#WmUjB

Gdy moja córka się urodziła, to byłam zdeterminowana, aby karmić ją piersią. Między 4-10 miesiącem jej życia budziła się często co 45 min. Gdy męża nie było, byłam w takim amoku, że bałam się wyjść do toalety w nocy na siku i miałam takie wiadro, w które robiłam w nocy siku, modląc się, aby małej nie obudzić. Do dzisiaj wspominam ten okres jako nierealny.

#sWmCK

Noszę zarost i nie przepadam za goleniem się. Zazwyczaj golę się, dopiero gdy wysuwając dolną szczękę do przodu, jestem w stanie językiem wsadzić włos z wąsa do ust, a ustawiwszy szczęki w normalnej pozycji, złapać go zębami i wyrwać. Jest to mniej więcej ten sam etap, gdzie komfort jedzenia spada ze względu na minimalnie zbyt długie wąsy, które zahaczają o górną wargę.

#00LCQ

Wyobraźcie sobie maleńką, uroczą dziewczynkę, która jest zauroczona najmniejszym nawet żyjątkiem. Łapie mrówki na chodniku, choć sama ledwo umie chodzić, chroni ślimaki przed rozdeptaniem, puszcza biedronki, wyciągając rękę i paluszki wysoko do góry.
Dziewczynka ta jest wychowywana w surowym, zimnym domu, bez uczuć. Nie zna przytulania i głaskania, szeptania do ucha KOCHAM CIĘ.

W wieku 9 lat odbiera maleńką myszkę łobuzowi klasowemu, który chce ją skrzywdzić. Przynosi ją do domu i obserwuje, piękny malutki nosek, wąsy wiecznie w ruchu, ogonek, podobno łysy i okropny, a wcale nie jest taki. Głaszcze jedwabiste uszka i delikatną białą sierść. Czas mija, a mała myszka o szkarłatnych oczkach rośnie i rośnie, a przecież myszki nie są takie duże? Czy to szczurek? Przecież one są złe! Roznoszą choroby, mają truciznę w ogonach! I ciotka Halina mówiła, że komuś szczur pół łydki odgryzł! Ale jak to? Moja malutka nikogo nigdy nie ugryzła, za to liże mnie często po uchu albo smyra wąsami w szyję, śpi w kieszeni lub w poszewce poduszki i z tą trucizną też nieprawda. Jest jedyną, do której mogę się przytulić, nie wyśmieje mnie. Robię jej domki, plac zabaw, mama nie ma czasu się ze mną bawić, albo ochoty. Taty nigdy nie ma, a jak jest, to wyśmiewa, obraża, ignoruje lub zagania wiecznie do nauki, bo to najważniejsze.

Jest za to ona, puchata kuleczka, która żyje już bardzo długo i podupada na zdrowiu. Trzeba jechać do weterynarza, pomóc jej, bo muszę ją podtrzymywać przy jedzeniu, inaczej się przewraca. Mówię o tym ojcu, weterynarz daleko, trzeba mnie zawieźć. Jestem tam sama, ojciec czeka w aucie, szkoda mu czasu na takie pierdoły, przed diagnozą rzuca mi 20 zł na uśpienie. Miła pani doktor mówi mi, że malutka się męczy, trzeba dać zastrzyk i pójdzie w lepsze miejsce, zaczynam płakać, wybiegam z gabinetu, zostawiając małą w środku. Wsiadam do auta, orientuję się, że mam dwie dychy w kieszeni i nie zapłaciłam u weterynarza. Mówię o tym ojcu, który rzecze do mnie tak: jeszcze rozumiem płakać po psie, ale po myszy? Nie dałaś pieniędzy, to wyje*ali to do kosza na śmieci.

Nic dodać, moje dzieciństwo.

#b6Zpj

Moja mama i jej przyjaciółka znają się od 4 klasy podstawówki. Wszyscy domyślacie się, jakie to było szczęście, kiedy urodziłem się ja, a przyjaciółce mamy dwa lata później urodziła się Paula. Wiadomo czemu – swatanie. OK, z Paulą tworzyliśmy super związek w przedszkolu, w trzylatkach. To super dziewczyna, ale po takim czasie jest dla mnie jak siostra, zresztą ona też tak myśli.

