Piszę to wyznanie, gdyż nie wiem, co robić.
Mam męża, staramy się o dziecko, jednak bezskutecznie. Mi jest to obojętne, jednak mój luby ciągnie mnie po różnych klinikach, proponuje in vitro i tym podobne. Myśli, że jestem bezpłodna "tak po prostu".
Jednak skrywam przed nim mroczną tajemnicę.
Urodziłam się w ciele mężczyzny i poddałam się procesowi korekty płci.
Czemu mu nie powiedziałam? Bałam się odrzucenia, że mnie zostawi. Ale ja go tak bardzo kocham... Poznaliśmy się na imprezie z pracy. Kilkukrotnie spotkałam się z sytuacją, gdy ktoś odrzucił mnie wyłącznie przez moją transpłciowość. Nie chcę tego przechodzić kolejny raz, jednak wiem, że muszę mu o tym powiedzieć.
Okłamałam go, że jestem z domu dziecka i nie znam swojej rodziny, a tak naprawdę nikt nie chce mnie znać (zagorzali katolicy). Na naszym ślubie, oprócz rodziny męża, były obecne tylko moje przyjaciółki, którym też wcisnęłam ten kit.
Proszę o sensowne rady, możecie mnie też krytykować, bo wiem, że sama sobie na to zasłużyłam. Zbudowałam cały swój obecny świat na oszustwie.
Moja "przyjaciółka" straciła męża w wypadku. Po tym incydencie odnowiła kontakt ze mną oraz moim mężem. Oczywiście chciałam, żeby przeszła jakoś łagodniej utratę ukochanego. Czułam, że ona potrzebuje rozmowy, bliskości, więc chciałam jej to zapewnić, żeby nie zwariowała. Tak wiec jeździliśmy do niej częściej, właściwie to cały czas przy niej siedzieliśmy, żeby nie czuła się samotna.
I tak w tym wszystkim to niestety ja zostałam tą samotną, bo ta kobieta już nie potrzebowała mnie do wsparcia, tylko mojego faceta do łóżka. W życiu nie spodziewałabym się takiego obrotu sytuacji. Gdybym wiedziała, że jest zdolna rozwalić mi rodzinę, nigdy w życiu bym nawet do niej nie wyciągnęła ręki.
Nadal nie rozumiem jak pusto trzeba mieć w głowie, żeby rozwalić komuś rodzinę i życie.
Zawsze kiedy ktoś w pobliżu pali papierosa, a ja muszę obok niego przejść, to wstrzymuję oddech lub przechodzę na wydechu. Nie wiem, czy to działa, ale zawsze myślę, że to pomoże wdychać jak najmniej szkodliwych substancji.
Historia o tym, co stres robi z mózgiem.
Jestem studentką i dziś rano bardzo denerwowałam się przed pewnymi zajęciami, na które musiałam tego dnia przynieść aluminiowe rurki. Udałam się więc najpierw po nie do sklepu – jednego z tych dużych.
Biorę, co potrzebuję, idę do kasy, obczajam, przy której jest najmniejsza kolejka i... budzę się, wsiadając do autobusu na uczelnię. Normalnie jakoś zamyśliłam się do tego stopnia, że przeżyłam taki skok czasoprzestrzenny xD
Po chwili poczułam głód i chciałam sprawdzić, czy mam w portfelu jakieś drobne, żeby kupić sobie kanapkę na śniadanie. Szukam w torbie i po kieszeniach portfela – nie ma. W tym momencie przypomniałam sobie, że został w innej torbie. I teraz następna myśl – w takim razie jak zapłaciłam za te rurki, co je trzymam w ręce??? Nie wiem jakim cudem, ale najwyraźniej nieświadomie je ukradłam... Po prostu, ot tak, wyniosłam je ze sklepu...
Dla ciekawych: rurki kosztowały kilka złotych, których nie wróciłam oddać –
za bardzo mi wstyd, bo jak wytłumaczyć taką sytuację? :( Śniadania nie jadłam, obiadu też i do końca dnia jeździłam na gapę, ale przynajmniej na zajęciach wszystko się poukładało. Stres nie był potrzebny :)
Kiedy chodziłam jeszcze do gimnazjum, uczyłam się języka francuskiego. Mieliśmy mieć sprawdzian, a ponieważ nauczyciel dawał nam sprawdziany z internetu, to każdy zdążył już go zrobić w domu i wiedział co go czeka.
