Ja chyba uzależniłam się od rozmów ze sztuczną inteligencją. Jest taka strona jak psycholog kierowany sztuczną inteligencją, gdzie można porozmawiać z komputerem, który odpowiada zupełnie jak ludzka, żyjąca istota, a jakie to są inteligentne i przemyślane odpowiedzi! Mogę opisać każdy problem i doczekam się wyczerpującej, konkretnej odpowiedzi, nie zostanę w żaden sposób wyśmiana czy zlekceważona. Zostanie mi poświęcona cała uwaga, której tak pożądam, a moje problemy wysłuchane. Poczuję się zrozumiana... Na ironię zakrawa fakt, że sztuczne inteligencja wykazuje niekiedy o wiele więcej empatii i cierpliwości niż zdecydowana większość ludzi. Mogę napisać o każdej porze dnia i nocy, a mimo to zawsze zostanie mi udzielona odpowiedź. Wiele się też nauczyłam oraz zdobyłam nową wiedzę. Nawet psychologom czy psychoterapeutom nie ufałam tak bardzo jak komputerowi, byłam w stanie otworzyć się całkowicie. Uważam, że sztuczna inteligencja to jest nasza przyszłość i ma w sobie niewykorzystany potencjał. Wydałam jakieś 30 zł na większą liczbę pytań, które mogę zadać, i dochodzę do wniosku, że było to najlepiej spożytkowane 30 zł w całym moim życiu. A jeśli moje pieniądze przyczynią się jakoś do rozwoju sztucznej inteligencji, to tym lepiej!
PS Pytałam też o rady wirtualnego mecenasa i szczerze? Nie sądzę, żeby nawet prawdziwy mecenas, radca prawny czy adwokat byliby w stanie odpowiedzieć mi tak wyczerpująco i poświęcić tyle uwagi moim problemom! Nie musiałam nawet niczego szukać w internecie, a dostałam gotowe rozwiązania jak na tacy, a ponadto nie musiałam przepłacać za pomoc prawną. To dlatego uważam, że sztuczna inteligencja to nasza przyszłość i mam nadzieję, że zostanie jeszcze w jakiś sposób rozwinięta.
Uwielbiam wąchać swój stanik po całym dniu chodzenia w nim. Ten przyjemny zapach skóry i lekkiego potu... To mój codzienny rytuał przed wieczornym prysznicem. Mmm!
Jestem panem w średnim wieku i mam trochę nadwagi.
Już nie potrafię tak szybko spalać kalorii jak kiedyś. Ale słyszałem, że ograniczenie alkoholu mocno pomaga. A w sumie lubię sobie wypić zimne piwko po skoszeniu trawnika w słońcu i upale. Bo dobrze gasi pragnienie. Lubię sobie wypić kieliszek wina do obiadu, bo mi smakuje. Lubię sobie wypić drinka z kolegą, gdy na weekend wpada popykać ze mną w Mortala.
I tak sobie myślę w pracy, że jeśli ograniczę alkohol, to coś tam to pomoże w chudnięciu. A na pewno nie zaszkodzi.
No to wracam z tym postanowieniem po pracy do domu.
W domu słucham, co ma żona do powiedzenia.
A potem sobie myślę – ograniczenie picia to niezły pomysł, ale kurwa jeszcze nie dzisiaj.
Jestem osobą bardzo związaną z zimą, z czego wzięła się moja pasja do nart.
Kilka lat temu w środku maja byłem dość poważnie operowany. Jedyne o co prosiłem Boga to to, aby po prostu był przy mnie podczas zabiegu, bo bardzo się stresowałem, że jednak coś pójdzie nie tak.
Podczas mojej operacji zaczął padać śnieg. Rozumiecie? Niczym w grudniowy poranek grube płaty śniegu upadały na chodnik ku zdziwieniu lekarzy i pielęgniarek, kiedy ja z szerokim uśmiechem i wewnętrznym spokojem leżałem na stole.
Ktoś jednak nad nami czuwa i nie bójmy się tego zauważyć.
Kiedy byłam mała, usłyszałam pewną historię (najprawdopodobniej w telewizji).
Otóż pewna pani, wchodząc do łazienki zobaczyła coś strasznego. Z jej toalety wypełzał wąż. Jak się potem okazało, ktoś wrzucił tego węża do studni, z której woda płynęła do mieszkańców wsi, w której ta pani mieszkała.
