Anonimowo, bo wstyd się przyznać do tego, jak jestem traktowana. Wie o tym tylko mój mąż.
Pięć lat temu wyszłam za mąż, niestety z braku pieniędzy zdecydowaliśmy się tyko na ślub cywilny. Jeszcze przed ślubem teściowa dawała mi znaki, że mnie nie lubi, grzebała w moich rzeczach, sprawdzała mój telefon, czytała SMS-y i podsłuchiwała moje rozmowy z mężem czy też przez telefon. Przez tę babę jestem wrakiem człowieka. Opowiadała ludziom niestworzone rzeczy na mnie. Było też:
– chowanie naszemu dziecku smoczków (robiła to tylko i wyłącznie po złości, bo wtedy mały płakał i nie mógł zasnąć bez smoczka, miał wtedy pół roku)
– uczenie dziecka na siłę chodzenia, co skończyło się rozciętymi ustami, bo wg niej najlepiej dziecko puścić i samo się nauczy chodzić
– podbieranie moich rzeczy (kosmetyki)
– oszukiwanie na pieniądzach (w rachunkach, które płaciliśmy na pół)
– wyłączanie mi światła (np. ona gdzieś jechała i wyłączała gdzieś w liczniku (chyba) mi prąd, włączała, kiedy jej się podobało)
– niszczenie moich rzeczy (łamanie kwiatów, porysowanie samochodu)
– zakręcanie wody
– kradzież moich rzeczy (ukradła mi dwa telefony, nie przyznała się, ale ja widziałam, jak to robiła).
Byłam głupią dziewuchą, która sobie na to pozwalała i jej to wybaczała, więc ona robiła, co jej się żywnie podobało. Najgorsze było nastawianie męża przeciwko mnie, a on dawał sobą manipulować! Nie chciał wierzyć, że jego kochana mamusia źle mnie traktuje. Ale się doigrała.
Ostatnio powiedziała, że jestem szmatą, która dawała każdemu (przed mężem miałam tylko jednego partnera, mąż jest drugim i ostatnim), zwyzywała mnie od najgorszych, zmieszała z błotem. Poczułam się jak śmieć. Jednak miała pecha, bo akurat rozmawiałam z mężem na Messengerze i pierwszy raz świadkiem takiej sytuacji był mój mąż. Po tylu latach męki w końcu mąż zobaczył i uwierzył mi, a nie jej, w końcu jest za mną. I wiecie co? Nie będę się mścić, wystarczy, że będę szczęśliwa, bo to ją najbardziej boli, moje szczęście :)
PS Jeszcze rok i w końcu się stąd wyprowadzimy.
Ostatnio obudziłem się bardzo przejęty tym, że nie zdam do następnej klasy. Siedziałem tak jeszcze na łóżku z 10 minut i myślałem co tu zrobić, by zdać.
Potem uświadomiłem sobie, że mam 25 lat i jak nie zacznę się zbierać, to spóźnię się do pracy :D
Wyjechałam na wakacje do Albanii. Na plaży było mnóstwo ludzi i mnóstwo porozkładanych parasoli.
Siedziałam pod jednym z nich, morze pięknie szumiało, słuchać było wszędzie krzyki dzieci, gdy nagle nadleciała osa. Nic wielkiego. I druga. I trzecia.
Spojrzałam w górę. Pod parasolem było gniazdo os, którego wcześniej nie zauważyłam. Parę na mnie zleciało i zaczęłam skakać i machać rękami nad sobą.
Nagle słyszę dwóch przechodzących Polaków: „Patrzcie! To są te ich tańce, tych Albańczyków, ciekawe jak ten sposób tańczenia się nazywa”.
