#haSAb

Sytuacja wydarzyła się w lato. Spotkałem się z kolegą Piotrkiem na piwko, tak normalnie pogadać. Posiedzieliśmy, popiliśmy, po czym rzuciłem pomysł zajarania, bo akurat miałem przy sobie mały słoiczek trawy. Troszkę spaliśmy, a resztę tego co zostało kolega chciał odkupić (nie chciał przyjąć za darmo). Niestety nie mieliśmy czym tego zważyć. Piotrek rzucił pomysł, aby pójść do stokrotki, wziąć taki sam słoik i zważyć go (odejmując wagę netto koncentratu, bo akurat ten słoik był po Pudliszkach), a następnie ten postawić na wadze i porównać. Nie wiem dlaczego, ale stwierdziłem, że to genialny pomysł.

Poszliśmy, znaleźliśmy taki sam koncentrat i zważyliśmy go na dziale warzywnym, a następnie ten z trawą w środku. Po odjęciu wyniki okazały się takie same, prawdopodobnie waga nie uwzględniała gramów.

Wtedy zrozumiałem, że ważyliśmy trawę w sklepie, przy kamerach, przy innych ludziach. Totalni debile. Oddałem mu ten słoiczek za dychę, żeby tylko nie musieć z nim wracać do domu.

#DOnaT

Pracując w Obsłudze Klienta, napotykamy przeróżne przypadki - czasem miłe, czasem bardzo nieprzyjemne, a czasem po prostu dziwne. Dziś o jednym z niepokojących i dających do myślenia.

W okolicy południa podeszła do mnie kobieta, na oko w wieku około 30 lat. Twarz miała wykrzywioną gniewem i charakterystyczną dla osób z defektem genetycznym (myślę, że każdy z Was będzie wiedzieć, jak taka osoba wygląda). Jak zwykle obrałam podejście defensywne, spodziewając się skarg na obsługę, towar, pracowników. Sprawa dotyczyła jednak dziecka kobiety.

- Proszę mi oddać moje dziecko! - warknęła. Spąsowiałam i brakło mi słów. - Proszę mi znaleźć moje dziecko i mi je oddać, jak można kraść ludziom dzieci w takim sklepie? Jak mi ukradliście, to go oddajcie, ja tu czekam i wzywam policję, że mi obsługa porwała dziecko!

Potok słów był niemal nie do zatrzymania, a w jego trakcie udało mi się ustalić tyle, że pani nie przypilnowała dzieciaka, że jest ubrany w żółtą koszulkę i że jest uczniem podstawówki, skutecznie zniechęcając klientkę do wyciągania z torby książeczki zdrowia i aktu urodzenia chłopca czy zaświadczenia o stopniu niepełnosprawności. W akompaniamencie dalszych oskarżeń o porwanie i sianie terroru powiadomiłam agentów ochrony i monitoring o prośbie zlokalizowania dzieciaka, po czym sama wyruszyłam na jego poszukiwania; klientka pozostała na miejscu.
Chłopiec znalazł się po krótkich poszukiwaniach - rzeczywiście w koszulce, chociaż jaskrawozielonej, na oko 4-6 klasa, również niepełnosprawny. Zero kontaktu słownego czy wzrokowego, uciekający przed ludźmi, przestraszony, choć, o dziwo, nie zapłakany, jak to zwykle bywa. Obraną taktyką psa pasterskiego zagoniłam dzieciaka w stronę kas, zwyczajnie chodząc wokół niego, bo i tak uciekał, i doprowadziłam do matki, która w międzyczasie zdołała posiać własny terror wśród kasjerek i aktualnie atakowała jedną z młodszych. Chłopiec trafił do matki, po czym wśród dalszych oskarżeń i gróźb, pani odeszła.

Cóż, czasami tak bywa, że trzeba się natrudzić w pracy.

