Po przeczytaniu tuzina wyznań opisujących wykładowców, którzy w pomysłowy sposób wprowadzili poczucie humoru do swoich codziennych, nauczycielskich obowiązków, uznałem, że najwyższy czas opowiedzieć wam o profesorze filozofii, który wykładał na uczelni za moich studenckich czasów.
Filozofia, jak wiadomo, nie jest dla każdego. Niektórzy znajdą w niej pokłady życiowej mądrości, cała zaś reszta słusznie uzna ten przedmiot za wyżyny trudnej sztuki nudziarstwa. Na jednym z porannych wykładów pewien zmęczony kacem student siedzący w pierwszej ławce długo walczył ze snem, aż w końcu zaległ z nosem na ławce. Profesor nie zamierzał go budzić. Wziął krzesło i przemaszerował z nim aż pod tablicę, nad którą wisiał duży, wskazówkowy zegar. Wykładowca, stojąc na krześle, przesunął małą wskazówkę tak, że na tarczy nie widniała już godzina 10:30, a 17:30.
Zgarnął komórkę leżącą na ławce śpiocha i włożył ją do jego plecaka, który zarzucił sobie na ramię. Następnie na tablicy napisał kredą jebutny napis „Carpe diem!” i uciszając nas gestem przyłożonego do ust palca, kazał wyjść z sali. Zamknął ją na klucz i zaprowadził wszystkich studentów na dziedziniec. Była wiosna w pełnym rozkwicie, więc znacznie przyjemniej słuchało nam się wykładu pod grzejącym słońcem.
Po zakończeniu zajęć wszyscy wróciliśmy do sali, gdzie zastaliśmy spoconego, bladego jak ściana kolegę. Biedny był przekonany, że spał przez ostatnich 7 godzin... Profesor przejął się niekłamanym przerażeniem studenta i nie wstawił mu nieobecności na zajęciach. A i tak nasz przysypiający kumpel nigdy już skacowany nie przyszedł na wykład z filozofii.
Moja dziewczyna ma problemy z hormonami płciowymi i chociaż tabletki ładnie likwidują poważniejsze objawy, to nie zlikwidowały bujnego owłosienia.
Nóżki jak z dowcipu, „jak sarenka”, monobrew pieczołowicie wyskubywana, pojedyncze włoski w różnych dziwnych miejscach... A kiedy przyjdzie jej do głowy założyć sukienkę, goli nogi i pojawia się konflikt. Próbuję ją przekonać, żeby tego nie robiła, a ona patrzy na mnie krzywo, bo trudno mi tę zmianę (na szczęście niezbyt częstą) zaakceptować.
Tak, wielbię kłaczki.
Miesiąc przed ślubem rodzina narzeczonego mnie straszy, że jak się nie zgodzę na ich warunki (wybór kwiatów, auta itp.), to zrobią mi awanturę na weselu. Nie chcę, żeby przychodzili, ale z drugiej strony to najbliższa rodzina partnera. On sam jest w kropce. Pokłócił się ze wszystkimi, że nie mają prawa nam tak grozić, ale do nich nie dociera... Wszystkie siostry, brat i rodzice są przeciwko nam. Po prostu mam ochotę odwołać ślub i wesele, ale zaliczki popłacone, goście zaproszeni, suknia w szafie i szkoda mi tego wszystkiego... Z drugiej strony boję się awantury na własnym ślubie, płaczu i zażenowania przed moją rodziną i znajomymi. Moja mama mnie zachęca, żeby ich nie prosić, skoro mają się tak zachowywać, ale rozumiem rozterki partnera, bo to w końcu najbliżsi mu ludzie, których pomimo wszystko bardzo kocha.
Nie chcę się godzić na ich warunki, bo są śmieszne po prostu. Nie chcę się płaszczyć i robić tak, jak mi każą, bo jestem dorosła. Rodzice dołożyli nam do wesela i tu jest problem. Moi i jego dali po równo jako prezent ślubny (każdy dał tak po 25% kosztów całości wesela).
Moi rodzice są wspaniali, chcą żebyśmy byli zadowoleni, bo to nasz wspólny dzień, ale druga strona to masakra... Mam uszykowane w kopercie pieniądze, które nam dali i chcę im to oddać, ale partner twierdzi, że to jeszcze bardziej zaogni konflikt. Żałuję bardzo, że wzięliśmy te pieniądze, bo mieliśmy całość odłożoną, ale bardzo nalegali, chcieli dobrze, a przynajmniej tak nam się wydawało, że chcą dobrze. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw...
W razie czego, on stoi po naszej stronie i nie chce się uginać pod naciskiem rodziców, ale z drugiej ja naprawdę rozumiem jego rozterki, czy nie lepiej machnąć ręką i mieć spokój na własnym weselu.
Często mam wzdęcia, dlatego zawsze gdy czekam na autobus, lubię sobie pierdnąć. Tak na zapas, żeby w pracy nie było wstydu.