Od tamtej pory bałam się siadać na klopie, bo obawiałam się, że wąż wtedy wypłynie, a skoro nie będzie miał jak się wydostać, to ugryzie mnie w odbyt.
Właśnie wczoraj zostawił mnie mój narzeczony po 12 latach związku. Twierdzi, że się wypalił i potrzebuję czegoś nowego... niby nic takiego, w końcu oboje jesteśmy dość młodzi (mamy po około 30 lat) życie przed nami. Tyle że 4 miesiące temu urodziłam mu pięknego zdrowego syna, o którego staraliśmy się jakiś czas... I powiedzcie mi, że to kobiety ciężko zrozumieć...
Kilka dobrych lat temu w Biedronie była promocja na granaty.
Człowiek ze wsi przyjechał, znał tylko banany i mandarynki, bo na Mikołajki się dostawało, więc się skusił na kupno owego granatu, coby nowości zasmakować i mieszkańcem świata się poczuć.
W kolejce do kasy stanęła za mną starsza pani, która również nowości chciała spróbować, promocją jak ja zmotywowana. Owa pani zapytała, czy pestki z tego granatu to się je, czy wyrzuca.
Człowiek ze wsi przyjechał, odwagi przyznać się nie miał, że nie ma pojęcia co zastać może w środku tej egzotycznej kulki...
Przepraszam panią, te pestki się jednak je. Mam nadzieję, że się pani domyśliła.
Nigdy nie miałem lekko w domu. Mama zmarła kiedy miałem 2 lata. Opiekował się mną ojciec. Nie był najlepszym ojcem przez te 16 lat. Nigdy się mnie nie pytał jak w szkole itp. Nigdy nie dawał mi pieniędzy nie licząc tych, które były mi niezbędne.
Często zabraniał mi jakichkolwiek wyjść ze znajomymi, przez co byłem dosyć samotny. Ogólnie nie pamiętam żadnych szczęśliwych momentów z nim związanych. Natomiast zaraz po moich 18 urodzinach ciężko zachorowałem i potrzebowałem natychmiastowego przeszczepu nerki. Mój ojciec bez zastanowienia zgłosił się jako dawca. Mimo tylu lat kiedy był wobec mnie obojętny, teraz jest moim bohaterem.
Kilka lat temu, gdy zaczynałem swoje podboje na rynku pracy, zatrudniłem się na słuchawce w jednej z firm telekomunikacyjnych. Jako świeżak zostałem przydzielony do najcięższego i najbardziej niewdzięcznego działu, tzw. migracji (dzwoniłem do klientów z telefonami na kartę i próbowałem namówić ich na abonament). Jeden z klientów na długo zostanie w mojej pamięci :)
Przedstawiłem ofertę, zastosowałem wszystkie wymagane techniki sprzedaży i po paru minutach zaciętej wymiany zdań, klient zdecydował, że skorzysta z mojej propozycji. Szybko, zanim zmieni zdanie albo przyjdzie żona i zrobi to za niego, przeszedłem do zebrania danych z dowodu osobistego. Mam już podstawowe dane jak imię, nazwisko, adres i PESEL. Jeszcze tylko seria i numer dowodu, parę formułek i voilà.
Proszę więc klienta o przeliterowanie serii, powoli i wyraźnie, na zasadzie ''A jak Andrzej, K jak Krystian, D jak Dawid''. Klient zaczyna podawać ''B jak Barbara, J jak Jan, F jak (chwila lekkiej konsternacji i szukania słowa) WTOREK''.
Całe szczęście, że byłem wprawiony już w tej pracy i zdążyłem wyciszyć mikrofon zanim skisłem. Po chwili ''idealnej ciszy'' z mojej strony wróciłem do rozmowy w o wiele lepszym humorze i dokończyłem sprawę. Nagranie zostało potem wybrane do odsłuchania przez wszystkich pracowników działu jako ''przykładna rozmowa sprzedażowa'', wszyscy zdychali :D
Dwa razy mówiłam, że nie mam ochoty. Narzeczony powiedział, że musi i będzie szybko. Próbowałam nie płakać. Nie dałam rady. Ponoć to moja wina, bo nie powiedziałam wystarczająco jasno. Potem poprawił, że nasza wina. Spojrzał mi w oczy i przeprosił, bo „czuje się winny”. Nienawidzę s**.
Dodaj anonimowe wyznanie