Osobiście nie mam nic do osób niepełnosprawnych umysłowo, irytują mnie o wiele bardziej ich opiekunowie bądź właśnie tych opiekunów brak. Jeszcze bardziej jednak niepokoi mnie fakt, że osoby już niepełnosprawne zabierają się za płodzenie dzieci, których szanse na pełne zdrowie psychiczne i fizyczne są żałośnie małe. Jestem w pełni "za" jeśli chodzi o zachowanie prawa do życia, zakładania rodziny, miłości itd. dla wszystkich, jednak mam mieszane uczucia w sprawie tych praw w odniesieniu do osób, które nie są i nie będą w stanie być w pełni samodzielne właśnie pod względem umysłowym. Może to okrutne lub nieludzkie, ale czuję niechęć do faktu braku kontroli urodzeń w przypadku osób właśnie takich, jak opisana pani.

I w sumie tyle. Ciągle mnie to po prostu gnębi.

#wl1Xk

Niedawno byłem świadkiem wypadku samochodowego, reanimowałem tego człowieka Ale nie przeżył. Zmarł na moich rękach. Zdarza się, pomyślicie, cóż więc w tym anonimowego?

Otóż podczas seksu z moją dziewczyną przypominam sobie tę właśnie scenę, ażeby przedłużyć stosunek. Nikt nigdy się tego nie dowie, moi anonimowi przyjaciele.

PS Działa.

#qVxQQ

W wydziale kryminalnym mieliśmy do czynienia z różnymi sprawami. Jednymi łatwiejszymi, innymi trudniejszymi, jak również takimi, o których człowiek chciałby jak najszybciej zapomnieć. Ale jedna szczególnie utkwiła mi w pamięci.

Kilka lat temu, mając akurat przerwę w pracy, zaczęliśmy dyskutować nt. coraz częstych kradzieży w mieszkaniach. O tyle dziwnych, że nie było żadnych śladów włamania. Kompletnie żadnych. Ktoś jakby wchodził do siebie. Zaczęliśmy przeglądać akta spraw i szukać ewentualnych cech wspólnych. Jedyne, co się pokrywało, to fakt, że mieszkania były na parterze z oknami od podwórza i okradziono je pod nieobecność właścicieli. Tyle.

Ale nasz policyjny nos podpowiadał nam, że te sprawy muszą się jakoś ze sobą jeszcze łączyć, poprosiliśmy o zgodę komendanta na głębsze przyjrzenie się temu. Przesłuchanie 10 ofiar trochę zeszło, niemniej jednak wyszedł na jaw jeden fakt, który został wcześniej kompletnie pominięty. Nie było o nim nawet wzmianki w aktach. Ofiary jakiś czas przed kradzieżą wymieniały zamki w drzwiach. Sprawdziliśmy więc ten trop i okazało się, że zajmowała się tym jedna i ta sama osoba. Znaleźliśmy punkt zaczepienia.

Komendant niechętnie, bo niechętnie, ale zgodził się na prowokację. Do podstawionego mieszkania, które spełniało wymagania do potencjalnej kradzieży, wezwaliśmy naszego delikwenta pod pozorem zwykłej wymiany zamków. Teren obstawiony, kamery w całym mieszkaniu i na klatce. I tak oto nasz podejrzany, w czasie normalnej pracy, zdążył zapytać się o łazienkę, przy okazji dyskretnie rozglądając się po mieszkaniu, zamontował kamerę w rogu korytarza, pod samym sufitem i, co najważniejsze, zrobił woskowy odlew kluczy. Oczywiście nie spodziewał się, że ktoś go nagrywa.

Obserwacja trwała dobry tydzień. W końcu, w piątkową noc, nasz delikwent postanowił uderzyć. Wykorzystał fakt, że nasi podstawieni właściciele postanowili wyjść na imprezę. Przyjechał z, jak się później okazało, dwoma synami, furgonetką, zaparkował na podwórzu, po czym, jak gdyby nigdy nic, wszedł do mieszkania i zaczął wynosić przez okno co ciekawsze rzeczy.

Zgarnięcie go w tamtym momencie miałoby podstawy, ale woleliśmy go jeszcze śledzić, by zorientować się, gdzie trzyma fanty z kradzieży. Dorwaliśmy go na innym osiedlu, gdzie w garażu wszystko przechowywał. Ładnie posegregowane, poukładane, opisane.
Bez problemu powiązaliśmy go z innymi kradzieżami właśnie dzięki jego skrupulatności.

