#fYRul

Za co dostałam opieprz w podstawówce od nauczycielki?

Mieliśmy narysować siebie, jak jesteśmy chorzy. No to rysuję mnie w łóżku w pokoju, gdzie mam białe ściany. No właśnie. Białe. No to logiczne, że ich nie pokolorowałam.
Co na to nauczycielka?
Że mam natychmiast pokolorować te ściany, bo wygląda, jakbym była w umieralni. W dodatku mam krzywy wyraz twarzy na rysunku. Argument, że jak jest się chorym i ma się gorączkę, to zazwyczaj do śmiechu nie jest, nie został przyjęty przez panią nauczycielkę.

I tak właśnie zabija się kreatywność i własne zdanie u dzieci.

#y2GNz

Za czasów przedszkola bardzo lubiłem pomagać mamie w kuchni. Pech chciał że pewnego dnia gdy stałem koło piekarnika mama zapaliła ogień. Moje włosy się zajęły, zostało małe przypalone kółko na środku głowy. Nazajutrz w przedszkolu kiedy przedszkolanka zapytała mnie co mi się stało, mój dziecięcy rozum podpowiedział że jak powiem prawdę, to jeszcze mnie zabiorą do domu dziecka. Więc odpowiedziałem, że jak biegałem na dworze to słońce tak mocno świeciło, że mi się włosy przypaliły...

#Pa2LH

Od urodzenia jestem nieuleczalnie chora. Żaden lekarz nie dał mi do przeżycia więcej niż 3 miesiące. Całe swoje życie miałam spędzić na łóżku inwalidzkim, przypięta do respiratora. Miałam żyć jak przysłowiowa roślinka (stan wegetatywny). Tak się jednak nie stało. Moja mama i ja walczyłyśmy przez wiele lat o to, abym poruszała jakimkolwiek mięśniem swojego ciała. Lekarze nie wiedząc co robić, jak pomóc, doradzali wręcz eutanazję. Od wielu lat jestem w miarę sprawna. Problem polega na tym, iż nie doświadczyłam (i nie doświadczę) w swojej egzystencji ani jednej sekundy bez bólu. Tak nawiasem mówiąc, to bez cierpienia nie mam szans na życie. 
Z biegiem lat dochodzą kolejne ciężkie choroby. Aktualnie mierzę się z nowotworem. Czuję, że nie mam już po co walczyć. Wiem, że moja mama przez te tyle lat wiele wycierpiała. Ciągłe rehabilitacje (w dzień co 2 godz., w nocy co 4 godz.) doprowadziły ją do głębokiej depresji i załamania psychicznego. Mam wrażenie, że jestem jej winna walkę do końca. Niestety, ja na to nie mam już siły. Zmaganie się z życiem w każdej sekundzie mnie dobiło. Moje narodziny zniszczyły moją rodzinę (matkę, ojca, rodzeństwo). Odkąd pamiętam, moim największym marzeniem jest śmierć. Ona pomogłaby wszystkim – ja bym nie cierpiała, a rodzina nie miałaby tyle problemów).

Nie zamierzam walczyć o życie – za dużo to kosztuje.

PS Lekarze do dnia dzisiejszego nie potrafią wyjaśnić, dlaczego żyję (z medycznego punktu widzenia powinnam już dawno umrzeć).

#dmj6N

W wieku przedszkolnym byłam bardzo gadatliwą osóbką. Nadawałam jak katarynka, non-stop. Pewnego dnia mojej mamie puściły nerwy i oznajmiła mi, że jeżeli wciąż będę tyle gadać, to wyczerpią mi się baterie i już nigdy nic nie powiem. Ja, jako 6-letnia dziewczynka, wzięłam sobie to do serca. 

Na następny dzień w przedszkolu, moja wychowawczyni zadała mi proste pytanie na które za nic nie chciałam odpowiedzieć. Gdy spytała się dlaczego nie odpowiadam, wykrzyknęłam: "Ja nic nie mówię, ponieważ wyczerpią mi się baterie, a chcę jeszcze mówić!" po czym wybiegłam z sali z rykiem.

#DUykf

Będąc jeszcze małym dzieciaczkiem mieliśmy taką jedną znajomą. Była przy kości. Mama znała ją z harcerstwa, w co kiedyś cała rodzina była wkręcona, a więc zdarzało się, że często do nas przychodziła. Były też wyjazdy, obozy. 

Jeśli chodzi o to jakim dzieckiem byłem... to byłem pier***oną mimozą. Potrafiłem nic nie mówić i odezwać się raz na kilka godzin podsumowując cały dzień. Wszyscy myśleli, że po prostu jestem nieśmiały, ale spójrzmy prawdzie w oczy - byłem małym hejterem. 

