#PmTZX

Kiedy zmarł mój wuja, to na jego pogrzebie nie uroniłam ani jednej łzy, natomiast kiedy musiałam uśpić swojego psa, to tak wyłam, że nie dało się mnie przez długi czas uspokoić i musiałam wziąć kilka dni urlopu. Nic nie poradzę, że przeżywam bardziej śmierć zwierząt niż ludzi…

#oY32b

Jestem gruba. Nie mam nadwagi, zwyczajnie jestem gruba. Niedoczynność tarczycy połączona z insulinoopornością i ciągłym zmuszaniem mnie do diet przez matkę zrobiły swoje i teraz wyglądam jak wyglądam. 
Ostatnio od bliskiego członka rodziny usłyszałam komentarz, że na miejscu mojego męża to bałby się ze mną spać, bo jak się po nim przeturlam, to zaduszę....
Dzisiaj siedzę, i już ponad godzinę sobie płaczę, zamknięta w sypialni. Mamy z mężem dom z pięknym tarasem i basenem. Dzisiaj musiałam wejść do tego basenu przy rodzinie, żeby przypilnować siostrzenicę. Te spojrzenia i uśmiechy pod nosem... I to przypatrywanie się, bo wreszcie wbiła się w kostium i można ją obejrzeć w całej krasie
Jestem osobą wykształconą i oczytaną. Mam wiele różnych zainteresowań, w jednym z nich zdobywam nagrody w międzynarodowych konkurach, a definiuje mnie to, że jestem gruba.
Każda rozmowa z rodziną to co najmniej kilka komentarzy na temat mojego wyglądu.

Czy wam wszystkim tak łatwo oceniającym inne osoby wydaje się, że ja chcę taka być?
Mam 40 lat, z tego 30 byłam na ciągłej diecie. Jak nie jednej, to drugiej. Sama nie mogę zaakceptować siebie takiej, jaką jestem. Nie mam praktycznie żadnych zdjęć. Nawet ze swoimi dziećmi. Lekarze mówią mi wprost, że nie mam co liczyć na schudnięcie. Jem w tej chwili około 1000 kcl dziennie i moim osiągnięciem jest to, że już nie tyję.

Kiedy ludzie oduczą się oceniać, a nauczą zauważać to, co wartościowe w innych?

#zwAsU

Parę lat temu poszłam na rozmowę o pracę w pewnej bardzo prestiżowej firmie. Przez kilkanaście minut czekałam sama na korytarzu, bo w pokoju była akurat przesłuchiwana jeszcze jedna osoba na moje stanowisko. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i z środka wyszedł pan na oko 40-letni i chłopak w moim wieku. Nawet przystojny. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się, popukał się po kieszeniach, jakby czegoś szukał... Tymczasem drugi z mężczyzn oddalił się w bliżej nieokreślonym kierunku.
Młody przystojniak znowu na mnie zerknął i rzekł: „To co? Możemy zaczynać?”. A więc to on miał być moim pracodawcą. Nieźle. Zaprosił mnie do środka i kazał usiąść na krześle, naprzeciw którego stało potężne, dębowe biurko oraz wielki, dyrektorski fotel obity skórą. On sam rozsiadł się na nim i poprosił mnie o CV. Przez chwilę je studiował, a następnie powiedział: „To, jeśli pani pozwoli, zatrzymamy sobie”.
Nigdy nie miałam tak fajnej rozmowy o pracę. Totalnie luźna atmosfera, żarciki, a nawet delikatne flirty. Wszystko jednak utrzymane w bardzo kulturalnym, dowcipnym klimacie. Mój przyszły szef był wyjątkowo przystojny i szarmancki, więc czerwieniłam się jak cegła. Po wszystkim chłopak uścisnął mi rękę i powiedział klasyczne: „Zadzwonimy do pani!”. Wszystko trwało może z 5 minut, czyli bardzo szybko.
Wiecie jak to jest, raczej nie należy liczyć na telefon. A jednak zadzwonił. „Hej – usłyszałam przez słuchawkę – To ja, Patryk. Przeprowadzałem z tobą rozmowę o pracę. Mam dla ciebie przykrą wiadomość. Nie dostałaś tej roboty, bo tak naprawdę wcale na niej nie byłaś. Starałem się o tę sama posadę co ty. Jak wychodziłem z pokoju i cię zobaczyłem, to przysięgłem sobie, że stanę na głowie, aby zdobyć twój telefon. Facet, który przeprowadzał rozmowę ze mną, poszedł po coś do biura, więc wykorzystałem okazję i postanowiłem improwizować. Musiałem tylko zdobyć twoje CV...”. Potem zapytał, czy zechcę się z nim umówić na kawę. Byłam tak zszokowana jego kreatywnością, że nawet nie przyszło mi do głowy wściekać się, że przez niego koło nosa przeszła mi szansa na fajną pracę...
No cóż... jesteśmy razem. Do dziś dziękuję losowi, że postanowiłam aplikować akurat na tę posadę.