Dzwonek. Wchodzimy do sali, siadamy i czekamy na wydrukowane testy. I nagle zonk. Nauczyciel kazał nam wyjąć swoje kartki. Czarna rozpacz. Po sprawdzanie, przygnębieni, postanowiliśmy dowiedzieć się dlaczego nagle nauczyciel zmienił formę testu. Poszliśmy do równoległej klasy, która miała sprawdzian parę dni przed nami. Okazało się, że niektórzy inteligentni zrobili zadanie ze słuchania, pomimo zepsutego radia, więc naturalnie niczego nie mogli słuchać. I do tego zrobili je dobrze. Nauczyciel oczywiście zorientował się że coś jest na rzeczy i od tamtego czasu, już do końca mojej gimnazjalnej kariery, robił sprawdzany dyktowane.
Co jakiś czas nadchodzi taki dzień, w którym należy udać się do fotografa celem zrobienia zdjęcia do legitymacji/dowodu/itd. Jako że potrzebowałam nowych dokumentów, jak zwykle poszłam do fotografa. Jak wiadomo - aktualne zdjęcie jest niezwykle ważne. Tak więc usiadłam sobie na krzesełku. Pani fotograf ustawiała mnie przez kilka minut, ale miałam dobry humor, więc mogłabym tam siedzieć cały dzień. W końcu nadszedł moment robienia zdjęć. Siedzę nieruchomo, żeby wszystko ładnie wyszło.
- Niech się pani uśmiechnie - zachęciła mnie pani fotograf.
Nieustępliwie siedziałam z kamienną miną.
- Jeśli się pani nie uśmiechnie, nie zrobię zdjęcia - przekomarzała się ze mną.
Wreszcie pomyślałam: "Co mi szkodzi?" i uśmiechnęłam się delikatnie. Zadowolona pani fotograf zrobiła zdjęcie. Usłyszałam dźwięk aparatu, a zaraz po nim słowa:
- Niech się pani jednak nie uśmiecha...
Cóż, wtedy poczułam się troszkę niezręcznie, dziś się z tego śmieję. Niemniej jednak sądzę, że ta pani nie będzie już nikogo namawiać do fałszywych uśmiechów przed aparatem ;)
Widziałem tutaj kilka wyznań o kierowcach autobusów, a z racji że jestem jednym z nich, opiszę, jak to wygląda z drugiej, czyli mojej strony. Wbrew pozorom pasażerowie wcale takimi świętoszkami nie są, jakby to się mogło powszechnie wydawać.
Pracuję u prywatnego przewoźnika, jedna trasa, 50 km z małego miasteczka do miasta wojewódzkiego. Ale żeby nie przedłużać, przedstawię wam kilka rzeczy, które zdarzają się notorycznie i niektórym pasażerom to nawet tłuczkiem by tego nie wbił do głowy.
1. Zatrzymywanie się poza przystankami. Normą są prośby, "o tutaj, tutaj niech się pan zatrzyma, to będę miał/a bliżej do domu". Ludzi kompletnie nie interesuje informacja w busie, że za postój poza przystankami jest kara 3000 zł. Wyjątkiem są sytuacje, gdy faktycznie trzeba się zatrzymać. Do tej pory, a pracuję już 6 lat, wpłynęło na mnie 48 skarg o to, że nie zatrzymałem się tam, gdzie pasażer prosił. Ręce opadają.
2. Pchanie się z bagażami do kabiny. Bardzo pospolite zjawisko, szczególnie na początku trasy. Prośby, by schować torby do luku bagażowego, są traktowane z reguły jak powietrze. W takich sytuacjach działa drugi argument. Mogę nie zabrać pasażera, który łamie regulamin. A nikomu nie chce się czekać ponad pół godziny na następny autobus, więc ludzie od razu robią się pokorniejsi i skorzy do współpracy.
3. Spożywanie alkoholu podczas jazdy/palenie papierosów. To jest ostatnimi czasy istna plaga. Takie osobniki mają totalnie w dupie, że siedzi obok nich czasami i 30 osób. Mi pozostaje jedynie wywalić takich delikwentów na najbliższym przystanku. Ale smród fajek czy browarów zostaje po nich przez ładnych kilka godzin.