Aktualnie od jakiegoś czasu jestem w związku z Michaliną, a moja mama i ciotka nienawidzą mojej wybranki i dalej planują wesele dla mnie i dla Pauli i cieszą się jak dzieci, że „będą rodziną”. Najbardziej lubią robić to przy Michalinie, która oczywiście zabija mnie laserami z oczu i wiecznie wysłuchuje, jak blisko z Paulą muszę być, że moja mama ją tak lubi itp.

Już nie wytrzymuję.
Do czasu było to śmieszne, ale do mojej matki, dorosłej kobiety, wciąż nic nie dociera.
Po ostatnim naszym spotkaniu, na którym moja matka i ciotka pokazywały Pauli katalog z sukniami, Miśka nie odzywa się do mnie prawie dwa tygodnie :/

#SiwpD

Mam dziecko niespełna 1,5 roku. Mam też teściów, którzy uwielbiają swoje wnuki. Niby super, gdyby nie to, że wg nich dziadkowie są od rozpieszczania, a rodzice od wychowywania. W praktyce oznacza to uczenie dziecka tupać nogą na psa, bo przeszkadza, podsuwanie miliona zabawek naraz, bo jest za spokojne (potrafi się po prostu chwilę sam pobawić), bicie babci pilotem po głowie – babcia się śmieje, pozwalanie na zrzucanie kubków z szafek (na rękach u dziadków, bo samo nie sięgnie) – no bo chciało, dawanie rocznemu dziecku chipsów i batoników, zachęcanie do poznawania gniazdek elektrycznych, a jak rodzice przy dziadkach czegoś zabraniają, to lecą teksty: „niedobry tata/mama”, „głupi rodzice” i inne tego typu kwiatki. 
I jeszcze pretensje do nas, że na nic mu nie pozwalamy... Do tego opowieści o moim mężu, że w szkole był okropny – kopał nauczycielki, bił wszystkich, ADHD. No kurrr... Żadnej refleksji.

Tłumaczenie dziadkom nie ma kompletnie sensu, oni muszą wnuczkowi wszystko pokazać. 

Skończyło się tym, że kontakty z dziadkami ograniczamy. Obecnie nie zostaje już nigdy sam pod opieką tych dziadków (drudzy są daleko, ale mają normalniejsze podejście). A mój mąż wkurza się jeszcze bardziej na swoich rodziców niż ja.

#boi1y

Kiedy byłam w liceum, lekcje matematyki odbywały się w sali, przez którą przechodziło się do następnej, „multimedialnej”, do nauki języków obcych, w której w tym czasie nie było zajęć.

Pewnego dnia mieliśmy opracowywać na lekcji zadania z ostatniego sprawdzianu. Tak się akurat zdarzyło, że moja przyjaciółka nie pisała go z powodu choroby, więc została wysłana do tej dalszej sali celem napisania go. Jako że orłem matematyki to ona nie była i mogło jej nawet grozić niezaliczenie przedmiotu, martwiłam się o to, jak jej pójdzie.
Gdy zadzwonił dzwonek, jeden z uczniów od razu wystrzelił, by otworzyć drzwi i korzystać z przerwy i w tym momencie do sali wtoczyła się fala uczniów z klasy wyższej, bo mieli oni mieć po nas zajęcia. Korzystając z zamieszania, prześlizgnęłam się do drugiej sali, by jakoś wesprzeć koleżankę. Okazało się, że otrzymała ten sam sprawdzian co my, ale niestety niewiele przez drzwi usłyszała i jej test świecił pustkami. Niewiele myśląc wyjęłam zeszyt i zaczęłam jej dyktować rozwiązania, gdy nagle usłyszałam, jak nauczycielka przegania tych, którzy wepchnęli się do sali. Szybko wyciągnęłam dwa wnioski: 1) zaraz tu wejdzie i 2) będę w czarnej dupie. Natychmiast wepchnęłam zeszyt z powrotem do plecaka i niczym gazela jednym susem wskoczyłam za (z racji, że innej możliwości nie widziałam) wieszak z mapą Wielkiej Brytanii (całej może mnie widać nie było, ale buty wystawały bankowo) na pół sekundy przed wejściem matematyczki do sali. W tym momencie to nawet oddychać się bałam.
Przyjaciółka równie spanikowana jak ja, ale zmotywowana, by ciągnąć tę sytuację dalej, rozmawia z nauczycielką, że ta matematyka to nigdy jej mocną stroną nie była i że ledwo po chorobie jest, więc chciałaby już iść na przerwę... i wyszły, zostawiając mnie samą skitraną za starą mapą Wielkiej Brytanii.

