Jako mała dziewczynka w podstawówce rozpoczynająca przygodę z matematyką postanowiłam, że nie będę spisywać zadania domowego od innych uczniów.
Pani matematyczka zadała nam 2 strony zadania domowego, które następnego dnia miała sprawdzić. Ja oczywiście odrobiłam swoje ćwiczenia sama, a reszta klasy przepisała na przerwie przed lekcją zadanie od osoby, która zrobiła dodatkowo jeszcze dwie kolejne strony (w sumie 4). Ja niczego nieświadoma udałam się na zakupy do bufetu i pozostałam z tymi dwiema właściwymi.
Niestety przy sprawdzaniu zadania domowego to ja dostałam jedynkę, ponieważ "skoro wszyscy mają, to znaczy, że było zadane".
Tak niesprawiedliwie można się poczuć tylko w szkole.
Od tego czasu ZAWSZE przepisywałam zadania domowe.
Poznałam chłopaka na pewnym czacie, spotkanie jedno, drugie, szybko zostaliśmy parą... Po miesiącu postanowił mnie zabrać na zamek, ot, fajny wypad. Pech chciał, że tego dnia rzucało żabami, a wiało tak, że majtki chciało porwać. No nic, jak randka, to randka - jedziemy!
Zwiedzanie przebiegło fajnie, mimo pogody (miłość nas rozgrzewała). Czas wracać do domu. Mój luby po drodze wyskoczył, że zabierze mnie jeszcze w jedno miejsce. Na jakieś skałki, polankę, no okey, niech będzie. Zatrzymaliśmy się na jakimś wygwizdowie, skałki owszem, są, ale wokół żywej duszy nie ma. Wysiadamy, idziemy, wspinamy się, deszcz pada, wiatr piździ, a my brniemy. Wyprowadził mnie w jakąś polanę, wokół drzewa i z tekstem do mnie, że to chyba nie tu i że mam poczekać, on pójdzie w inne miejsce i zobaczy, czy to tam... No kręcił jak skurczybyk, ale niech mu będzie, poczekam. Nagle w tył zwrot i biegiem przed siebie! Myślę sobie: No dziad mnie chce tu zostawić! Jak nic! Ale ja się tak łatwo nie dam i tuptam za nim, a co! Wylazłam na najwyższą skałkę i wodzę ślepiami za wyżej wymienionym. Deszcz zacinał, a że noszę okulary, to widziałam jak widziałam. Licho, bo licho, ale zawsze coś. I widzę, że na dole jakiś oszołom popierdziela z jakimś drzewkiem, sosenką czy innym czymś w samej koszuli. Czym wyżej jest, tym bardziej mi kogoś przypomina, ale taktycznie zwiałam, coby mnie nie zobaczył. Wyszedł i widzę mego Kociaka, z ogromnym bukietem kwiatów (białe goździki) i trzęsącymi się rękoma wyjmuje pudełeczko, klęka i pyta, czy wyjdę za niego.
Najbardziej szczere TAK, jakie kiedykolwiek w życiu wypowiedziałam, mimo że znaliśmy się tylko miesiąc.
Obecnie jesteśmy razem od ponad dwóch lat, a w grudniu ślub. ;)
Mój chłopak przyniósł mi dzisiaj w prezencie śliczną torebkę od Korsa. Jakieś drobniutkie ślady używania, ale ogólnie w idealnym stanie, mówił, że znalazł w lumpeksie za bezcen i uznał, że się ucieszę. Na krawędzi jest jakaś malutka naklejka z kotkiem, mam sobie ją sama urwać jak chcę, bo on nie był pewny, czy nie naruszy powłoki.
Ucieszyłabym się, gdyby nie to, że…
Godzinę wcześniej moja przyjaciółka żaliła mi się, że jakiś dupek ukradł jej w parku torebkę. Z charakterystyczną naklejką z kotkiem.
Chłopak zaciągnął mnie na niedzielny obiad do jego dziadków. Miałam na sobie koszulkę z napisem "Team satan". Gdy weszliśmy i powiedziałam dzień dobry, pierwsze co usłyszałam "To córka Gośki!". Jego babcia była wychowawcą mojej matki, gdy ta siedziała w poprawczaku.