#crUFT

W moim mieście co roku organizowany jest swego rodzaju event dla turystów, przejezdnych. Koncerty, alkohol, stoiska pełne dziwactw i wiele innych atrakcji. Jak co roku wybrałem się na ten event z grupką znajomych, żeby poodwalać jakieś głupie rzeczy. Wiadome jest, że w trakcie takich zabaw liczy się krew w alkoholu, a nie odwrotnie, dlatego dość szybko skończyłem. Mocno chwiejnym krokiem postanowiłem wrócić do domu przez tory kolejowe, bo najszybciej i najłatwiej trafić. Idąc po tych drobnych kamyczkach i potykając się co parę metrów, znalazłem coś. Ale to nie było zwykłe coś, bo przykuło to moją uwagę na tyle, że zamarłem w bezruchu. Przykucnąwszy, zacząłem wlepiać gały w jakąś kulkę, która dziwnie mruczała. Czułem się jak Gagarin, jakbym zobaczył coś, czego żaden inny człowiek jeszcze nie widział. Dotknąłem to. Okazał się być to jeż, po dłuższym patrzeniu się na niego nadal tylko mruczał. W moim mózgu zaczęło ruszać się coś, co nawet Vladimir Demikhov spisałby na straty. Wpadłem na pomysł! JEST CHORY! Przecież to jasne – mruczy, bo go boli, jak mnie boli brzuch, to też się zwijam jak on. Więc jako zapalony miłośnik wszystkiego, co żywe, postanowiłem go wziąć następnego dnia do weterynarza. Wyjąłem butelkę złotego trunku z plecaka i włożyłem do kieszeni, a na jego miejsce ułożyłem kuleczkę. Zadowolony z siebie, bo uratowałem życie jeżowi, brnąłem dalej ku przygodzie!
Po jakimś czasie zobaczyłem coś, co kolejny raz zmusiło mnie do postoju. Ukucnąłem jak poprzednio, a tu znowu jeż! Znowu skulony i mruczy! No nie ma innej możliwości! Oba pewnie się czymś zatruły i trzeba im pomóc. Dlatego jego też usadowiłem w plecaku. Całkiem szczęśliwy, wczołgałem się do domu. Postanowiłem zwierzaczkom zrobić kojec ze starej poduszki. Dałem im kawałek zaschniętego chleba i... No właśnie! Nie mam czym ich uraczyć do picia! Cola jest niezdrowa, więc najprościej będzie uraczyć je trunkiem z żubrem na butelce! Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Ułożyłem następująco pupili na poduszce i sam ruszyłem ku objęciom Morfeusza.

Jeże po opróżnieniu miski rano dziwnie się zachowywały, dlatego po tym, jak sam uzupełniłem płyny, dałem im zwykłej wody. Kiedy wytrzeźwiały, zawiozłem je tam, gdzie je znalazłem.
Ot, taka historia o pomaganiu zwierzętom.