I oto pewnego dnia czekając na autobus, postanowiłam wydalić z siebie gazy. Patrzę – autobus, no to trzeba się streszczać. Udało się, ale niekoniecznie tak, jak chciałam.
Zesrałam się. Dupa mnie oszukała :(
O tym, że są różne rodzaje zauroczenia, dowiedziałem się parę lat temu.
W liceum poznałem Martę – mądra, ładna, zrównoważona. Zakochałem się. Zostaliśmy parą, mówiono, że pasujemy do siebie idealnie. Na studia wybraliśmy się do różnych miast, które były w bliskiej odległości od siebie, dlatego też mogliśmy się odwiedzać raz na tydzień. Na studiach poznałem wielu fajnych ludzi. Jednym z nich był Kuba, który stał się jednym z moich najbliższych przyjaciół. Na magisterce Kuba związał się z Nel i po prostu oszalał na jej punkcie. Była piękna, inteligenta, trochę ekscentryczna, trochę marzycielka. Początkowo traktowałem ją z dystansem, ale potem okazało się, że to super dziewczyna. Pamiętam, jak z pełnym zapałem Kuba opowiadał mi o niej, o ich spotkaniach, o tym, jaka jest wspaniała. Wierzyłem mu, aczkolwiek trochę mnie bawiło to jego pierwsze zakochanie, trochę czekałem, aż mu w końcu przejdzie i będą taką normalną parą.
Miesiące mijały, a ich „miesiąc miodowy” nie mijał. Kuba opowiadał, jak to Nel się nim opiekowała, gdy był chory, jak zawsze czeka na nią na dworcu z kwiatkiem, jak celebrują każdą rocznicę, jak piszą sobie sekretne wiadomości na murach miasta, jak uczą się razem nowych rzeczy, mają szalone marzenia. Dużo o tym myślałem i z pewną goryczą patrzyłem na mój stabilny związek. Z Martą nigdy nie mieliśmy szalonych planów, nie zaskakiwaliśmy się ręcznie robionymi prezentami, nigdy nie wyczekiwaliśmy na siebie na dworcu z kwiatami czy transparentem. Wszystko było takie stabilne, poprawne, dobre. Myślałem, że może życie nabierze koloru, gdy Marta ze mną zamieszka, ale tak się nie stało.
Nie wiem kiedy, ale w pewnym momencie złapałem się na tym, że jestem zafascynowany opowieściami Kuby i Nel o ich związku, ich relacją. Lubiłem na nich patrzeć, gdy są razem, lajkowałem ich zdjęcia na fejsie, na każdą opowieść czekałem jak na nowy odcinek serialu. Nie byłem zakochany ani w Nel, ani w Kubie, po prostu w ich związku – byli czymś, na co zawsze czekałem. Kiedy oznajmili, że wyjeżdżają za granicę, żeby w końcu spełnić swoje marzenia, byłem w szoku. Marta uznała, że są idiotami, bo rzucają dobrze płatną pracę dla jakiejś mrzonki, że jadą tak „na hurra” i że na pewno im się nie uda. To nam ma się udać w życiu, bo jesteśmy tacy poukładani.
Teraz minął rok od wyjazdu Kuby i Nel. Żyją szczęśliwie w mieście, o którym zawsze marzyli, znaleźli prace marzeń, biorą ślub. A my z Martą, cóż... Rozstaliśmy się w momencie kiedy zmieniłem pracę na taką, gdzie co prawda się mniej zarabia, ale moja satysfakcja jest dużo większa. Wykrzyczała mi, że to nieodpowiedzialne, że to fanaberia i powinienem zbierać na nasze wspólne życie. Tyle że ja tego naszego wspólnego życia jakoś nie widziałem. Wolę być sam niż żyć w poukładanym związku, gdzie wszystko jest „od do”.
Kocham chomiki. Mam ich ponad 8, każdy w osobnej klatce. Często przyjeżdżam do babci i czasem zabiorę któregoś z chomików, bo bez nich nie potrafię funkcjonować. Muszę choć raz dziennie przytulić tę puszystą słodkość.
Pewnego deszczowego dnia relaksowałam się wraz z moją kluską przy ciastkach i książce. Ja siedziałam na kanapie, a on na stole. Chomik chyba po mnie odziedziczył apetyt i pożarł całe chomicze ciasteczko. Ze zdziwieniem spojrzałam na niego, puściłam na ziemię, by spalił nadmiar tłuszczu i wróciłam do lektury. Po czasie do pokoju weszła babcia, a ja upomniałam ją, by uważała, gdzie stąpa, bo mój chomiczek jest na wolności. Ta ostrożnie, przystając na każdym kroku, by przypadkiem się nie zachwiać i nie nadepnąć na zwierza, podeszła do kanapy.
Warto wspomnieć, że babcia jest pedantką. Gdy z nią rozmawiasz, a ta wypatrzy okruszek, którego normalny człowiek nie zobaczy, już nie skupia się na rozmowie, tylko na tym jakże ważnym paprochu i tylko czeka, by go sprzątnąć.
