – że pozwoliła mu pić.
Mój tata obwinia siebie, że nie zabrał mu kluczyków.

A ja sobie myślę, że nie tylko pijący niesie śmierć. Ten kto na picie przyzwala też.

#Oxk5T

Pracuję w magazynie. Od ponad roku szef budował oczyszczalnię ścieków. Po zakończonej budowie szef zwrócił się do nas, że jeśli będzie coś się działo na oczyszczalni w nocy, mamy dzwonić do niego o każdej porze.
Byłem w pracy, akurat miałem nockę, było ciepło, drzwi od magazynu były otwarte na zewnątrz. Nic nie stało na przeszkodzie, aby puścić cichacza. Niestety cichacz okazał się także zabijaczem. Smród zgniłych jaj. Ja uciekłem z miejsca zbrodni na inny magazyn. Myślałem, że nikt nie poczuje.
Godzina druga w nocy, a tu na magazyn wchodzi szef i jego syn... Okazało się, że kierownik zgłosił szefostwu o smrodzie. Na drugi dzień została wezwana komisja od spraw środowiska, że nie może być, żeby śmierdziało. I na miesiąc oczyszczalnia została zamknięta aż do wyjaśnienia sprawy.

A wystarczyło się tylko przyznać...

#Nq7GB

Na początku tego roku napisałam wyznanie o tym, że leczyłam się masę lat w przeróżnych klinikach leczenia niepłodności. Nie zliczę przepłakanych przez to nocy, smutku, wizyt u psychologów i wspólnego ogarniania całej tej sytuacji z moim mężem. Jako osoba, która od zawsze miała wszystko od razu, tylko tego nie mogłam, śmiało stwierdzam, że był to najtrudniejszy okres w całym moim życiu.
Zmieniłam dietę, uregulowałam minerały i witaminy w organizmie, wdrożyłam inne ćwiczenia i ruch. W wakacje podeszliśmy do pierwszej procedury in vitro. Dla niewtajemniczonych, najpierw przez 12 dni robiłam trzy różne zastrzyki w brzuch/udo, żeby urosło mi jak najwięcej pęcherzyków z komórkami, później pobrano mi je i część z nich zapłodniono. Powstały nam cztery piękne zarodki najwyższej jakości.
Pierwszy transfer blastocysty, na który poszłam z nastawianiem, że się i tak nie uda, nie ma co się nastawiać na cud. Jednak cud się wydarzył. Udało się za pierwszym razem, właśnie kończymy pierwszy trymestr ciąży. Wszystko jest pięknie i kolorowo, męczą mnie ciążowe objawy, płód rozwija się prawidłowo.
Po pierwszym transferze poznałam dziewczynę, która tak samo jak ja była po pierwszej w życiu procedurze, nasze transfery dzieliło kilka dni. Jej również udało się za pierwszym razem. Rozmawiałyśmy o radości, która nas rozpierała, wysyłałyśmy sobie zdjęcia USG naszych embrionów i cieszyłyśmy się razem, wymieniając się doświadczeniami i odczuciami.
Ostatnio napisała do mnie, zapytała, jak tam u nas. Odpisałam, że fenomenalnie, akurat byłam po USG, serduszko biło jak dzwon, wielkość płodu zgadzała się co do dnia, wyniki krwi miałam świetne, aż dziwne, że tak dobre w ciąży.
Jej szczęście nie trwało długo, na drugim USG lekarz nie był w stanie uchwycić akcji serca. Powiedział jej, że to pewnie błąd aparatu i miała wrócić do niego za trzy dni. Wróciła. Ciąża obumarła. Odstawiła leki i czeka właśnie na poronienie. Jeśli sama się nie oczyści, czeka ją wizyta w szpitalu.
Zamurowało mnie, nie wiedziałam, co jej odpisać. Kilka dni wcześniej kupiła pierwsze ubranka, sama ją przekonywałam, że przecież jest w ciąży i jest małe ryzyko, że coś pójdzie nie tak. Niestety znalazła się w 15% ciąż, które zakończyły się zatrzymaniem akcji serca do 8 tygodnia.Rozmawiając z nią, czułam się winna tego, że nasza ciąża rozwija się prawidłowo, a ich przestała.