Grunt to pierwsze wrażenie, nie?
Na wycieczce klasowej przewodnik w muzeum poprosił wszystkich o spokój, żeby można było się wsłuchać w absolutną ciszę tam panującą. Pierdnąłem.
Ostatnio przeczytałam tutaj kilka wyznań o psychologu/pedagogu szkolnym. Postanowiłam opisać również swoje wspomnienia związane z tą osobą.
Jakiś czas temu (w poprzednim roku szkolnym) miałam kilka problemów (w sumie nadal mam, ale to nie o to chodzi) i się samookaleczałam. Koleżanka uznała, że dobrym pomysłem będzie powiedzenie o tym naszemu nauczycielowi, więc to zrobiła. W końcu dowiedziała się szkolna p. pedagog/psycholog i zaprosiła mnie na rozmowę. Właściwie nie miałam wyjścia, więc na którejś mało ważnej lekcji nauczyciel mnie zwolnił i do niej poszłam.
Właściwie całą rozmowę rozpoczęłyśmy takim dialogiem:
P: Masz jakieś problemy w domu?
Ja: Nie.
P: A w szkole?
Ja: Nie.
P: To dobrze.
No dobrze. Bardzo ku*wa dobrze. Później inteligentnie zapytała jeszcze, czy się tnę. Nie, tak dla zabawy przyszłam ;)
Oczywiście o przebiegu całej rozmowy poinformowała moich rodziców, nie pytając mnie wcześniej o zdanie.
No i tutaj dochodzimy do największego absurdu tej sytuacji. Ta pani stwierdziła, że najlepszym i wystarczającym sposobem, żeby mi pomóc będzie podpisanie "umowy". Dała mi kartkę, gdzie chwilę wcześniej napisała "*moje imię i nazwisko* obiecuję, że nigdy nie będę się już ciąć..." czy coś w tym stylu... Dobry pomysł, nie ma co.
Rozmowa z nią w żaden sposób mi nie pomogła, ewentualnie trochę pogorszyła sytuację, bo dowiedzieli się moi rodzice i zaczęli mi robić wyrzuty z tego powodu.
Jedna z moich znajomych z innej klasy, która wcześniej nie wiedziała o moich "przygodach" z p. pedagog/psycholog, też się samookaleczała i sama zdecydowała się pójść i z nią porozmawiać. Dokładnie nie wiem, jak ta rozmowa wyglądała, ale skończyła się tym, że znajoma była tak dobita, że napisała list pożegnalny. Finalnie samobójstwa nie popełniła, ale była bliska tego kroku.
Nie wiem, skąd się biorą tacy ludzie jak ta pani. Nie wiem, dlaczego po wielu tego typu akcjach nadal pracują w szkole i "służą pomocą" nastolatkom.
Pierwszy dzień na nowym mieszkaniu, niczym jeszcze nie umiałam się posługiwać. Zamiast prysznica mieliśmy teraz wannę z nim połączoną, zamykała się taką szklaną "zasuwą". Ogólnie nie należę do zbyt bystrych osób, sama muszę to sobie przyznać. Poszłam się umyć, zamknęłam się w wannie normalnie przyciągając zasuwę do siebie, ale nadszedł czas wyjścia. Popycham ją, za nic nie chce się ruszyć, a przecież nie zawołam nikogo żeby mnie wypuścił spod prysznica.
Pomiędzy zasuwą, a suszarką na ręczniki jest mała przerwa, a że jestem dosyć szczupłą osobą, to wpadłam na bardzo mądry pomysł po prostu przeciśnięcia się tamtędy. Jak pomyślałam tak zrobiłam. No, tylko że nie byłam wystarczająco szczupła, bo się zablokowałam. Zasuwa miała ostre krawędzie, nikt pewnie nie przewidział, że ktoś tam kiedyś utknie. I na tej krawędzi zablokowało się właśnie moje gardło. Nie zamierzałam nikogo wołać, więc się po prostu stamtąd wyszarpnęłam. No i oto historia jak prawie sobie poderżnęłam gardło prysznicem.