Czyli wszystkie ruchy wykonuję z gracją. :)
To było dawno już temu. Miałem wówczas 23 lata i zero hamulców w melanżowaniu. Spędzałem wakacje w takiej malutkiej, mazurskiej wiosce, gdzie psy dupami szczekają, a komary formują związki zawodowe. Spaliśmy w domkach kempingowych położonych przy samym lesie. Dużym, gęstym, strasznym lesie. Impreza trwała w najlepsze, gdy ja postanowiłem odcedzić kartofelki. Poszedłem więc w stronę wspomnianej kniei. Kiedy już załatwiłem swoją potrzebę, wpadłem na głupi pomysł krajoznawczej wycieczki po gęstwinie. Animuszu dodała mi butelczyna z samogonem, którą ściskałem w dłoni. Prosto, w lewo, w prawo, prosto, w lewo... Po kilkunastu minutach znudziła mi się cała ta leśna podróż. Z trwogą odkryłem też, że bateria w moim telefonie ma zamiar paść i za chwilę jedynym źródłem światła będzie moja promieniująca głupota. Ruszyłem w drogę powrotną. Prosto, w lewo, yyy... w lewo, yyy... prosto? Pyk! Komórka zdechła. Zapanowały ciemności. I to takie mazurskie, czyli najgorsze z możliwych. Przez dobrą godzinę kluczyłem po lesie, wpadałem na drzewa, potykałem się o jakieś chęchy, lądowałem w bagnach, a raz nawet wpierdzieliłem się do jakiejś borsuczej nory. Poddałem się. Utytłany, pokiereszowany, z pustą butelką w dłoni, przysiadłem na jakimś spróchniałym konarze, aby zapłakać nad swym losem rozpaczliwie. I wtedy, gdzieś tam z daleka, doszły mnie słowa, których autorem mogło być chyba tylko jakiś mądre, leśne bóstwo: „♫ Życie to są chwile, chwile...Tak ulotne, jak motyle...
A zegar daje znak, nie zatrzymasz go i tak... ♫”. Mało nie połamałem sobie kończyn, biegnąc w stronę tego anielskiego głosu. Wydostałem się z puszczy, wpadając wprost na drewniane ogrodzenie posesji jakiegoś chłopa, co to razem ze szwagrem rozkręcał właśnie domówkę w rytmie zespołu Akcent. Wiedziałem już gdzie jestem i pięć minut później, dziękując Zenonowi Martyniukowi, wróciłem w glorii i chwale do moich przyjaciół. Ci nawet nie zauważyli mojej absencji, bo pogrążeni byli w rozkoszowaniu się lokalnymi delicjami o mocy paliwa rakietowego.
Do dziś rugam każdego, kto krytykuje Zenka. Gdyby nie jego aksamitny głos, skonałbym gdzieś pomiędzy łopianem a modrzewiem europejskim. Zenek Martyniuk uratował mi życie!
Ciąża przebiegała planowo, wszystkie badania wychodziły dobrze. Miałam mieć syna, marzenie... Miałam.
Na kilka dni przed planowanym terminem porodu mojemu szczęściu zatrzymało się serduszko. Z niewyjaśnionych do dziś przyczyn.
Oczywiście musiałam go normalnie urodzić. Kilka godzin męczarni, a w zamian cisza. Pierwszy i ostatni raz mój syn w moich ramionach, szybki chrzest i w karton... Tak po prostu.
Potem pogrzeb i myśli do końca życia – co by było, gdyby...
Dbajcie o siebie. Jeśli wydaje Wam się, że w ciąży możecie przenosić góry – macie rację, wydaje Wam się...
Jakiś czas temu pracowałem w znanej i szanowanej restauracji (na tzw.„ogródku”, nie w środku), słynącej ze świeżo warzonego piwa, w jednym z większych miast w Polsce. Naprawdę, do tego czasu wierzyłem, że w takich miejscach zachowuje się jakiś poziom czystości i poszanowania klientów, którzy za piwo muszą dać więcej niż 20 zł. Nic bardziej mylnego.
1. Mycie szklanek – OK, powszechnie wiadomo, że w żadnej knajpie nie są one dezynfekowane, ALE przychodziło do nas mnóstwo panów żuli, którzy gdy tylko ktoś odszedł od stolika, zostawiając resztkę piwa, podbiegali i dopijali złoty trunek. Szklanki przepłukiwaliśmy w zimnej wodzie i od razu dawaliśmy je barmanom.
2. Frytki, pierogi – pyszne. Smażone w tej samej frytkownicy, w której olej był wymieniany... nie wiem co ile, bo jak przyszedłem do pracy, to był dwutygodniowy, a gdy skończyłem pracę po dwóch miesiącach, nadal nikt go nie wymienił.
3. Sosy do pierogów? Nakładane przez Halinę z kuchni, która nie myła rąk po wizycie w toalecie.
4. Kuchnia – szef kuchni (he, he), który wiecznie chodził napity. Zresztą jak cała załoga. Chodzili boso. To znaczy w klapkach. Nie chcielibyście zobaczyć ich stóp. Wyglądały jak stopy Jezusa... niestety nie wtedy, gdy chodził po wodzie.
Do tego dochodził mobbing i złe traktowanie pracowników. Na szczęście znalazłem coś innego i pracę zmieniłem.
PS Byłem z tym w sanepidzie, ale z tego co wiem, jeszcze tam nie zawitali.
O pewnych granicach i hipokryzji.
