#XI80e

Podzielę się tu historią z wczoraj. Fani sebiksów przygotujcie się!

Otóż wracając o dosyć późnej porze, w stanie upojenia alkoholowego, doszedłem do przejścia dla pieszych. Widząc czerwone światło i samochód, będący bardzo daleko, bez wahania przeszedłem przez nie, lecz po około 5 sekundach, jak już byłem na drugiej stronie ulicy, kierowca na mnie zatrąbił. Pomyślałem, że chyba jechał około 150 km/h, bo bardzo szybko się tam znalazł, więc bez chwili namysłu, lekko zdenerwowany, pokazałem mu środkowy palec i kierowałem się dalej do domu. 3 minuty później ów kierowca podjechał pod moje miejsce, okazał się być sebiksem z BMW, nie zdziwiło mnie to. Zaczęła się konwersacja typowa dla gatunku dresowatych (masz jakiś problem itp.), no i doszło do rękoczynów. Nie należę do małych osób, więc idealny plan sebiksa, żeby mnie sprać się nie powiódł, wręcz odwrotnie, chyba ja jemu napsułem trochę krwi, a jako że noszę okulary, to w trakcie bójki spadły mi one.

I teraz sytuacja, która dziwi mnie do tej pory. Po skończonej szamotaninie sebiks wkurzony, ja też, a on się pyta "no i gdzie masz te (tutaj wstaw przekleństwo) okulary", ja zdezorientowany pomyślałem, że mi je zabrał, więc odpowiadam "nie wiem, daj mi je". W tym momencie wyobraźcie sobie sebiksa, który podnosi mi okulary, przeczyszcza i mi je oddaje.
Ogarnąłem komizm tej sytuacji po 5 minutach i dalej nie mogę się nadziwić.

#clG4x

Gdy chodziłem do podstawówki, a dokładniej do 2 klasy (lata 90.), odwaliliśmy z kumplami niezły numer.

Cała szkoła nie lubiła naszego konserwatora, a szczególnie moja klasa. Oczywiście głupi młody łeb pomyślał, żeby go ukarać. Facet jeździł białą Tavrią. Kiedyś wpadł nam pomysł, żeby wyciąć kawałki różnokolorowej bibuły i wrzucić je do woreczka z wodą, poczekać aż nasiąknie i rzucić konserwatorowi na samochód z 2 piętra.
Wyobraźcie sobie faceta, który przez miesiąc musiał jeździć samochodem w "ciapki" do roboty...

Koniec końców moi rodzice (i 4 innych chłopaków) musieli się zrzucać na malowanie auta... Dobrze, że było białe ;))

#mtOad

Internetowy fałsz i patologia

Razi mnie atmosfera wszechogarniającego fałszu i patologii szerząca się w internecie, na portalach społecznościowych, tutaj też. Taka samonapędzająca się atmosfera wzajemnego zniszczenia, podkopania zaufania. Wiadomo, że internet to miejsce, gdzie każdy może być częściowo anonimowy, zajmować się czymś innym niż w codziennym życiu. Tylko że większość ludzi zaczyna wybierać pseudonaprawianie świata, nie mając o tym pojęcia, przez co wychodzi zupełnie na odwrót.

Przykład kontrowersyjny, ZAZNACZAM - PRZYKŁAD. Jest coś takiego jak internetowi łowcy pedofili, ogólnie moim zdaniem założenia słuszne - wyłapywanie zwyroli w świecie. W praktyce osoby, które nie mają o tym pojęcia, szukają usilnie innych osób, często z problemami psychicznymi, wykorzystują ich wizerunek i upubliczniają w sieci. W niektórych przypadkach te osoby, "pedofile", niemogące znieść presji, kończą z sobą (w ch** uogólnienia, wiem). NIE OCENIAM jednych czy drugich pod kątem tego, czy to słuszne/złe co robią. CHODZIŁO O PRZYKŁAD, że często osoby NIEMAJĄCE o czymś kompletnie POJĘCIA chcą zbawiać świat, a wychodzi, że kończą go dla kogoś (zasłużenie czy nie).