Nie jest to wyznanie ku pokrzepieniu, że po wielu latach porażek zawsze zdarza się cud. Życie pacjentów leczących niepłodność uczy pokory i przyjmowania różnego rodzaju bólu i cierpienia. 
Do wszystkich przechodzących przez to samo: trzymajcie się i dbajcie swoje zdrowie psychiczne. Do kochanych komentujących: nie jest tak, że twoje ciało nie nadaje się do bycia w ciąży, zazwyczaj da się to ogarnąć. A i adopcja dziecka nie jest remedium dla par z tym problemem.

#x1gep

Kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć od partnera, że szkoda mu pieniędzy na kwiaty dla mnie, bo zaraz zwiędną itp., a poza tym on przecież aż tyle nie zarabia, żeby jeszcze na kwiaty wydawać (może to nie dokładnie jego słowa, ale taki był ogólny sens wypowiedzi). Ostatnio pochwalił się, że kupił sobie nową grę i pada do PlayStation, które łącznie kosztowały ok. 500 zł.
Nawet nie wiecie, jak mi się zrobiło przykro, gdy to usłyszałam...

#GU1jP

Jestem z chłopakiem od ok. 2 lat, wkrótce mamy razem zamieszkać, a mnie coraz częściej nachodzą wątpliwości. Mam wrażenie, że jest innym człowiekiem niż ten, którego poznawałam.

Od początku naszej znajomości bardzo dużo opowiadał mi o swoich wyjazdach – a to był w Stanach, a to w Grecji, a to na rowerach przez Francję, na obozach w górach... Byłam pewna, że wreszcie spotkałam bratnią duszę, bo sama uwielbiam podróżować, poznawać nowe miejsca i kocham górskie wędrówki. Wreszcie znalazł się ktoś, kto ma podobne pasje!  Tymczasem przez cały ten czas, kiedy się znamy, byliśmy raz na tygodniowym wyjeździe i może trzy razy wyskoczyliśmy gdzieś w weekend. Zawsze gdy proponuję wycieczkę, słyszę wymówki: „Nie mam pieniędzy, nie lubię prowadzić na długich trasach, mogłaś powiedzieć wcześniej, bo teraz nie dostanę wolnego w pracy”. Nieważne, że proponuję wyjazd pociągiem, żeby nie musiał się męczyć za kierownicą (ja nie prowadzę), kasy też nie potrzeba nie wiadomo ile, żeby zorganizować fajny wyjazd. Zaczęłam z większym wyprzedzeniem mówić, że np. za miesiąc długi weekend i miło by było gdzieś wyskoczyć. W odpowiedzi słyszę: „No spoko, możemy jechać”, po czym znów kończy się tak samo. Co nie przeszkadza mu nadal opowiadać z tęsknotą w głosie o tych wspaniałych wojażach po Polsce i Europie sprzed kilku lat...  Zaczyna mnie to coraz bardziej wkurzać, bo kompletnie nie wiem, w czym jest problem. Jakakolwiek próba rozmowy kończy się jego irytacją i stwierdzeniem, że ile można mi powtarzać, że nie ma kasy, nie ma wolnego albo coś tam jeszcze.
Podobnie zaczęło to wyglądać z wyjściami na miasto, do kina itp. Wyciągnąć go gdzieś to prawdziwe święto. Najchętniej wolny dzień spędzałby na kanapie przed telewizorem. Jakiś czas temu przynajmniej wychodziliśmy wspólnie na jedzenie, teraz też coraz częściej woli zamawiać do domu. Z jednej strony staram się go zrozumieć, bo ma nieregularny grafik w pracy, rzadko zdarza mu się mieć cały weekend wolny – zwykle ma wolną niedzielę i jeden dzień w tygodniu. Rozumiem, że bywa zmęczony i ten jeden dzień nie zawsze wystarcza na odpoczynek. No ale bez przesady, ja też pracuję na pełny etat, nieraz po pracy czy w weekend załatwiam jeszcze sporo innych spraw i jakoś potrafię znaleźć chęci na pójście do muzeum, spacer po parku itp. Nie wymagam od niego spędzania w ten sposób czasu zawsze, gdy się widzimy, ale chyba jedną czy dwie niedziele w miesiącu mógłby poświęcić? Szczerze mówiąc, przez ostatnie dwa czy trzy miesiące aż odechciewa mi się do niego jeździć, kiedy wiem, że w perspektywie jest znowu cały dzień z Netflixem...
Niby wszystko jest okej, mamy wspólne tematy do rozmowy, podobne poczucie humoru, na sprawy łóżkowe też nie mogę narzekać, ale ten temat nie daje mi spokoju. Coraz trudniej mi wyobrazić sobie zamieszkanie razem, bo domyślam się, jak to będzie wyglądało.