Facet, jak i jego synowie, dostali po 8 lat więzienia. Trochę mało, biorąc pod uwagę ilu kradzieży się dopuścili. Ale taki był wyrok sądu, takie są kary przewidziane, więc my, mundurowi, nie mamy w tej kwestii nic do powiedzenia.

Swoją drogą, kreatywność złodziei naprawdę nie ma chyba granic.

#lEUGW

Mam 22 lata i jestem prostytutką.

W moim otoczeniu uchodzę za normalną dziewczynę. Mam dobre kontakty z rodzicami, przyjaciół, robię ambitne studia i w trakcie nich już zdobywam doświadczenie w zawodzie. Jestem tym chwalonym 'dzieckiem' rodziców.

Nikt jednak nie wie, co robię od wielu miesięcy. Zaczęło się niewinnie. Były facet mnie zdradził, rozstaliśmy się, ja byłam samotna, miałam też swoje potrzeby. Pod wpływem podniecenia założyłam konto na seks kamerkach. Ot tak, dla zabawy, chciałam z kimś pogadać i miałam fantazję, żeby ktoś patrzył jak robię sobie dobrze. Odkryłam w ten sposób, że serio można na tym zarobić. Spędziłam tam tydzień, 2h na dzień, łącznie zarobiłam tam przez ten czas prawie 2000 zł bez pokazywania twarzy. Nie robiłam też jakiś dziwnych rzeczy, masturbowałam się, pokazywałam nago, takie raczej standardy.

Potem nastał taki czas, że nie miałam wolnej chaty, nie mogłam siedzieć na kamerkach. A ja już zdążyłam się od tej kasy uzależnić. To pchnęło mnie do prostytucji. Z klientami umawiałam się przez pewien portal. U nich w domu, w aucie, w hotelu. Wybierałam sobie klientów, z facetem musiało mi 'zaiskrzyć', z każdym się nie spotykałam. Zachowywałam też pewne środki ostrożności, choć póki co żaden nie chciał mi zrobić krzywdy czy zrobić czegoś wbrew mojej woli.

Spodobało mi się to. Ja lubię seks, na związek nie jestem gotowa po poprzednim. Serio, z tymi facetami często jest mi przyjemnie. Ja się do niczego nie zmuszam, stawiam warunki, a oni mi płacą.

Co robię z pieniędzmi? Mam manię gromadzenia kasy na koncie oszczędnościowym. Zostawiam te pieniądze na przyszłość. Na razie nie wydałam z mojego 'biznesu' ani złotówki, czekam na odpowiedni powód, aby te pieniądze wydać.

Dzielę się tym wyznaniem, bo jest to anonimowe i to dosyć mocno. I mam do was pytanie. Dlaczego widzicie w tym coś złego, brak szacunku do siebie? Ja też tak kiedyś myślałam póki w to nie weszłam. Uważam, że brak szacunku do siebie jest wtedy jakbym robiła coś wbrew mnie, zmuszała się do czegoś, a mi potrafi być przyjemnie i jeszcze mam z tego pieniądze. Poza tym w tych naszych czasach ONS czy FWB jest już w pełni akceptowalne, czyli za darmo to jest ok, a za pieniądze to kobieta się puszcza? Nie rozumiem tego.

Zastanawia mnie punkt widzenia innych ludzi.

#sweDV

W wieku lat 6 najbardziej na świecie bałam się zastrzyków, wszelkich igieł oraz owadów z żądłami - szczególnie os (kiedy tylko widziałam jakąś panikowałam tak bardzo, że cała się trzęsłam i natychmiast uciekałam w jakimkolwiek kierunku). 

Nadszedł czas szczepienia. Ja, cała w nerwach, czekam przed drzwiami do mojego mieszkania na mamę. Chodziłam nerwowo w kółko rozmyślając o czekających mnie torturach, kiedy nagle potknęłam się o kawałek drewna i przewróciłam się na stojącą tam szafę. W pełnym szoku popatrzyłam na moją dłoń i uznałam, że coś jest nie tak - kciuk odwrócił się o 180 stopni, tak że paznokieć znajdował się niemal po wewnętrznej stronie. Oczywiście pełna syrena, ryczę wniebogłosy, mama przybiega - wiadomo, jedziemy do szpitala. W taksówce uznałam, że w sumie dobrze się stało, bo przynajmniej nie muszę iść na igiełkę! 