Fałsz i usilne zbawienie świata można pokazać wszędzie - na tinderze profile facetów, którzy chcą wyśmiać kobiety, bo przesunęły fejkowy idealny profil w prawo. Na stronach medycznych pseudolekarzy z radami z dupy. Na tej stronie pseudopsychoterapeutów, których chcą na siłę zbawiać świat. Też atencjujszy, którzy robią coś kontrowersyjnego, żeby zwrócić na coś problem, a wychodzi jedynie hejt albo nienawiść. Psychosędziów, co sypią byle paragrafem pod jakimś merytorycznym komentarzem. Moim zdaniem większość tych co się uważa za speców pomaga <10%. Bo na każdego psychoeksperta przypada pewnie po 10 trolli, dając im pożywkę do działania.

I teraz zostaje taki ktoś jak JA, chcesz nieraz tylko pogadać, znaleźć ciekawą dyskusję. Może znaleźć kogoś na portalu randkowym. Odrobiny normalności, ale boisz się powiedzieć cokolwiek, bo nigdy nie wiesz na jakiego psycho-fanatyka czy trolla trafisz. I o ile wcześniej nie można było zaufać komuś, bo internet, to teraz tym bardzie,j bo nie wiesz, czy to troll, psychofanatyk czy "eksperyment".

Wiesz, że gdyby jedni przestali udawać mądrych i uczonych, drudzy przestaliby ich wkręcać, zrobiłoby się normalnie. A tak jedni napędzają drugich, drudzy pierwszych i wszystko co wartościowe ginie w tym chaosie wzajemnie napędzanego się fałszu i patologii. Co powoduje, że im więcej ludzi oszukanych, tym więcej chęci zemsty, im więcej zemsty, tym więcej oszukanych, machina się rozpędza.

Róbcie co chcecie, tylko apel o przemyślenie do tych, co próbują ten świat "naprawić", czy tak naprawdę nie są kolejnymi trybami w tej bezsensownej machinie zniszczenia. Która z założenia ma pomagać, a w główniej mierze szkodzi.

#phTwJ

Od kilku miesięcy mieszkam razem z narzeczonym. Moja mama i mój narzeczony bardzo się lubią. Oboje też mają duże poczucie humoru. Często wzajemnie robią sobie żarty. Kilka dni temu narzeczony wpadł na genialny pomysł, aby wkręcić przyszłą teściową, że zostanie babcią.

Nie było możliwości, abym była w tym czasie w ciąży (regularne krwawienie, brak jakichkolwiek objawów). Ale w celu wykonania żartu kupił test ciążowy. Stwierdził, że wytnie cieniutki czerwony paseczek z taśmy samoprzylepnej i doklei go do jednej kreseczki na teście (nie mam pojęcia, jak chciał, to zrobić), zrobi zdjęcie jak trzyma ten test, a zdjęcie wyśle mojej mamie. Poszłam zrobić test, aby ta jedna kreseczka się pojawiła.

Jakie było nasze zdziwienia, kiedy okazało się, że drugiej jednak wcale nie trzeba będzie doklejać. Po wizycie u lekarza okazało się, że jestem w trzecim miesiącu ciąży. Tak wiec zamiast żartu, wszystkim towarzyszy szczęście nie do opisania i oczekiwanie na małego szkrabika :)

#Dqpyw

Nie mam już siły. Jestem w związku od mniej więcej 5 lat. Mamy 2 dzieci. Niby OK, ale problemem jest on. Nienawidzę go. Ogranicza mnie na wszystkie możliwe sposoby. Ja zarabiam, mam swoje pieniądze, ale nawet w kwestii płacenia rachunku pytam go o zdanie. On od kilku miesięcy nie pracuje, nie zarabia. Ja ogarniam wszystko. Zagryzałam zęby, ale dzisiaj coś pękło.