W moim rodzinnym domu nigdy nie było przesadnie posprzątane, a ja sama należałam do grona bałaganiarzy. Zmieniło się to dla mnie, odkąd przez rok jako au pair za granicą mieszkałam w domu bardzo poukładanym, a dodatkowo dorabiałam sobie, sprzątając domy na okolicznym osiedlu. Polubiłam sprzątanie :) Teraz mieszkam we własnym domu i już przy budowie zwracałam uwagę na materiały wykończeniowe, żeby było łatwiej utrzymać czystość, a urządzając wnętrze, zadbałam o wystarczającą ilość szaf i schowków, coby rzeczy miały swoje miejsce. Uważam, że mam w domu porządek i generalnie jest czysto (nie pedantycznie, ale OK).
Mam znajomą, która jest chodzącą bazą wiedzy o wszystkich i wszystkim, do tego jest najmądrzejsza, jeśli chodzi o to, jak domostwo powinno wyglądać. Znajomość toczyła się w kuluarach mojego domu tudzież na mieście i dopiero niedawno miałam okazję odwiedzić, dajmy na to Alę, w jej własnym domu – nie ukrywam, że byłam ciekawa, bo miała ona w zwyczaju komentować moje wybory co do mebli czy sprzętu i „strzelać oczami” po kątach – sprawiała czasem wrażenie, jak gdyby miała założyć białą rękawiczkę :D Pewnie się już domyślacie, że doznałam szoku w trakcie odwiedzin. Staram się nie oceniać nikogo, ale nie wiem, czy udało mi się utrzymać neutralny wyraz twarzy. W kuchni rozgardiasz na maksa i blaty wyglądające, jakby wołały o ścierkę, walające się papierki po słodyczach i gnijące owoce w koszyku dopełniały obrazu. W pokoju/salonie kurz, okruchy i lustro, w którym nie było już nic widać, a przechodząc do łazienki, miałam okazję zobaczyć sypialnię, w której były tylko ciuchy, za to były wszędzie – i to wysypujące się z szafy, i na stosach na meblach, z łóżkiem włącznie. Łazienka sprawiła, że miałam ochotę założyć rękawiczki i zacząć sprzątać. Nie posiedziałam za długo na tej kawie, bo mi było najzwyczajniej w świecie nieprzyjemnie tam być.
Ja rozumiem, że można mieć bałagan i nie wszystko musi lśnić czystością, ale ten dom wyglądał, jakby nie sprzątano w nim od miesięcy, poza pobieżnym usunięciem nadmiaru śmieci, a właścicielka słynie z moralizowania i stawia się na piedestale jako Perfekcyjna Pani Domu. Nie wiem, czy inne znajome miały wątpliwą przyjemność odwiedzin u Ali, ale jakoś mnie nie dziwi, że spotkania są zazwyczaj poza jej domem... Ale pewności nie mam, że wiedzą, bo przyjmują przechwałki i krytykę swoich domów z uśmiechem – pytanie, czy sarkastycznym, jaki ja przyjmuję teraz, czy jednak wynikającym z niewiedzy. Kusi wetknąć kij w mrowisko i rozpocząć temat, ale chyba pozostawię swoje zdanie tylko na anonimowych ;)
Znacie to uczucie, kiedy wasz pokój zakłócony zostanie przez złowrogi bulgot w brzuchu? Mi taka sytuacja zdarzyła się, kiedy byłem za granicą. Spałem wtedy w chacie mojego kumpla. Miałem do niej klucze, więc o każdej porze dnia i nocy mogłem wrócić do mojego tymczasowego lokum. Ból brzucha złapał mnie na plaży, jakąś godzinę drogi od domu. Szybka ocena sytuacji nie zwiastowała niczego dobrego. To ewidentnie oznaka nadciągającej biegunki, a ubikacji w zasięgu wzroku nie było. Spiąłem więc dolną część ciała i poszedłem szukać taksówki. Już wkrótce stałem w korku, a miły pan kierowca zasypywał mnie gradem pytań, na które z wielkim wysiłkiem odpowiadałem. Czułem coraz większe parcie, a kropelki zimnego potu oblepiały mi czoło. Problemem był też fakt, że nie do końca pamiętałem adres miejsca docelowego, więc poprosiłem taksówkarza, żeby wysadził mnie na jednej z ulic w tej samej dzielnicy, gdzie spałem. Następne 40 minut biegałem po uliczkach, pojękując cichutko, a każdy krok coraz bardziej zbliżał mnie do nieuchronnej erupcji. Było mi tak bardzo źle, że co kilka metrów musiałem przykucnąć i zwinąć się w kulkę, aby przetrzymać falę napierającą na mój odwłok. Miałem dreszcze i pociłem się jak grubas po przebiegnięciu maratonu.