Po chwili leżałam w sali szpitalnej na łóżku, nade mną lekarz, kilka pielęgniarek, gotowych na zabieg. Podeszła pani ze strzykawką i mówi miłym głosem, że teraz zrobi mi zastrzyk znieczulający. Ja, pewna, że ominę takie doświadczenie tego dnia, wpadłam w taki szał jak nigdy. Walałam się po łóżku jak jakiś uwięziony zwierz. Miła pani nagle wpadła na świetny pomysł jak mnie uspokoić i powiedziała: "Kochanie, nie bój się, to będzie bolało tylko tak, jak użądlenie osy!". To był duuuży błąd. 

Zleciało się chyba pół szpitala, ja musiałam wyglądać jakbym dostała wścieklizny. W końcu ktoś przywiózł maszynę do narkozy, parę osób mnie przytrzymało i założyło maskę. Po kilku wdechach już spałam. Obudziłam się szczęśliwa, jak to po narkozie - trochę jak zjarana. Mama siedzi koło mnie i opowiada przez telefon tacie, jak to jego mała córeczka wpadła w taki szał, że podbiła oko pielęgniarce i kopnęła porządnie w krocze innego pracownika szpitala, pomagającego przy zabiegu. 

Kiedy byłam tam kilka lat później z urazem, od razu przywieźli mi maszynę do narkozy...

#7CvbE

Gdy byłam mała, nie miał się mną opiekować. Mama chodziła do szkoły (miała niespełna 18 lat, gdy mnie urodziła), babcia i dziadek pracowali, a tata ze mną nigdy nie mieszkał. Błogosławieństwem okazała się sąsiadka z góry, starsza pani, na którą, jak już nauczyłam się mówić, mówiłam niania.
Opiekowała się mną, odprowadzała i przyprowadzała ze szkoły... Była dla mnie taką drugą babcią.

6 marca 2008 jako siedmioletnia dziewczynka grzecznie położyłam się spać już przed 21. Tamtego dnia nie mogłam zasnąć, a niania wędrowała z przedpokoju (skąd miała na mnie dobry widok) do salonu, gdzie leciał jej serial. Nagle straciłam nianię z oczu, chociaż nie poszła do salonu, a towarzyszył temu huk. Myślałam, że spadło coś w kuchni, wołałam nianię, ale się nie odzywała. Wstałam z łóżka i zobaczyłam ją leżącą z zamkniętymi oczami. Próbowałam ją podnieść, potem chciałam zadzwonić na pogotowie (od małego uczono mnie co robić w takiej sytuacji), ale stwierdziłam, że nikt mi nie uwierzy... Wybiegłam z mieszkania, do sąsiadki, której o wszystkim opowiedziałam. Dystrybutorka pytała się o różne głupie rzeczy, których normalny sąsiad nie wie (czy przyjmuje leki, jak tak, to dokładnie jakie - ja wiedziałam i zawsze pilnowałam niani, czy wzięła tabletki). Karetka przyjechała po kilkunastu minutach, niestety niani nie udało się uratować. Stwierdzono zawał.

Gdy zbliża się rocznica śmierci niani, coraz częściej przychodzi mi na myśl, że może gdybym to ja zadzwoniła na pogotowie... Przecież dziecka by się nie pytali...

#UoNsC

W trakcie zakupów poprawiam towary na półkach, jeśli stoją nierówno.
W sklepie zawsze układam rzeczy tak, żeby były dokładnie napisami do klienta. Najczęściej wpadam w półki z puszkami i kręcę, i obracam, i ustawiam.
Wszystko musi być idealnie ustawione. Nie umiem tego powstrzymać.

#TEdiy

Gdy miałam kilka lat, uważałam, że wystarczy pomyśleć o ciąży, by mieć w brzuchu maluszka. Wyobraźcie sobie czterolatkę, która chodziła i powtarzała: "nie myśl o ciąży, nie myśl o ciąży!". Raz byłam bardzo zmartwiona, bo jednego dnia pomyślałam o tym dwa razy. Co ja bym zrobiła z bliźniakami?
Dodaj anonimowe wyznanie