W niedzielę chcemy się spotkać ekipą z pracy, z racji tego, że mamy 2 dni wolnego, a to się rzadko zdarza. Powiedziałam mu dzisiaj, że pojadę na 3-4 godziny, tak w ramach urodzin. I co? Oczywiście "NIE". A czemu nie? A bo nie.

Tak jest zawsze. Omijają mnie wszystkie spotkania, grille, imprezy firmowe. Bo on ma problem z tym, że ja gdzieś wyjdę, a on nie. Tylko ja nieraz pracuję w dwóch albo trzech miejscach. Potrafię iść na 6 rano do pracy, po pracy jechać na nockę, a po nocce 2 godziny się przespać i na 14 do pracy. Bo syn ma składki w przedszkolu, bo rachunki trzeba opłacić itp. Jego to nie tyczy. Problemy są tylko moimi problemami. Nie mam w nim żadnego wsparcia. On potrafi powiedzieć "damy radę". A w rzeczywistości to ja muszę dać radę i wykombinować tak, żeby było dobrze.

Czy mogę kopnąć go w rzyć i odejść? Chciałabym, marzę wręcz o tym. Ale są dzieci. Ja mam dwuzmianowy tryb pracy i dopóki córka nie pójdzie do przedszkola, dopóty jestem uwiązana. Szczerze mówiąc, ten człowiek jest mi tak obojętny, że nawet jakbym zastała go w łóżku z jakąś panną, to spłynęłoby to po mnie. Gdyby był normalny i wiedziałabym, że pogodzimy opiekę nad dziećmi, odeszłabym od niego. Dla własnego zdrowia psychicznego. Ale wiem, że to jest tak wredna menda i to nie zadziałała jak u normalnych ludzi. Mam ochotę rzucić to wszystko w diabły i wyjechać. Ale kocham te dzieci ponad życie i wiem, że kiedy mnie braknie, one będą żyć w nędzy, o ile nie wylądują w jakimś domu dziecka.

To tak w skrócie. Chciałam się wygadać, bo nie mam komu. Przez niego jestem skłócona z matką, ojca praktycznie nie mam. A w pracy zakładam maskę i udaję, że wszystko jest spoko.

#ZkTfk

Przypomniały mi się ostatnio częste wizyty w starym domu babci, gdzie przyjeżdżała również moja ciocia z kuzynem (moim rówieśnikiem).
Miałam prawie 9 lat, on - nieco ponad osiem. Bawiliśmy się całymi dniami z licznym kuzynostwem (młodszym), a gdy ono poszło spać, oglądaliśmy filmy na strychu.
Nie pamiętam, jak to się zaczęło, ale wpadliśmy na pomysł, aby się pocałować, jak w tych wszystkich amerykańskich filmach, które widzieliśmy. Zaczęło się niewinnie, od "cmoknięcia", tudzież buziaka w policzek, ale im więcej czasu od tego zdarzenia mijało, tym bardziej nam się to podobało. W końcu doszliśmy do tzw. pocałunku z języczkiem, który nazywaliśmy "tak, jak to robią dorośli". Czasami nawet przestawaliśmy się bawić z kuzynostwem na jakiś czas, żeby zamknąć się razem w toalecie i móc się całować.
Ustaliliśmy specjalny kod, którego używaliśmy, gdy któreś z nas "miało ochotę".
Spotkania powtarzały się przez kolejny rok, może dwa lata, po jakimś czasie kuzyn coraz bardziej nie miał ochoty na nasze "zabawy", aż w końcu na wiele lat przestaliśmy to robić.
Mimo to wciąż mam z nim dobry kontakt. Myślę, że jest jedyną osobą, którą mogę nazwać przyjacielem.
Spotykamy się praktycznie tylko w wakacje i święta, a gdy jesteśmy sam-na-sam, śmiejemy i zastanawiamy się, co my wtedy mieliśmy w głowach.
Nikt się nigdy nie dowiedział, jesteście pierwsi.