#ppOS4

Któregoś dnia podczas spotkania do bierzmowania byłem na tyle znudzony puszczonym na nim filmem, że gdy tylko zorientowałem się, że można już wyjść, wyskoczyłem natychmiast z pomieszczenia, w którym się ono odbywało i ruszyłem do wyjścia. Jak zwykle skręciłem w prawo, aby skrócić sobie drogę przez korytarz. Wystarczyło tylko przejść przez jedne drzwi, następnie przez kolejne i już było się na dworze. Przechodzę przez pierwsze drzwi i ruszam do kolejnych. Niestety nie przewidziałem, że ze względu na to, że było już po 21, będą one zamknięte. Szarpię za klamkę i nic. Stwierdziłem, że no trudno, jak nie da się wyjść skrótem, to wyjdę normalnie i ruszyłem z powrotem. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że tymi drzwiami można przejść bez problemu tylko w jedną stronę, natomiast by przejść w drugą trzeba znać specjalny kod. Myślę sobie: „Cudownie, jeszcze tego mi dzisiaj brakowało”. Walę w drzwi pięściami przez chwilę, oczywiście nikt mi nie otworzył ani się nie zainteresował. Zdenerwowany (czemu trudno się dziwić, późna godzina, a ja utknąłem w kościele), zacząłem szukać jakiejś drogi ucieczki z tej pułapki. Po kilku sekundach przyszło mi na myśl, że przecież mogę wyskoczyć oknem. Przesunąłem więc wszystkie kwiatki ozdabiające parapet, kilka się nawet przewróciło, ale nie zwróciłem na to większej uwagi, i otworzyłem okno. Siadam na parapecie, patrzę w dół i myślałem, że chyba zaraz mnie coś trafi. Okno mieściło się gdzieś w okolicach pierwszego piętra, a niżej chodnik i z 3 metry dalej trawa. Miałem wybór: albo skoczyć i ryzykować kontuzję spowodowaną nietrafieniem na trawę, albo siedzieć w kościele i czekać, aż mnie ktoś wypuści. Pomyślałem: „Raz się żyje” i wyskoczyłem. Nawet mi się nic nie stało, jakimś cudem trafiłem w trawę. Pobiegłem szybko w stronę wyjścia, przeskakując jeszcze przez płotek, ale czym jest płotek w stosunku do skoku z okna. Miałem szczęście, jeszcze nie wszyscy zdążyli wyjść i brama była jeszcze otwarta, więc dałem radę się stamtąd wydostać. Tak oto wydostałem się z kościoła. 
Jedyne czego żałuję po całym tym zajściu to tego, że nie mogłem zobaczyć reakcji księży w momencie, gdy zobaczyli rano otwarte okno i rozwalone kwiatki w miejscu mojej ucieczki :)