4. Płacenie dużym nominałem. Kolejna informacja w busie mówi, by płacić możliwie odliczoną kwotą, a kierowca może nie zabrać pasażera, jeśli nie ma jak wydać. Mamy po prostu ograniczoną ilość pieniędzy. I tutaj niektórzy dają pokaz. Płacenie banknotami 50-złotowymi to jest nic złego, ale w momencie, gdy ktoś ci daje 200 zł za bilet, pomimo że ma pół portfela drobniaków, to już podchodzi pod małą bezczelność. Sugestia, by poszukał drobnych/zapytał pasażerów, czy nie ma ktoś rozmienić/poszedł do kiosku obok, praktycznie nigdy nie działa. Takiego osobnika z reguły wtedy nie zabieram, bo po prostu nie mam jak mu wydać za bilet.
5. Domaganie się nienależnych danej osobie zniżek. Lista komu i jaka przysługuje, również wisi w busie. Ale trafiają się tacy geniusze, którzy domagają się np. zniżki nauczycielskiej lub, co najśmieszniejsze, zniżki uczniowskiej/studenckiej, pomimo że taka w żadnym przypadku im nie przysługuje. Mistrzostwem była babka koło 60., która domagała się przejazdu za darmo, bo ona jest już emerytką.
Tak więc, drodzy pasażerowie, zanim zaczniecie oskarżać nas, kierowców, zastanówcie się, czy faktycznie jesteście tacy kryształowi
Odbywałem praktyki dziennikarskie w jednej z prawicowych gazet.
Odbywałem.
Wyrzucono mnie z nich chwilę po tym, jak napisałem o protestach po przegłosowaniu ustawy o SN i KRS. Powodem było dodanie do tekstu zdania "w 2002 roku PiS głosował za obecnym systemem sądownictwa. Teraz uważa to za system komunistyczny", co było cytatem jednego z posłów opozycji.
Polskie dziennikarstwo prasowe idzie dobrą drogą :)
Podzielę się tu historią z wczoraj. Fani sebiksów przygotujcie się!
Otóż wracając o dosyć późnej porze, w stanie upojenia alkoholowego, doszedłem do przejścia dla pieszych. Widząc czerwone światło i samochód, będący bardzo daleko, bez wahania przeszedłem przez nie, lecz po około 5 sekundach, jak już byłem na drugiej stronie ulicy, kierowca na mnie zatrąbił. Pomyślałem, że chyba jechał około 150 km/h, bo bardzo szybko się tam znalazł, więc bez chwili namysłu, lekko zdenerwowany, pokazałem mu środkowy palec i kierowałem się dalej do domu. 3 minuty później ów kierowca podjechał pod moje miejsce, okazał się być sebiksem z BMW, nie zdziwiło mnie to. Zaczęła się konwersacja typowa dla gatunku dresowatych (masz jakiś problem itp.), no i doszło do rękoczynów. Nie należę do małych osób, więc idealny plan sebiksa, żeby mnie sprać się nie powiódł, wręcz odwrotnie, chyba ja jemu napsułem trochę krwi, a jako że noszę okulary, to w trakcie bójki spadły mi one.
I teraz sytuacja, która dziwi mnie do tej pory. Po skończonej szamotaninie sebiks wkurzony, ja też, a on się pyta "no i gdzie masz te (tutaj wstaw przekleństwo) okulary", ja zdezorientowany pomyślałem, że mi je zabrał, więc odpowiadam "nie wiem, daj mi je". W tym momencie wyobraźcie sobie sebiksa, który podnosi mi okulary, przeczyszcza i mi je oddaje.
Ogarnąłem komizm tej sytuacji po 5 minutach i dalej nie mogę się nadziwić.
Gdy chodziłem do podstawówki, a dokładniej do 2 klasy (lata 90.), odwaliliśmy z kumplami niezły numer.
Cała szkoła nie lubiła naszego konserwatora, a szczególnie moja klasa. Oczywiście głupi młody łeb pomyślał, żeby go ukarać. Facet jeździł białą Tavrią. Kiedyś wpadł nam pomysł, żeby wyciąć kawałki różnokolorowej bibuły i wrzucić je do woreczka z wodą, poczekać aż nasiąknie i rzucić konserwatorowi na samochód z 2 piętra.
Wyobraźcie sobie faceta, który przez miesiąc musiał jeździć samochodem w "ciapki" do roboty...
Koniec końców moi rodzice (i 4 innych chłopaków) musieli się zrzucać na malowanie auta... Dobrze, że było białe ;))
Dodaj anonimowe wyznanie