Znajoma wkurzała nas dlatego, że zawsze przychodząc do nas wyjadała nam płatki Nesquik i to garściami, a nawet opakowaniami. Nie było kresu jej obżarstwa. Pewnego razu przyszła do nas niedługo po jakimś obozie. Wraz z mamą zaczęły przeglądać przy mnie zdjęcia, wciąż rozmawiając. Oczywiście nie zwracały na mnie zbytnio uwagi, ale zgodnie z zasadą "podaj dalej" dostawałem na końcu po kolei każde zdjęcie do obejrzenia. Gdy już skończyły, a ja dopiero do nich nadganiałem, atmosfera troszkę ucichła, a ja nadal skupiałem się na jednym zdjęciu. Zdjęcie zawierało mnie, wraz z nią od tyłu, na jakiejś łódce w wodzie. Wykadrowane było tak, że nasze postacie były w samym środku, przez co ich w stosunku do reszty zdjęcia mieliśmy znaczącą przewagę... to znaczy ona miała. Szczególnie przy kimś kto ma 4-6 lat. Nie czekając wiele przerwałem ciszę, rzucając zdjęcie na stół i skwitowałem znajomą jedzącą jak zwykle Nesquik "JESTEŚ ZA GRUBA NA TEN STATEK" i jak gdyby nigdy nic poszedłem do swojego pokoju, zostawiając za sobą niezręczną ciszę.

#8o2LH

W gimnazjum mieliśmy raz zastępstwo z matematyki. Kobieta była niesamowita. Może to niezbyt miłe, ale nabijaliśmy się z niej troszeczkę. Miała konkretnego zeza i sine usta (przez co zyskała ksywę "kaumanawardze" - nie pytajcie, gimnazjum to czas konkretnej patologii). Dała nam do rozwiązania jedno zadanie i zaczyna czytać jego treść. Zadanie szło w stylu: "Samochód kosztował X złotych. Nastąpiła obniżka o 500 zł, potem jednak podniesiono wartość o 20%, kiedy nie chciał się sprzedać ponownie obniżono cenę o 35%. Samochód ma teraz wartość 3200 zł. Ile kosztował na początku".

Wiedziałem doskonale jak zrobić to zadanie, natomiast w klasie była totalna cisza. Kiedyś byłem orłem z matematyki, ale potem trafiłem na równie inteligentnych ludzi i stałem się w miarę przeciętny. Dziwiłem się czemu nikt nie chce opowiedzieć jak trzeba rozwiązać zadanie. No to zgłosiłem się. I wytłumaczyłem, swoimi sposobami... "Proszę pani, zadanie trzeba zrobić analnie... no czyli od tyłu". Nie skomentowała, a ja je rozwiązałem. Myślałem że już po sprawie, jednak na następnej przerwie przyszedł do mnie kolega i powiedział "Wychowawczyni kazała cię prosić do siebie" "Mnie?" "Tak, powiedziała, przyprowadźcie mi tego speca od analnych". Wezwanie dla rodziców.

#6tJ27

Mam wujka, który pracuje za granicą i kiedy wraca do Polski mieszka u nas w domu, ma pokój pod moim pokojem, czyli piętro niżej - słowem wstępu.

Było lato, więc okna pootwierane, śpię. Godzina 2 w nocy, budzi mnie rozmowa dwóch mężczyzn, jeden z nich szarpie na dole uchylone okno, zamyka je, otwiera i mówi do drugiego "ty, może przez balkon spróbujemy". Jezus Maria, ZŁODZIEJE! Tak się przelękłam, że prawie gówno nogawkami mi wychodziło, jak najszybciej stoczyłam się z łóżka i momentalnie motor w dupie uaktywnił się, na czworaka do pokoju rodziców i budzę ich. "Mamo, tato, okno szarpią, wstawajcie! Dom chcą okraść!". Rodzice w 2 sekundy na baczność stoją, mama w całym domu światło zapala, ja hałas garnkami robię, coby się złodzieje przestraszyli, że rodzinka wstała, tata wylatuje na balkon z wiatrówką w rękach celując do zbirów "KTO TAM JEST? UCIEKAĆ STĄD!". I nagle odzywa się przestraszony wujek "To ja, dom był zamknięty, a telefon mi się rozładował". I tak właśnie przywitaliśmy wujka wracającego do Polski z pracy. Nie powiem, wstyd jak stąd do Ameryki, przynajmniej rodzina bezpieczna jeśli mają w domu takiego szeryfa.. ;/
Dodaj anonimowe wyznanie