PS. Tak, moja głupota i tak się wydała, ciężko nie zauważyć krwawej krechy na gardle córki, poza tym ktoś musiał to opatrzyć. Tak, było pełno pytań i przypuszczeń, co mi się stało, ale na prysznic nikt nie wpadł. I nie, nie miałam czterech lat, a czternaście.
Pewien piękny, listopadowy dzień. Postanowiłem wybrać się do jednego z krakowskich marketów, celem zakupienia kilku produktów spożywczych i kosmetycznych. Gdy wszystko już miałem w koszyku, ruszyłem raźnym krokiem do kasy. Nie było wielkich kolejek, ale uparcie szukałem tej najmniejszej. Jest! Znalazłem, przede mną tylko dwie osoby. I tu zaczęła się jedna z najbardziej żenujących historii mojego życia. Otóż...
Przede mną stała pewna dziewczyna. Warto dodać, że była to niesamowicie wysoka dziewczyna, dodatkowo na obcasach, więc wzrostem mogła śmiało sięgać 2 metrów. Na sobie miała m.in. bardzo obcisłe, czarne leginsy. Niby nic, prawda? Ale oprócz tego miała niesamowicie perfekcyjne, idealnie krągłe, jędrne i duże pośladki... Na mą zgubę...
Wykładam towary na taśmę, starając się nie gwałcić owej niewiasty wzrokiem, ale rok posuchy i życia bez kobiety robił swoje. W pewnym momencie coś jej upada, więc pochyla się, żeby to podnieść, a te swoje piękne pośladki nadstawia wprost na mnie (a przy jej wzroście były na tyle wysoko, że miałem je katastrofalnie blisko twarzy). Co w tym momencie robię ja? Z wrażenia oraz przez to, że krew natychmiast odpłynęła mi do głowy i poniżej pasa, upuszczam koszyk z resztką zakupów. Ten jakoś niefortunnie zaczepił o taśmę, tak, że wyleciały z niego musztarda i śmietana. W ułamek sekundy słychać trzask - musztarda ze śmietaną rozwalają się z hukiem, zdobiąc kolorowymi plamami podłogę i moje spodnie... Zdziwiona dziewczyna nie wie co się dzieje. Za to doskonale wiedziały inne osoby. Kasjerka prawie się udusiła, chcąc powstrzymać śmiech, za to pan za mną tego śmiechu nawet nie próbował powstrzymać - niemal turlał się po podłodze ze śmiechu.
A ja? Z żółto-białymi nogawkami i twarzą czerwoną jak dorodny pomidor wydukałem z trudem "przepraszam" i pochyliłem się, żeby zebrać resztę tego, co zostało z moich zakupów, twarzą prawie dotykając tej nieszczęsnej części ciała owej niewinnej panny. Aż się dziwię, że przy takim odpływie krwi nie stanęło mi serce. Miałbym prawdziwe "powstanie listopadowe".
Moja była wysłała mi właśnie na Facebooku listę moich kumpli, z którymi się przespała po naszym rozstaniu. Zbiera ich jak te pokemony, kolekcjonuje jak jakieś puchary, w dodatku mówi, że chce, żebym do niej wrócił, bo ciągle mnie kocha, a swoim działaniem chce wzbudzić we mnie jakieś emocje czy jakieś inne coś i że daje mi do zrozumienia, jak bardzo mnie potrzebuje, czy jakoś tak.
No nie powiem, jej logika mnie powaliła.
Jak miałam 6-7 lat, uwielbiałam zbierać „karteczki” (takie do kolekcjonowania) i wymieniać się nimi z koleżankami. Aby urozmaicić swoją kolekcję karteczek, wkradałam się do pokoju starszego brata, wiedząc, że pod łóżkiem trzyma różne gazety (możecie domyślić się z czym :')), potem już tylko robiłam dziurki dziurkaczem, aby kartki z gazet pasowały do segregatora, a później szły w świat.
Do tej pory pamiętam minę taty, gdy jedna z koleżanek przyszła z mamą, oddając sporą ilość tych wycinków :D
Dodaj anonimowe wyznanie