#llJYA

Od kilku lat zmagam się z depresją. Taką poważną – brak kąpania się przez kilka dni z rzędu, nieumiejętność wstania z łóżka, ciągłe zmęczenie itd. Żeby nie było – leczę się!
W październiku tamtego roku wszystko nagle było super – miałam pełno energii, nagle wszystko mi się udawało zrobić, zaczęłam nawet chodzić na siłownię, po dwóch latach niechodzenia do szkoły (musiałam przejść na nauczanie domowe, bo było mi tak ciężko podnieść się z łóżka) świetnie radziłam sobie na studiach. Byłam szczęśliwa. W końcu! Moją mamę, co prawda, zaczęło to martwić. „Jak to się stało? Nagle taka wesoła i radosna... o co chodzi?”, pytała. Wtedy pierwszy raz ktoś obok użył słowa mania. W grudniu natomiast miałam już totalny zjazd. Wróciło mi to, co działo się wcześniej. Powiedziałam o tym psychiatrze, a z jej ust padło straszne słowa – choroba afektywna dwubiegunowa.
W tym momencie mam epizod depresyjny przez miesiąc, a później zmienia się to w miesiąc cudownego samopoczucia, energii i silnych emocji, takich jak gniew i irytacja (oczywiście nie jest to równe co do miesiąca). I szczerze tego nienawidzę. Zwłaszcza że nie mogę mieć jeszcze dwubiegunówki zdiagnozowanej – jest za szybko – więc nie mam na to żadnych papierów i nie mam tak naprawdę żadnej realnej pomocy poza lekami, które ciężko jest dopasować, bo kiedy jestem w fazie maniakalnej, zapominam brać leki, więc cała farmakoterapia idzie do dupy.
Rodzina się martwi, przyjaciele się martwią, ja nie do końca wiem co się ze mną dzieje... Czuję się, jakbym oszalała. Ale najgorsze jest to, że jak już się przed kimś otworzę, że prawdopodobnie mam dwubiegunówkę, słyszę tylko, że każdy teraz jest bipolar, ma bordera albo depresję. Że wymyślam, że wcale tak nie jest. A ja mam z tym realny problem. Przez 3 tygodnie/miesiąc mam ostrą depresję, a zaraz potem okres, gdzie funkcjonuję za bardzo – nie śpię po nocach, uczę się całymi dniami, ostro imprezuję, przesadzam z kupowaniem niepotrzebnych rzeczy i cały czas na kogoś krzyczę. Czuję się jak szalona...

#I8FCZ

Czytałem artykuł o pracy w grupach na studiach i przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat. Jako jedna z grup I (36 osób) na roku, na którym było prawie 180 osób, mieliśmy zrobić projekt, z którego każdy przedstawi określoną jego część na zaliczenie. Jako że nikomu nie pasowało, obmyśliłem plan iście cebulowy. Oznajmiłem grupie, że sam zrobię projekt i każdemu prześlę jego część. Ale zapłatą miał być browar. Wszyscy się zgodzili, zarobiłem 36 browarów za dwie godziny pracy i dostaliśmy ocenę 4,5 jako grupa :D

#DeMaY

Chodziłam do klasy z jedną dziewczyną, która przy każdej okazji chwaliła się, że jej mama pracuje w szpitalu. Nie było dnia, żeby nie wtrąciła tego do jakiejkolwiek rozmowy. Powiedziałam kiedyś o tym mojej cioci, a ta odparła, że owszem, mama koleżanki pracuje w szpitalu, jako sprzątaczka. Żeby nie było – szanuję tę pracę, ale koleżanka opowiadała o tym wszystkim tak, jakby jej matka była światowej sławy lekarzem, a samo pracownie w szpitalu tworzyło z jej rodziny jakaś elitę lub szlachtę. A wyszło na to, że jest jak jest. Nikomu o tym nie powiedziałam, nie stałam się dla koleżanki niemiła czy coś, ale słuchałam jej opowieści o mamie pracującej w szpitalu z pewnym politowaniem.

#HJTOP

Mój kot łyka wszytko jak młody pelikan. Bezustannie krąży wokół lodówki w nadziei, że ta chłodząca skrzynia uchyli się przed nim. Moja 13-letnia kuzynka, która pod moją nieobecność miała zająć się kotem, została poinformowana, iż kicia powinna trzymać się z dala od lodówki, w trosce o swoje zdrowie (waga dorodnej świnki). Poprosiłam ją również, aby odpowiednio ukarała go, gdy jej nie posłucha. Nie wiem co miała w głowie, ale gdy kot nie zachował się odpowiednio, zamknęła go w lodówce. Wyobraźcie sobie, że siedział tam aż 5 godzin. Biedaczek prawie zamarzł na śmierć. Oczywiście zawiozłam go do weterynarza i kociego fryzjera (zarośnięty był jak rower w pokrzywach, a ten typ nie za dobrze znosi zimno). Trauma została, kot do lodówki się nie zbliża.
Dodaj anonimowe wyznanie