Gdy babcia podeszła do mnie i spojrzała na stół, zobaczyła maleńki okruszek po ciastkach czekoladowych. Jak to zazwyczaj robi, wzięła go na palec i zjadła. Po chwili zorientowałam się, że to wcale nie był okruch, tylko chomiczy bobek, który rzeczywiście przypomina czekoladę... Zerknęłam ze strachem na babcię, a ta lekko się skrzywiła i mruknęła coś w stylu, że teraz nie robią już takich dobrych czekolad jak kiedyś. Wolałam już jej nie tłumaczyć, że to wcale nie była czekolada... Lepiej, by dalej żyła z myślą, że nie skosztuje już takich czekoladowych pyszności jak za jej czasów.
Chyba jedynym plusem tej historii jest to, że dzięki mojemu chomikowi teraz schudnę, bo już nie tknę czekoladowych ciastek.
Grałam przez dłuższy czas w pewną gierkę, w której był m.in. system ślubów – dodatkowe misje i nagrody, gracze zrozumieją.
Poznałam tam naprawdę fajnego gościa, z którym byłam „w związku małżeńskim”. On miał 24 lata, ja 22. Rozmawialiśmy na grze godzinami, mówiliśmy do siebie per „kochanie”. Wszystko pięknie i cudownie. Postanowiliśmy się spotkać, miał do mnie przyjechać (300 km).
Jakież było moje zdziwienie, gdy otwierając mojemu gościowi drzwi, zobaczyłam... kobietę. Zaniemówiłam i stałam dobre 15 minut, wpatrując się jak cielę w obrazek (to uczucie, kiedy chłopak marzeń ma większy biust od ciebie). W końcu zdecydowałam się wpuścić biedną duszyczkę, wyglądała, jakby miała się rozpłakać, co zresztą po chwili zrobiła.
Podobno udawała mężczyznę, bo miała dość napalonych gości, jakich niestety na grach niemało. Już na początku znajomości chciała mi powiedzieć, ale coś ją powstrzymało. Dowiedziałam się również, że gdy jej szef dowiedział się, że nie jest ona hetero, zwolnił ją, tak że od dłuższego czasu nie ma pracy, pieniędzy i miejsca, gdzie mogłaby się podziać...
Jeśli chodzi o grę – resztki oszczędności wydawała w kafejkach internetowych, aby móc ze mną pisać.
Wzruszyłam się. Pomyślałam, że nawet jeśli zamiast księcia na białym koniu pod mój dom zajechałby stary pryk na wole, wciąż kochałabym go za osobowość.
Mieszkamy razem od dokładnie miesiąca, jestem po uszy zakochana w moim Marcelinie, z wzajemnością. Niedługo idzie na rozmowę o pracę w niewielkiej firmie. Trzymajcie kciuki :)
Urodziłam się druga w kolejności (mam kilkoro rodzeństwa). Od najmłodszych lat czułam dystans mojej mamy do mnie. Reszta rodzeństwa była w porządku, tylko ja nie. Co bym nie zrobiła, zawsze było źle (w najlepszym wypadku neutralnie).
Jako pierwsza z rodziny miałam osiągnięcia sportowe (siatkówka, koszykówka, piłka ręczna). To wszystko dzięki mojemu tacie. On zawsze mnie wspierał. Naciskał na to, żebym mogła rozwijać swoje pasje (głównie sport), bo jako jedyny rozumiał, że spełniam się w tym i robię to, co kocham... Załamałam się w momencie gdy trener oświadczył, że klub zbankrutował. Dosłownie świat mi się zawalił. Jedyna moja oaza spokoju została zlikwidowana. Moja mama stwierdziła, że to pewnie przez takie beztalencia jak ja klub musi zostać zlikwidowany (pomimo tego, że trener mnie zawsze chwalił, ona i tak wiedziała lepiej)... Odkąd pamiętam zawsze byłam tą złą. Nieważne co się działo, zawsze wina leżała po mojej stronie (to nie ma znaczenia, czyja wina, przecież mamy kozła ofiarnego pod ręką). Gdy mój obecny mąż mi się oświadczył, zamiast gratulacji usłyszałam: „Mam nadzieję, że wiesz, co robisz”...
Wszystko zmieniło się, gdy urodziły się moje dzieci. Nagle moja mama stała się wzorową mamą (dla mnie) i wzorową babcią (dla wnuków).
Cieszę się, że moje dzieci czują się kochane przez babcię.... Ale ja mam nadal żal i dystans.
Zawsze gdy idę do kogoś w gości, to ubieram białe skarpetki, żeby zobaczyć, czy inni też mają w domu taki syf jak ja.
Krótko i treściwie:
Mam paznokcie, które jestem w stanie sobie obciąć tylko wielkimi i twardymi nożycami kuchennymi. Wszystkie nożyczki do paznokci, obcinaczki nic nie dają. Paznokcie się wyginają, ale nie łamią.
Nie polecam.
Dodaj anonimowe wyznanie