#na4sa

Mam obecnie 35 lat, ostatni raz u dentysty to byłam bardzo dawno, nawet nie pamiętam kiedy, ale to były lata 2007-08. Powód niechodzenia do dentysty przez tak długi czas? Oczywiście jak się można domyśleć silna dentofobia, a to wynikało z tego, że ostatni raz wyszłam tam z silnym bólem. Teraz jak słyszę wiertło, to mnie dosłownie ściska od środka. Problem polega na tym, że chyba niechcący zraziłam swoją 11-letnią córkę do dentystów, gdzie niestety trzeba było podziałać wiertłem. Zapytała się mnie: „Mamo, czy będzie bolało?”, a ja nie wiedziałam właściwie co mam odpowiedzieć, bo nie chciałam skłamać dziecka co do lekarza, z którym nie mam dobrych wspomnień, więc odpowiedziałam, że nie powinno, ale niestety nie można tego całkowicie wykluczyć, bo jednak będzie wierciła, a zęby są silnie unerwione. Oczywiście nie taki był cel, żeby córkę wystraszyć, tylko przygotować ją na to, że po prostu ból u dentysty jest czymś naturalnym i po prostu nie chciałam, żeby w trakcie zabiegu była czymś zaskoczona. Problem polega na tym, że teraz bardzo ciężko u niej wykonać jakikolwiek zabieg, bo przed każdym pójściem ze mną do dentysty zaczyna robić cyrki w postaci płaczu, krzyku itp., a ja sama nie wiem co mam robić, bo jak tylko słyszę wiertło, to mnie dosłownie mdli i nie mam pojęcia, jak ją w takich chwilach uspokajać.

#HMSO9

Wierzę w miłość. Taką prawdziwą. Dlaczego? Opowiem Wam o moich dziadkach.

Dziadkowie podchodzą pod 80 i niestety mocno już podupadli na zdrowiu, zwłaszcza dziadek, który wymaga stałej opieki. Babcia, choć ledwo daje radę, z pomocą fizjoterapeuty i opiekunki (którzy regularnie przychodzą jej pomagać) oraz rodziny dalej dziadkiem się opiekuje. I bierze na siebie największą część obowiązków. Nie śpi w nocy, kiedy dziadkowi coś się dzieje. Chodzi z nim do lekarzy. Podaje leki, choć dziadek ma ich sporo, a lekarze też często je zmieniają. Robi zakupy. Sprząta. Przygotowuje śniadania i kolacje (obiady kupują, babcia nie jest w stanie gotować). I nieraz musi znosić charakter dziadka (jest niesamowicie uparty, a do tego zwykle nie docenia troski babci).

Gdyby go nie kochała, nie robiłaby tego.

Ostatnio babcia wylądowała w szpitalu. Szczęście w nieszczęściu, że wtedy u niej byliśmy (my tzn. ja i tata) i można było ją od razu zawieźć na SOR. Ja w tym czasie zostałam z dziadkiem, który martwił się o babcię. Babcia spędziła na SOR-ze cały dzień, wieczorem wyszła (pielęgniarki mówiły, że przez cały dzień mówiła o dziadku, że się martwiła). Kiedy tata ją przywiózł do domu, była bardzo słaba i do tego mało co jadła w ciągu dnia. Położyliśmy babcię na kanapie, potem tata poszedł jej przygotować coś do jedzenia, a ja jej podałam wody. Potem poszłam po dziadka (drzemał w drugim pokoju i zapewne nie usłyszał, jak wchodzimy, bo jest niedosłyszący) i powiedziałam, że babcia już wróciła, że może się z nią przywitać. Dziadek na tę informację niemal od razu wstał z kanapy (zwykle zajmuje mu to kilkadziesiąt sekund), podszedł do babci, pochylił się, pocałował ją, przytulił (na ogół rzadko to robi), a potem usiadł obok niej. Powiedział, że ją kocha. Potem odwrócił się w moją stronę i powiedział: „Wiesz, Kasiu? Kocham babcię”.

Dlatego wierzę w miłość. Mimo że może ta historia nie do końca to pokazuje. Jak na nich patrzę, to wiem, że się kochają. Mimo że nieraz się na siebie wkurzają i mają dość. To jest miłość.
Dodaj anonimowe wyznanie