#3tYKI

To było parę lat temu.

Święte miasto, lato, upał i nagle na błoniach jasnogórskich mdleje ciężarna, na oko 8 miesiąc. Reakcja przechodniów? Wianuszek wokół, sensacja i bezradność, aż tu nagle pojawia się ON, z kolegą po fachu, w białej kiecce, wróć, w habicie i rzecze "zabierzcie mi to sprzed kościoła".

Tak straciłam szacunek do księży i wiarę w ich logikę, a ponoć są, rwa mać, po studiach...

#WVEs1

Pół roku temu adoptowałam psa w typie owczarka niemieckiego. Miał być kochany i po wyjściu ze schroniska miało być tylko lepiej. Powiedziano nam, że jest agresywny w stosunku do psów, ale suki zaakceptuje. Rzeczywistość jest inna.
 
1. Po dwóch tygodniach od adopcji okazało się, że pies jest chory, do końca życia będzie musiał brać lekarstwa. Dowiedzieliśmy się o tym dzięki eksplozji kupy w mieszkaniu. Kupa party trwało dwa miesiące, bo niczym się nie dało tego ustabilizować.
2. Jest agresywny w stosunku do wszystkich zwierząt. Nienawidzę wychodzić z nim na spacery, bo cały czas szczeka i ciągnie. Kiedy widzi innego psa, dostaje spazmów i nie da się w żaden sposób do niego dotrzeć.
3. Kiedy zostaje sam w domu, to go demoluje. Próbowałam zostawiać mu taką zabawkę, którą się liże i powinien się uspokajać. Nie działa. Robi przeszukanie godne psa policyjnego. Żre wszystko jak leci i ściąga rzeczy z ponad dwóch metrów. Otworzył sobie nawet słoik nutelli i go wyjadł.

Wychodzę z nim na spacery trzy razy dziennie po 40 minut bo wiem, że potrzebuje ruchu.
Przerobiliśmy trzech behawiorystów, wydaliśmy ponad 1000 złotych, a poprawy jak nie było, tak nie ma. Nie mam już siły. Czuję, że powoli mnie to wykańcza. Nie mogę wyjść na dłużej z domu, bo nie wiem do czego wrócę. Tak bardzo chciałam adoptować psa i zmienić jego życie, ale czuję, że moje się wali. Nie wiem co zrobić, nie chcę go oddawać, bo wydaje mi się to okrutne. Mam dość płakania na spacerach, mam dość płakania po powrocie do domu, kiedy okazuje się, że mój pies zostawił mi na dywanie rozlane pięć litrów soku i opakowanie po czekoladkach (nawet nie wiem gdzie mam to chować, bo i tak wszędzie znajduje – otwiera szafki i wchodzi na półki). Czuję się taka bezsilna.
Nienawidzę mojego psa.

#IJ7Br

Historia krótka, zdarzyła się jakieś 2 lata temu. Pracuję na poczcie. Sprzedajemy tu między innymi bilety komunikacji miejskiej. Jest sobota - tak zwany dyżur - czyli zamiast czterech okienek czynne są tylko dwa i to skrajnie od siebie oddalone. Skoro czynne tylko dwa okienka to już waszej wyobraźni pozostawiam kolejkę która się tam ustawiła. 

Obsługuję młodego chłopaka, wydałam mu przesyłkę i on pyta mnie o ww. bilety komunikacyjne. Akurat nie miałam takich, którymi był zainteresowany, ale żeby zadowolić klienta pomyślałam, że zapytam koleżanki, czy takowych nie posiada. Żeby zaoszczędzić czas i nie chodzić na drugi koniec sali obsługi postanowiłam, że do niej krzyknę. Facet chciał bilet 20-minutowy i tu niefortunnie połączyłam słowo "minutowe" i "bilety", więc moje pytanie wykrzyczane na całą pocztę zabrzmiało: "Kaśka, masz jakieś MINETY?".
Dodaj anonimowe wyznanie