W końcu udało się – znalazłem dom kumpla. Niczym huragan wpadłem do klatki schodowej i po chwili stałem już przed drzwiami mieszkania.
I wtedy zaczął się prawdziwy koszmar. Wyjąłem z kieszeni pęk kilkunastu kluczy. Za ich pomocą musiałem otworzyć dwie pary drzwi, w których to znajdowała się niezliczona ilość zamków. Część kluczy służyła do otwierania komórki, piwnicy, kłódki od roweru, skrzynki na listy oraz suszarni położonej na ostatnim piętrze. Za Chiny nie miałem pojęcia, które klucze pasują do których zamków. Dwadzieścia minut spędziłem na, przerywanej konwulsjami, walce z tym nieludzkim wyzwaniem. Otworzyłem dwa zamki i nawet nie dostałem się do drugich drzwi. Presja była już zbyt mocna. W ostatnim odruchu desperacji chwyciłem doniczkę, która stała na parapecie w korytarzu, szybkim ruchem wysypałem jej zawartość, czyli ziemię i kwiatek, a następnie ordynarnie wepchnąwszy w donicę swój zad wypełniłem ją zawartością moich kiszek. To było straszne.
I kiedy tak siedziałem na tej przeklętej doniczce i ciskany torsjami robiłem swoje, drzwi mieszkania otworzyły się i moim załzawionym oczom ukazała się głowa mojego kumpla. Spojrzał na mnie zdegustowany i zapytał: „Co ty, kur#a, robisz?”.
Przez cały czas mojej nierównej walki z drzwiami i desperackimi próbami niepopuszczenia w spodnie, mój przyjaciel był w domu. Siedział w drugim pokoju i jak sam powiedział miał wrażenie, że coś słyszał, ale nie chciało mu się ruszyć dupy sprzed komputera. Dopiero po jakimś czasie uznał, że warto by było jednak zobaczyć, czy listonosz nie puka...
Po przeczytaniu tuzina wyznań opisujących wykładowców, którzy w pomysłowy sposób wprowadzili poczucie humoru do swoich codziennych, nauczycielskich obowiązków, uznałem, że najwyższy czas opowiedzieć wam o profesorze filozofii, który wykładał na uczelni za moich studenckich czasów.
Filozofia, jak wiadomo, nie jest dla każdego. Niektórzy znajdą w niej pokłady życiowej mądrości, cała zaś reszta słusznie uzna ten przedmiot za wyżyny trudnej sztuki nudziarstwa. Na jednym z porannych wykładów pewien zmęczony kacem student siedzący w pierwszej ławce długo walczył ze snem, aż w końcu zaległ z nosem na ławce. Profesor nie zamierzał go budzić. Wziął krzesło i przemaszerował z nim aż pod tablicę, nad którą wisiał duży, wskazówkowy zegar. Wykładowca, stojąc na krześle, przesunął małą wskazówkę tak, że na tarczy nie widniała już godzina 10:30, a 17:30.
Zgarnął komórkę leżącą na ławce śpiocha i włożył ją do jego plecaka, który zarzucił sobie na ramię. Następnie na tablicy napisał kredą jebutny napis „Carpe diem!” i uciszając nas gestem przyłożonego do ust palca, kazał wyjść z sali. Zamknął ją na klucz i zaprowadził wszystkich studentów na dziedziniec. Była wiosna w pełnym rozkwicie, więc znacznie przyjemniej słuchało nam się wykładu pod grzejącym słońcem.
Po zakończeniu zajęć wszyscy wróciliśmy do sali, gdzie zastaliśmy spoconego, bladego jak ściana kolegę. Biedny był przekonany, że spał przez ostatnich 7 godzin... Profesor przejął się niekłamanym przerażeniem studenta i nie wstawił mu nieobecności na zajęciach. A i tak nasz przysypiający kumpel nigdy już skacowany nie przyszedł na wykład z filozofii.
Moja dziewczyna ma problemy z hormonami płciowymi i chociaż tabletki ładnie likwidują poważniejsze objawy, to nie zlikwidowały bujnego owłosienia.
Nóżki jak z dowcipu, „jak sarenka”, monobrew pieczołowicie wyskubywana, pojedyncze włoski w różnych dziwnych miejscach... A kiedy przyjdzie jej do głowy założyć sukienkę, goli nogi i pojawia się konflikt. Próbuję ją przekonać, żeby tego nie robiła, a ona patrzy na mnie krzywo, bo trudno mi tę zmianę (na szczęście niezbyt częstą) zaakceptować.
Tak, wielbię kłaczki.
Dodaj anonimowe wyznanie