Znajoma po chwili po mnie wróciła (na szczęście zagadana prowadząca nie zamknęła klasy na klucz) i razem uciekłyśmy czym prędzej.

Emocji było co niemiara, ryzyko potężnej afery również, ale finalnie kumpela dostała swoje 3+, a ja jej dożywotnią wdzięczność.

#vd1F3

Opowiem wam o moim dzieciństwie. Zacznę od tego, że byłam dzieckiem z szalonymi pomysłami. Rodzice zawsze musieli mieć mnie na oku, bo gdy tylko mnie z niego spuścili, działy się makabryczne rzeczy.

Przechodząc do sedna: w wieku 5 lat postanowiłam umyć głowę w przypadkowej beczce, która stała w ogrodzie. Niefartem okazało się, że to nie woda była w beczce, lecz świeżo rozrobiony beton. Wyobraźcie sobie minę mojej mamy, kiedy przyszłam do niej z włosami postawionymi jak na punka. Przerażenie mojej mamy na widok moich włosów zastygniętych dęba w betonie bezcenne, w mgnieniu oka zabrała mnie do fryzjerki i obcięli mnie jak chłopca na jeżyka. Na szczęście włosy szybko odrosły.
Rok po tym wydarzeniu postanowiłam ostrzyc wszystkie swoje lalki na jeżyka z nadzieją, że włosy odrosną im równie szybko jak mi.
Trzymam te lalki do dziś, by przypominały mi szczyt mojej głupoty.

#PUqE9

Ostatnio spotkałam się z moją koleżanką sprzed lat w kawiarni. Było bardzo miło, żartowałyśmy, wspominałyśmy dawne czasy... Ja zamówiłam sobie herbatę, do której podano na talerzyku dwa plastry cytryny, a ona kawę. Po godzinie zaczęłyśmy się zbierać, już założyłam kurtkę, a ona mówi do mnie: „Czekaj, zapytam panią, czy może nam spakować ten jeden plaster cytryny na wynos”. Ja na to: „Jak to, daj spokój”. A ona: „Należy się, przecież zapłaciłaś”. Po czym pani zapakowała nam tę cytrynę w dwie serwetki...
Ech, Polaki cebulaki, nie tylko na wakacjach, ale też w kawiarni :D

#kngF7

Mam wybitnie modną kierowniczkę z pracy. Codziennie inne ciuchy, wyglądające elegancko i markowo.
Kilka dni temu spotkałam ją… w lumpeksie, gdy szła do przymierzalni z naręczem ciuchów.
Nic nadzwyczajnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że od tamtej pory mam dwa razy więcej zadań i dziesięć razy więcej pretensji niż wcześniej – za dosłownie wszystko. Jakby to była moja wina, że zobaczyłam ją w sklepie z używaną odzieżą.

#PGLdz

Mój chłopak napisał mi SMS-a: „Olu, będę za 5 minut z pizzą – niespodzianka!”.

No niespodziankę to faktycznie mi zrobił. Byłam w dresie i bez makijażu, a on jeszcze nigdy mnie w takim stanie nie widział – spotykamy się dopiero dwa miesiące i na każdej randce do tej pory byłam wystrojona jak gwiazda.

Otworzyłam mu drzwi, a on spojrzał na mnie i zapytał: „Dzień dobry, czy zastałem Olę?”.
Dodaj anonimowe wyznanie